28 lutego, sobota

Madurai

Rano zebraliśmy się z hotelu dość wcześnie (trochę po 7 rano). Nie ma litości – o której się meldujesz, o tej musisz się wymeldować… Zjedliśmy małe śnaidanko (poori) w przetestowanej lokancie. Jedzenie dobre, nie zniechęcił nas do powrotu nawet szczur, który przebiegł pod naszym stolikiem, gdy jedliśmy tam wczoraj obiad :-) Nie ma się co oszukiwać – w Indiach na 95 % w każdej knajpie znajdzie się choć jeden gryzoń… wraz z rodziną ;-)

Do Rameswadan jechaliśmy 4 godziny, siedząc zaraz za kierowcą. To naprawdę ciekawe doświadczenie mieć przed sobą przednią szybę i nie tylko czuć, że autobus gwałtownie hamuje, ale również widzieć dlaczego. A najczęściej hamował, bo ktoś próbował na dość wąskiej drodze wyprzedzać na trzeciego, przy czym najczęściej był to nasz kierowca ;-) akcja serca wstrzymana na kilka sekund, kilkadziesiąt razy – nie żartuje…

W Rameswadan pierwsze co robimy, to oczywiście idziemy jeść. Następnie znaleźliśmy sobie miejsce na nocleg – warunki były ok, choć widok z okna dostarczał wielu wrażeń: wysypisko śmieci i łażące po nim krowy, kozy i świnie ujeżdżane przez ptaki.

image

Po krótkim odpoczynku pojechaliśmy w stronę cypelka (z Rameswadan to jeszcze ok. 20 km). Autobus miejski dojeżdżał do miejsca na 8 km przed końcem lądu (tego dowiedzieliśmy się jednak później). Z autobusu ruszyliśmy prosto na plażę, nie mogąc się doczekać spaceru brzegiem morza. I przez to nie zauważając, że na nasze miejsce docelowe jeżdżą busiki.

Była już po 17, do zachodu słońca około godziny… Nadaliśmy sobie dość żwawe tempo… Coś nam podpowiadało, że nie powinniśmy się ociągać. Po drodze napotkaliśmy stado orłów – ptaki oczywiście gdy tylko chcieliśmy im zrobić zdjęcie, po kolei odlatywały :-P ale zawsze warto próbować…

image

Gdy słońce zaczęło zachodzić, już lekko zmachani, stwierdziliśmy, że przysiadamy, by podelektować się krajobrazem. Jako, że końca drogi nie było widać, sam czubek cypelka postanowiliśmy odłożyć na dzień następny… Widoki tego wieczoru były piękne, a wracając plażą tuż po zachodzie słońca, widzieliśmy kraby (setki krabów!), przemykające na swych szczypczykach do morza, gdzie prawdopodobnie nocują. Piękny spektakl…

image

Po powrocie do miasta, próbowaliśmy zakupić czarną herbatę (w torebkach lub liście) i nigdzie jej nie znaleźliśmy! Jak to możliwe, w kraju, który jest jednym z głównych eksporterów herbaty na cały świat? Czyżby jakaś awersja do europejskich herbacianych smakoszy? ;-)

1 marca, niedziela

Dziś zafundowano nam pobudkę nie na wschód słońca, ale na kawę lub herbatę. Jakiś wesoły i radosny chłopak dzwonił z impetem o 7 rano po pokojach i proponował gorące napoje… „Biznes” is „biznes”. Naszczęście udało nam się jeszcze zasnąć :-)

Po owocowym śniadaniu, wybraliśmy się na zwiedzanie świątyni, słynącej z basenów, w których Hindusi zmywają z siebie grzechy. Na wstępie, przed wejściem do świątyni są zobowiązani do kąpieli w morzu. Później przechodzą przez wielką bramę na plaży, a następnie spacerkiem ok. 100 metrów ulicą do świątyni.

Mnóstwo ludzi, krów i kóz. Śmierdziało, że ho, ho. Skwar + zwierzęce odchody wróży tylko jedno :-)

My mieliśmy problemy z wejściem, co rusz okazywało się, że mamy przy sobie coś niedozwolonego ;-) Klapki, aparat, telefon – rzeczy których wnosić nie wolno.

Po świątyni chodzi się oczywiście na bosaka. Tutaj na podłodze było lekkie błotko. Jako, że 3/4 Hindusów w tym mieście chodzi bez butów, ciężko powiedzieć, że ściaganie obuwia pozwala zachować większą czystość… Brud na ich stopach nierzadko jest większy niż ten na butach, co w połączeniu z mokrą podłogą daje… brudną podłogę ;-)

Jak w każdej hinduskiej świątyni, nie zostaliśmy wpuszczeni do miejsc najistotniejszych (nie widzieliśmy ani jednego z 12-stu basenów) i jak narazie już chyba wysyciliśmy się tego typu obiektami. Są interesujące, ale ileż można…

Po zwiedzaniu lunch na mieście i powrót na krótką sjestę do wynajmowanego lokum. Późniejszym popołudniem wyruszyliśmy ponownie atakować cypelek, z którego tak niedaleko do Sri Lanki (dawnego Cejlonu:)) Dojechaliśmy najpierw miejskim autobusem tam gdzie dnia poprzedniego, a później busikiem do wioski Dhanushkodi, znajdującej się prawie na samym końcy cypelka. Jest to wioska do której kiedyś można było dojechać pociągiem. Niestety w czasie cyklonu w 1964 r. została przerwana bięgnąca tamtędy linia kolejowa. Zginęło wtedy 1800 osób, w tym 115 w pociągu, który akurat tamtędy przejeżdżał. Od tego czasu miejsce to nazwane jest miastem duchów.

image

image

image

Co ciekawe jeszcze w XV wieku miedzy Indiami a Sri Lanką istaniało lądowe połączenie zwane mostem Adama (tak, tego Adama od Ewy, który podobno na ziemi pojawił się właśnie na Sri Lance). Połączenie to zostało jednak przerwane wskutek ruchów tektonicznych, które spowodowały jego zatopienie.

2 marca, poniedziałek

Poranne pakowanie, śniadanie w postaci onion/tomato uttappam i łapiemy autobus z centrum Rameswadan na dworzec. Czekamy pod świątynią, coś długo nic nie jedzie… ale dzięki temu możemy zobaczyć wystrojonych bosych nowożeńców, których czyste stópki lada chwila będą brodzić w świątynnym błotku, a feee… :-)

Gdy już w zniecierpliwieniu prawie zdecydowaliśmy, że bierzemy rikszę, na horyzonie pojawił się nasz pojazd i tak się rozpoczął nasz autobusowy maraton… W sumie jechaliśmy tego dnia 12 godzin pokonując odcinki Rameswaran-Puddukottai-Tańdźiawór-Cidambaram i… byliśmy wykończeni. Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o autobusy to na połączenia nie ma co narzekać – tego dnia nie czekaliśmy na kolejny transport dłużej niż 15 minut. Super, ale z drugiej strony nie mogliśmy odpocząć od jazdy.

Jedna sytuacja godna wspomnienia. Na krótkim postoju w jakimś mieście, Łukasz wyskakuje „śmigiem-migiem” po coś do jedzenia.

Ja zostaje i pilnuje plecaków. Mija 5 minut. Do autobusu wchodzą panowie kierowca i konduktor. Kierowca z impetem siada za kierownicę, zapala silnik, wrzuca pierwszy bieg… a ja tymczasem widząc co się dzieje, biegnę do przodu na złamanie karku, błagalnie krzycząc: my husband, my husband will come back in a minute! Please wait! Pan spojrzał z politowaniem na zatroskaną o męża europejkę i… postanowił ruszyć…

Próbowałam w międzyczasie dzwonić do Łukasza, ale gdzie tam – karta indyjska którą posiadamy akurat nie chciała współpracować…

I tak jechaliśmy jak dworzec długi, kukając na Łukasza, którego nigdzie nie było widać. Dopiero gdy zbliżyliśmy się do wyjazdu na główną drogę, i gdy już byłam zdeterminowana do wytargania naszych plecaków z tego autobusu (panowie zaczęli mi już dawać do zrozumienia, że sorry, ale my jedziemy, z wami czy bez was), z oddali wyłonił się mój mąż z dwoma banankami w siateczce i jednym na ustach :-) uff…

W Cidambaram byliśmy około północy. Większość z „hoteli” była obskurna, a pozostałe były jeszcze gorsze. Ostatecznie zameldowalośmy się w jednym z polecenia pana recepcjonisty z innego hotelu. Za udzieloną wskazówkę chciał od nas oczywiście kasę. Ale jej nie dostał…

3 marca, wtorek

Dziś w planach zwiedzanie lasu namorzynowego w Pitchavaram (ok. 10 km od Ciddambaram), drugiego pod względem wielkości na świecie.

Ale wcześniej przygoda z innej beczki. Zanim wskoczyliśmy w autobus, żeby dojechać do Pitchavaram, musieliśmy upolować coś do jedzenia – jasna sprawa. Problem w tym, że nie mogliśmy znaleść niczego co przypadłoby nam do gustu. Wszystkie lokanty byly jakieś takie mało przekonujące… Szukaliśmy, szukaliśmy, a głód narastał.

Ostatecznie zatrzymaliśmy się w jednej, jakiejś przyświątynnej „restauracji”. Menu było wywieszone na ścianie, zasiedliśmy przy stolikach i zaczeliśmy wymyślać co by tu zjeść. Po chwili podszedł do nas pan ogarniający knajpkę i powiedział, że oni są już po śniadaniu, a lunchu jeszcze nie ma (było ok. 12 w południe)… Idziemy więc dalej… Znajdujemy kolejne miejsce, zamawiamy już coś nawet, ale po chwili widzimy, co dostają inni klienci… Hmm…nie podoba się nam, więc szybko się wycofujemy…. Idziemy dalej…. Ostatecznie lądujemy na omletach i parrocie, podawanych na przyulicznym straganie. Były tam jednak normalne stoliki więc mogliśmy zjeść „jak ludzie”.

A zaraz po omletach zrobiły się jaja… Pada pytanie: „A gdzie mamy naszą torebkę?” Spojrzenie w oczy, nogi jak z waty… Ruszamy w te pędy do knajpki przyświątynnej, gdzie teoretycznie powiesiliśmy ją na krześle… W torebce mieliśmy wszystko: apart fotograficzny, ipada, kindla… W pośpiechu o mało co zapominamy zapłacić panom za omlety – dobrze, że się przypomnieli ;-) Ja zostaję płacić, Łukasz leci…

Wizja stracenia wszystkich zdjęć, książek i przewodników na kindlu oraz ipada przyprawiła nas o mdłości, możecie pewnie wyobrazić sobie ten ścisk w żołądku :-)

Płacę panom i ruszam w kierunku Łukasza. Na ulicy tłumy ludzi. Ktoś krzyczy coś do mikrofonu – to przewodniczący jakiejś partii, stara się ludzi do siebie przekonać. Z trudem próbuję przejść na drugą stronę. Zewsząd coś chce mnie rozjechać… No ludzie, no dajcie mi przejść…

Ostatecznie spotykam Łukasza w połowie drogi… Na ramieniu ma torebkę :-) Uff… dobrze, że jest niepozorna i nie przykłuła niczyjej uwagi. Mieliśmy trochę szczęścia, w naszym głodowym roztargnieniu…

Wracając do Pitchavaram. Cóż to są lasy namorzynowe, ktoś zapyta? A więc odpowiamadmy: są to lasy rosnące na morzu :-) drzewa wykształciły w sobie umiejętność odsalania wody i rosną sobie przy brzegach mórz, zanurzone „po kostki” lub „po kolana”, w zależności od poziomu wody…

image

image

Tak czy inaczej spacerować się po takim lesie nie da. Drzewa rosną bardzo, ale to bardzo gęsto, między innymi dlatego, że oprócz normalnych korzeni, potrafią wypuszczać korzenie z gałęzi, które z czasem siegają wody i przytwierdzają się do podłoża. Po drugie plątanina owych korzeni to dom dla małży (niejadalnych), którch muszle są bardzo ostre – grozi skaleczniem. Oprócz małż pomiędzy korzeniami hasają sobie kraby… Duuużo krabów :-)

Pomiędzy namorzynami można sobie za to popływać… ale tylko łódką. My wynajęliśmy takową na 2 godziny, z panem który nam wiosłował i przy okazji z nami gawędził. Najfajniej było jak zapuściliśmy się w węższe korytarze tego lasu, tam gdzie drzewa dawały schronienie przed słońcem.

Co ciekawe, gdy w 2004 roku, gdy miało miejsce tsunami, lasy namorzynowe ochroniły ten region przed większymi zniszczeniami.

image

image

image

image

image

image

image

Tego dnia wieczorem przemieściliśmy się do Puddycherry. Jechaliśmy wypasionym jak na indyjskie warunki autobusem z telewizorem i lecącym w nim boolywoodzkim filmem :-) Cały autobus z przejęciem oglądał bieg wydarzeń, a że mowa ciała i intonacja aktorów były naprawdę niezłe, pomimo braku znajomości języka hindu, odrazu zorientowaliśmy się o co w nim chodzi… o miłość oczywiście…

Pudducherry to dawna kolonia francuska. Za pomocą rikszarza trafiliśmy do ścisłego jej centrum i wylądowaliśmy w guest housie prowadzonym przez straszego Francuza (co poniektórzy mają tu domy i prawdopodobnie przyjeżdżają tu w sezonie, gdy w Europie zima, żeby poprowadzić sobie swój hostel). Pan przywitał nas w następujący sposób:
„Russian?”
„No, Polish”
„This is the same. Too many polish people in France”

:-)

4 marca, środa

Przed południem wyruszamy na miasto w poszukiwaniu francuskiej piekarni poleconej przez właściciela hostelu. Nazwa Baker Street trochę nas zmyliła i początkowo szukaliśmy takiej ulicy, okazało się jednak, że to nazwa piekarni :-) w środku elegancja-francja, tłumu klientów raczej się tam nie świadczysz, bo kogo na to stać. Sezon turystyczny dobiega końca, a wraz z monsunem nadciąga susza dla restauratorów. W asortymencie bułki ze wszystkim co ci się może zamarzyć, trochę francuskich drożdżówek i bagietki. Analizując ceny pozostajemy oczywiście przy tych ostatnich, z resztą taki był pierwotny zamysł. Wiadomo jednak, co się dzieje jak człowiek ma wybór :-)

Po drodze kupujemy 9! (można było kupić 3,6 lub 9) jajek i z tych 9! jajek robimy w pokoju jajecznicę na jednej małej cebulce. Nie ma co ukrywać tęsknimy za gotowaniem i czystym jedzeniem…

Resztę dnia spędzamy na umieszczaniu wpisu na bloga. Przy okazji opiszę Wam jak to zazwyczaj wygląda.

A więc tak: zwykle dzielimy się pracą i każdy opisuje wybrane dni. W przypadku pierwszego wpisu o Indiach podzieliliśmy się na działy. Później trzeba to jakoś sklecić, zobaczyć w czym się powtórzyliśmy, a o czym zapomnieliśmy. Treść wpisów tworzona jest gdzieś w trakcie przemieszczania się, ewentualnie wieczorami przed pójściem spać. Ogólnie ciągle niestety brakuje nam na bloga siły i czasu.

Ponadto wiadomo, że do pisania musi być wena. Często ciężko o nią w jakimś mało uroczym pokoju hotelowym, gdzie jedyne o czym marzysz to zamknąć oczy i spać, żeby tego nie widzieć.

Zwykle jeszcze zanim zabierzemy się do pisania, a mamy akurat internet, to oczywiście trzeba to wykorzystać, zaplanować co dalej, czegoś poszukać, czegoś się dowiedzieć, napisać maila, sprawdzić fejsa ;-) i leci… potem pada pytanie: i co udało ci się coś napisać? Nie, nie mam już dziś siły, może rano… :-)

W końcu jednak przychodzi ten czas, że jak mus to mus, następuje mobilizacja i powstaje wpis. Najlepiej jednak gdy wenie towarzyszą dobre warunki do pisania, co czasem się zdarza. I wtedy można skrobać i skrobać…

Ok. Mamy już wpis. Teraz z kilkuset zdjęć, które udało się nam wypstrykać trzeba wybrać kilkadziesiąt i przerzucić je z karty na ipada. Niestety przed ich przerzuceniem możemy obejrzeć je tylko w miniaturce co dodatkowo utrudnia proces. Po przerzuceniu trzeba zmniejszyć ich rozmiar, żeby przy wolnych łączach ich wrzucanie było wogóle możliwe.

Następnie układamy teksty i zaczynamy wrzucanie zdjęć na serwer. Niestety nasz IPad nie trawi wrzucania wszystkiego hurtem i każde zdjęcie wysyłamy osobno… co zajmuje wieki (a dokładnie kilka godzin) :)

I nie chodzi nam o to, żeby ponarzekać sobie na bloga, gdyż my go naprawdę lubimy i bardzo chcemy pisać. Gdyż po pierwsze nasi najbliźsi są na bieżąco i po powrocie nie będziemy mieć problemu w stylu od czego by tu zacząć opowiadać, a po drugie dla nas samych nie ma nic lepszego niż po jakimś czasie powrócić sobie do przeżytych sytuacji i powspominać jak to fajnie, lub czasem mniej fajnie, było.

5 marca, czwartek

Pobudka o 8:00 bo zaczyna się robić gorąco…

Wiatrak na full, a mimo tego po całej nocy wstajemy lekko spoceni. Wilgotność koło 80 % :)

Wczorajszy wieczór pod znakiem wrzucania posta i nocnego polowania na komary. Plan na dzisiaj Aureville. Miasto – utopia.

Umawiamy sie z panem Francuzem, że zostaniemy jeszcze dzień dłużej i podpytujemy o opcje dojazdu na miejsce (Aureville jest ponad 10 km od centrum). Liczyliśmy na jakiś autobus, ale niestety nasze wątpliwości szybko zostały rozwiane – autobusu nie ma i trzeba brać taxi/tuktuka.

Ale najpierw najważniejsze :) Trzeba zjeść śniadanie. Wybieramy się na krótki spacer po francuskiej dzielnicy w której mieszkamy. Większość kolonialnych budynków znajduje się bliżej morza… kilka ulic dalej typowy widok tętniącego porannym, handlowym życiem miasta. Na śniadanie poori i dosa z masalą oraz ostrawą sambą. Wszystko przygotowywane na naszych oczach i podawane na plastikowych żółtych talerzykach. Zamawiasz – dostajesz – wcinasz- płacisz i zwalniasz stojące miejsce następnemu klientowi. Całość trwa góra 5 min. Do tego jeszcze kawa w metalowym kubeczku plus spodek do przelewania z jednego w drugie, żeby ostudzić…

Po śniadaniu spacer po ulicy z ciuchami. Helenka poluje na jakąś spódnicę i sandały… tak mijają następne 2 godziny :) Cierpliwie odwiedzamy kilka sklepów i przymierzamy parę opcji. Naszczęście wszystko tu tanie więc nie rozpuścimy się za bardzo ;) Kupujemy najpierw jedną, a potem drugą (no bo jak zwykle po zakupie pierwszej 500 m dalej trafiamy na sklep, gdzie były ładniejsze …). Naszczęście po stargowaniu wychodzi po 12 zł za sztukę.

Po szale zakupowym, ruszamy w stronę parku, który znajduje się również niedaleko wybrzeża. Ostatecznie jednak do niego nie wchodzimy, bo… zagaja nas pan z tuktuka i proponuje jazdę do Aureville z czekaniem na nas na miejscu 2-3 h (tzn. ile będziemy chcieli). Przystępujemy do negocjacji..500..400..300..ok :) Cena w mairę przystępna biorąc pod uwagę wcześniejsze propozycje innego kierowcy 600 rupii. Jest 12:00, a na miejsce jedzie się pół godziny. Wsiadamy zatem do żółtego pojazdu i mkniemy ulicami Puducherry. Każdy taki przejaz to nielada przeżycie, bo masz wrażenie, że jesteś w jakiejś grze komputerowej w której wszyscy inni chcą cię przejechać ;)

Aureville jest eksperentalnym miastem utopią powstałym w 1968 i założonym przez Mirre Alfasse zwaną „Matką”. Była ona życiową towarzyszką hinduskiego myśliciela Sri Aurubino. Razem z Matką doszli oni do przekonania, że właściwym kierunkiem rozwoju ludzkości prowadzącym do superludzkości jest skupienie się na własnej świadomości. Najlepiej przez medytację i koncentrację. Po śmierci Aurubino powstało właśnie to miejsce, w którym ludzie różnych narodowości i wyznań mogą ze sobą żyć, rozwijać się, inspirować i razem dążyć do doskonałości. Brzmi trochę sekciarsko.. no nie? (Helenka: „nie, kiedyś tam wrócę…” ;-) )

W Auroville spędzamy 2 godziny chodząc alejkami, spoglądając na centralnie ulokowany park/centrum koncentracji i oglądając wystawy. Zwiedzający wpuszczani są tylko do niewielkiej części kompleksu, który obejmuje obecnie kilkanaście hektarów.

image

image

image

image

image

No ciekawie to było zobaczyć. Naprawdę coś takiego istnieje i ludzie tam żyją. Coś jak wioska dzieci kwiatów… :)

Na koniec serwujemy sobie lemoniadę z jednego ze stoisk spożywczych i zwijamy się do miasta.

Pan wysadza nas w tym samym miejsca co zabrał, czyli koło parku. Idziemy wybrzeżem, zatrzymując się na chwile przy największej w Indiach statule Ghandiego…

image

Czas zorganizować coś do jedzenia. Jest ok 16:00, więc nie najlepsza pora, bo większość knajp od 15:00 do 18:00 zmienia właśnie menu na kolacyjne (czyli lunchu już nie ma, a obiad się gotuje). Najpierw trafiamy do Hotelu Aristo poleconego przez przypadkowo spotkanych panów. Kończy się tylko na zupie i ryżu bo właśnie zamykają.. zresztą nie było to zbyt smaczne. Potem zaglądamy do jakieś chińskiej knajpki na bardzo dobry makaron z kurczakiem. Na deser nasze ulubione bananowe szejki.

Wieczór kończymy spacerem przez stare uliczki naszej dzielnicy i raczenie się lokalną wystawą sztuki, gdzie wystawiono kilkadziesiąt ciekawych obrazów sztuki współczesnej (sami lokalni artyści).

Udajemy się na spoczynek. To był dobry dzień :)

6 marca, piątek

To nasz ostatni dzień w Pudacherry. Wstajemy rano i udajemy się w okolice znanych nam wcześniej ruchliwych uliczek bazaru.

Punkt pierwszy programu – śniadanie. Tym razem skuszeni lekkim zamieszaniem przy jednym z stanowisk z jedzeniem, inwestujemy w coś w rodzaju ryżu z warzywami (a’la Bryiani). Smaczne i świeże. Jedzą tu też kierowcy tuktuków, a to nienajgorszy wyznacznik. Cała ekipa przy wózku, przejęta pojawieniem się dwóch białasów :)
image

Punkt drugi to znalezienie nowego kabla do iPada. Niestety, poprzedni przestał funkcjonować (to już 3 w naszej historii). Odwiedziny w kilku sklepach… Orginalny 1500 rupii, zastępnik 100… Ryzykujemy tańszą opcję. Najedzeni i zaopatrzeni w co potrzeba wracamy do naszego francuskiego guesthausu. Pan właścicel wręcza nam adres taniego hostelu w Mammalapurnam, prowadzonego przez jego znajomą. Ostatnie pakowanko i koło południa, wyruszamy tuktukiem na dworzec autobusowy, aby złapać autobus do Mammalapurnam. Idzie nam dosyć szybko i po kilkunastu minutach już siedzimy na swoich miejscach. Przed nami 2 godziny podziwiania widoków z okna i doświadczania drogowego rodeo jakie za każdym razem przeżywamy w indyjskich autobusach ;)

Do Mammalapurnam docieramy popołudniu i odrazu kierujemy się pod wskazany adres. Miejsce sympatyczne i w miarę czyste. Cisza spokój i tylko 300 rupii za noc :)

Po rozpakowaniu idziemy na pierwszy rekonesans miasta. Mieszkamy blisko głównego turystycznego deptaka, z mnóstwem sklepów, restauracji i mini warsztatów z rękodziełem.

Na zachód słońca docieramy pod najbardziej znaną ze świątyń z 7 wieku… Ale dzisiaj zamknięte. Przyjdziemy jutro. Generalnie spory tu ruch i mnóstwo rzeźb związanych z Hinduizmem. W końcu to centrum rzeźbiarstwa w indiach. Przechodzimy też koło jednej ze świątyń z wyrzeźbionymi w skale słoniami…
image

Wieczór zastaje nas w jednej z lokant na rogu głównych ulic, gdzie zajadamy jakieś smakołyki prosto z patelni typu wok. Jutro czeka nas dzień zwiedzania…

7 marca, sobota

To dziś. Cały dzień zwiedzania przed nami :) Zaczynamy koło 10:00, znanym już akcentem… śniadankowa dosa i przepyszne szejki owocowe w sympatycznej miejscówce, obczajonej już dzień wcześniej.

Robi się gorąco, więc postanawiamy przeczekać największy skwar. Wracamy do pokoju i oddajemy się lekturze :) wczesnym popołudniem, poleconym przez właścicielkę skrótem udajemy się pod bramy świątyni Shore, czyli najbardziej charakterystycznego punktu Mammalapurnam, ulokowanej praktycznie na plaży, zwróconej ma Zatokę Bengalską.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Świątynia jest malutka, otoczona kilkoma podziemnymi tunelami (pewnie pozostałość po innych zabudowaniach), ale jeat bardzo urokliwa no i ma ponad 1400 lat. Wejście po 250 rupii to sporo, ale bilet ważny będzie też do innych miejsc, które mamy dzisiaj w planie.

Po jakiejś godzince spędzonej wokół świątyni, udajemy się spacerkiem do oddalonego o 2 km kompleksu budowli będących hołdem oddanym przez władcę indyjskiego królestwa Pallavi, Mahendravarmana I na cześć swojego syna, żony i kilku innych bliskich. Nie są to świątynie, choć takowe przypominają. Wszystkie ułożone są w formie rydwanu. Zresztą stoi tam też kamienny rydwan zaprzeżony w słonie… no ładne, no ładne :)

W drodze powrotnej zaliczamy jeszcze jedną świątynię na czubku wielkiej skały oraz pobliską świątynię Varaha z 7 wieku wykutą wewnątrz jaskini i latarnię morską z 1894 roku.

Wspomnieć należy, że wszystkie te cuda (poza latarnią) są wykute z jednego kawałka skały. Robi wrażenie :)

Dzisiaj postanawiamy zaszaleć i skoro jesteśmy nad morzem, to pasowało by zjeść jakąś rybkę. Lokalizujemy knajpkę poleconą przez właściciela budki z sokami (był bardzo sympatyczny i wyglądał na ogarniętego). Tłumów nie było, ale to jeszcze nie ta pora. Była za to świeża rybka, a nawet dwie i przepiękny widok z zaaranżowanej na dachu mini chatki. Mieliśmy też do dyspozycji prywatny hamak z czego Helenka nie omieszkała nie skorzystać ;) Muzyczka gra, jedzonko smaczne, hamaczek buja, a przed oczami zachodzące słońce nad Zatoką Bengalską. Czy może być przyjemniej ?

Wieczorny spacerek do naszego hostelu, kończy ten intensywny dzień. A jutro w planie warsztaty rzeźbiarskie.

8 marca, niedziela
/Mammalapurnam/

Wstajemy dosyć wcześnie :) Dzisiaj wieczorem mamy pociąg z Chennai do Hampi. Najpierw jednak w poszukiwaniu śniadania idziemy do lokanty przy głównej drodze. Ruch spory. W końcu to niedziela więc ludzie mają wolne. Zamawiamy jakieś dosy i parothy. Do tego kawa i można działać :)

Jest piekielnie ciepło, więc nie mamy weny na szwędanie się po okolicy. Zresztą plan na dzisiaj to nauczyć się rzeźbienia od lokalnego specjalisty :)

Jak już pisałem wcześniej Mammalapurnam słynie z kunsztu rzeźbiartwa i garbartwa. W związku z tym wiele tutejszych atrakcji to różnego rodzaju świątynie i monumenty wykute/wyrzeźbione w jednym kawałku skały. Poza tym pełno tu małych sklepików/pracowni sprzedających swoje dzieła, a co bardziej obrotni oferują kilkugodzinne zajęcia dla chętnych turystów.

W kwestii garbatstwa to można sobie tutaj zamówić całkiem ładne sandały/klapki/buty, które panowie wykonają lub dopasują do naszej stopy w 1-2 dni :)

Wracając jednak do nas, dogadaliśmy się z naszym gospodarzem hostelowym, że za 300 rupii jego znajomy ze stoiska nieopodal naszego lokum nauczy nas co nieco z rzeźbiarskiej sztuki :) ponieważ czasu mielismy niewiele (tylko 3-4 godziny), padła propozycja wykonania płaskorzeźb. Helenka miała „wustrugać” słonia, a ja wilka :)

image

image

Zaczyna się od kawałka prostokątnej skały, na której najpierw rysuje się kontury obiektu. Następnie obrabia się materiał dookoła konturu specjalnym dłutkiem, aby potem mniejszym dłutkiem nadać dokładnieszy kształt i szczegóły (jak uszy, nogi, oczy). Końcowa faza to szlifowanie i polerowanie. To była naprawdę fajna zabawa :)

Po warsztatach szybkie pakowanko i prysznic.. bo cali jesteśmy w kamiennym pyle ;) Idziemy na dworzec autobusowy, aby złapać ten jadący do Chennai. Mamy farta, bo łapiemy akurat taki, który jedzie prosto na dworzec kolejowy. Dojeżdzamy ok 18:00, a nasz pociąg startuje dopiero o 22:50… mamy sporo czasu.

Na dworcu ruch jak w ulu. Chennai to ogromne miasto gdzie codzennie przewija się setki tysięcy osób. Zapomniałbym wspomnieć, że Chennai to tak naprawdę Madras i te dwie nazwy funkcjonują wymiennie.

Po kilku godzinach jazdy jesteśmy nieco głodni, wiec kupujemy banany… niestety nie takie jak lubi Helenka (tzw. „marchewkowe”) więc jest lekko nie w sosie ;) Zwłaszcza, że te ulubione widziała na wiadukcie 500 m stąd, ale z plecakami nie chciało nam się dreptać z powrotem…

Zasiadamy ma dworcu i obserwujemy przelewający się tłum. Ludzie kimają pokotem w każdym możliwym miejscu. Jakaś grupka chłopaków koniecznie chce sobie z nami zrobić zdjęcie. Kolejny zagaduje mnie, co można eksportować do Polski, bo on robi w Agro-biznesie :) No i tak jakoś leci… wsiadamy do pociągu, lokalizujemy swoje miejsca i lulu… dojedziemy do Guntakal ok 8:30 rano… stamtąd do Hampi jeszcze 160 km : )
image

9 marca, poniedziałek

To nie była nasza najlepsza pociągowa noc. Ciągle ktoś chodził, a ok 2:00 konduktor musiał krzykiem usunąć pasażera na gapę, który usiadł niedaleko nas…

Ehh… nawet w sleeper class czasem tak bywa. Jestesmy zatem z lekka „przydżumieni”. Z Guntakal jeszcze 160 km do celu, więc mamy do wyboru pociąg lub autobus. Za radą lokalsów, idziem w opcję pierwszą. Podobno tańsza i szybsza… następny odjeżdza za 3 h, czyli o 12:00.

Kupujemy w kasie bilet, upewniamy się o godzinie odjazdu, peronie i idziemy coś zjeść w dworcowej restauracji. Siadamy na peronie nr. 4 i czekamy. Dwóch białasów stanowi wspaniały obiekt zainteresowania wszystkich dookoła ;) a pociagu nadal nie widać. Przyzwyczailiśmy się trochę do tego, że indyjska kolej do punktualnych nie należy.. ale żeby na takiej krótkiej trasie aż 1,5 h? Wsiadamy.. tłoczno.. są jakieś dwa miejsca.. odjazd :)

Dojażdzamy tylko do Ballari.. ehh bo Pani zapomniala nas poinformować, że ten pociag jedzie w kierunku Hampi, a nie do samego Hampi. No ale klienta obsłużyła i klient się odczepił :) No wiec wysiadamy, kupujemy kolejne bilety za 100 rupii i oczekujemy na wlaściwy pociąg.

Przy okazji kupowania biletów zostajemy „zaatakowani” przez bamdę dzieciaków proszących o datki… ustaliliśmy z Helenką już na początku Indii, że solidarnie nie dajemy nikomu. Po pierwsze, osób żebrzących jest tu tyle, że nie starczyloby nam całego naszego budżetu żeby wszystkich obdzielić. Po drugie dając im kasę uczymy ich, że to dobry sposób zarabiania.

Prawo Merphiego znów zadziałało i pociąg oczywiście spóźnia się prawie godzinę :) ale ostatecznie lądujemy w Hospanet, czyli ok. 15 km od Hampi ok. 17:00. Kierowcy tuktów zaczynają swój „taniec naganiacza” zaraz po postawieniu przez nas pierwszej stopy na dworcowym gruncie…

„Skąd jesteście? Gdzie jedziecie? Hampi? Mój przyjacielu ?” I zaczyna się licytacja… „jak dla was to 300… 250… 200″. My nie wzruszeni przedzieramy się przez ten tłum w stronę wyjścia. Chcemy sprawdzić ile kosztuje autobus. Jeden z rikszarzy w akcie desperacji krzyczy do nas 80 rupi… w końcu okazuje się, że autobusy odjeżdżają zaraz sprzed budynku dworca. Cena biletów 30 rupii za w osoby :) Za nami zrezygnowane twarze taksówkarzy.. ;)

Do Hampi docieramy o zachodzie słońca. Miasteczko wydaje składać się z dwóch głównych ulic od których odbija kilka pomniejszych, przy których znajduje się mnóstwo guest housów, restauracyjek i sklepów z rękodziełem. Nad miastem góruje wysoka wieża świątyni, a po drodze mijamy drogowskazy do kolejnych…

Hampi to jedna z głównych atrakcji Indii, która znajduje się na liście prawie każdego „zapalonego zwiedzacza”. Kilkanaście świątyń i pozostałości królewskiego pałacu stanowią ciekawą mieszankę historyczno-architektoniczną.

Już po wkroczeniu do miasta zagaduje nas młody chłopak na temat opcji noclegowych. Ma być tanio i jest. 350 rupii za 2 osoby to dobra cena. Choć dopiero rano dowiemy się że wymeldowanie do 9:00.. życie :) Jest wiatrak, jest i wifi, tylko łazienka na zewnątrz, ale damy radę…

Na kolacje udajemy się do lokanty tybetańskiej. Z nowości próbujemy naan bread i momosy.. ale te ostatnie raczej średniawka. Zresztą pozostałe jedzenie też nie najwyższych lotów, ale przynajmniej nie idziemy spać głodni ;)
image

10 marca, wtorek

Dzisiaj zwiedzamy Hampi.
Noc była nie najlepsza, towarzystwo z naszego guest housu balowało do 2:00 w nocy, a poniweważ lokal jest raczej mikroskopijny to mieliśmy wrażenie, że siedzą u nas w pokoju…

Tak więc wstajemy ok 8:30 lekko „skacowani” i dowiadujemy się, że wymeldowanie o 9:00.. heh gdybyśmy dojrzeli tą informację wczoraj. Pan strategicznie nie wspomniał o tym chcąc nas złowić… ciągle się uczymy czujności podróżniczej ;)

Trzeba zorganizować nowe lokum i śniadanie. Na miejscówkę natrafiamy na końcu ulicy dosłownie 200 m od tej poprzedniej. Trochę drożej bo 600 rupii, ale warunki dużo lepsze. Ciepła woda, porządna lazienka, moskitiera no i względny spokój. Szybki transport naszych plecaków i można spokojnie udać się na poszukiwanie jedzenia.

Jako, że mieliśmy ochotę na owoce zakupiliśmy papaje, melona, winogrona i banany, a do tego świeże chiapati… czyli pieczone mini placki-chlebki. A w knajpie raczymy się tylko kawą (skądinąd pyszną). Resztę pałaszujemy już w pokoju… mniam.

Idziemy też do agencji turystycznej zarezerwować bilety pociągowe na jutro. Niestety musimy kupić takie na „liście oczekujących” czyli wsiadamy na własną odpowiedzialnkść bo oficjalnie miejsc nie ma…. ale pan przekonuje nas, że spoko i żebyśmy się nie martwili ;)

Plan zakładał przeczekać największy upał i udać się do świątyń przed zachodem słońca kiedy światło jest najprzyjemniejsze do zwiedzania i robienia zdjęć. Tak też czynimy. Powtarza się też scenariusz z rikszarzami, którzy twierdzą, że do świątyń ok 8 km i chętnie nas tam zabiorą za 300 rupii… nie z nami te numery ;) 8 km drogą dla pojazdów, ale malowniczą ścieżką spacerową przy rzece już tylko 2 km, na co wskazuje drogowskaz dosłownie 200 m od parkingu dla tuktuków… :)

Główną atrakcją jest tutaj świątynia Vittala który jest jedną z form boga Vishnu. Oddalona właśnie o 2 km od centrum i przystanku autobusowego stanowi kompleks mniejszych i większych budynków świątynnych z wspaniałymi rzeźbieniami, kolumnami i innymi atrakcjami. Na głównym placu stoi kamienny rydwan ciągnięty przez słonie. Co ciekawe budynki zbudowane są z dwóch rodzajów kamieni ceglasto-czerwonych i piaskowo-kamiennych. Było to związane z różnymi okresami budowy poszczególnych części budowli.
Całość wygląda interesująco. Wejściówka 250 rupii od osoby.

Ciekawe jest również, jak już wspominałem, doście do samej świątyni. Wzdłuż rzeki, wśród wielkich kamieni i w towarzystwie sporej ilości małp :)
image

image

image

image

image

image

image

image

Drugim naszym przystankiem były pozostałości po królewskim pałacu ze skarbcem, świątynią lotosu, ogrodami i królewską stadniną dla słoni… co prawda dreptaliśmy tam dobrą godzinę, ale widok wszystkich tych atrakcji (było tego sporo więcej niż wymieniłem) o zachodzie słońca był wart wysiłku.
image

image

image

image

image

Docieramy do guest housu już po zmroku. Cały dzień na nogach więc odpoczynek jest wyraźnie zasłużony. Na kolację idziemy do pobliskiej knajpki nepalskiej na pięterku (inna niż dzień wcześniej i zdecydowanie lepsza :)).

Przypominamy sobie też że czekają nas do odbioru bilety na pociąg…

Kładziemy się nieco wcześniej bo dzień był długi. Hampi zaliczone!

11 marca, środa

Rano zbieramy się dość sprawnie, na śniadanie w Hampi nie ma czasu. Dziś przemieszczamy się dalej na północ. O godz. 10 mamy pociąg, z oddalonego od Hampi o kilkanaście kilometrów Hospet, do Hubli (czas podróży 4 godziny), a z Hubli mamy bilety do Jalgoan (pociąg o godz. 16, jedzie do 12 w południe dnia następnego = 20 godzin!). Czyli mamy dwie godziny zapasu.

Docieramy na dworzec przed 10. Okazuje się, że pociąg przyjedzie z prawie 1,5 godzinnym opóźnieniem… Hmm… Pan w okienku radośnie stwierdza: „Co się martwicie, macie czas na śniadanie” i rzuca nam uśmiech numer 5 :-) Super proszę pana, ale my mamy kolejny pociąg, na który nie chcielibyśmy się spóźnić.

Dobra, bez paniki. Mamy 1,5 godziny, które wykorzystujemy na przejazd w okolice dworca autobusowego, gdzie jemy śniadanko i zaopatrujemy się w krople do oczu (przypuszczam, że ze względu na ciągły wiatr wiejący nam w twarz (pociągi, autobusy bez okien + wiatraki w pokojach), mi (Helence) wyschły oczy ;-) )

Z przejazdem z jednego dworca na drugi była zabawa. Wszyscy rikszarze chcieli nas tam zawieść i każdy chciał zbić na nas fortunę, choć to było tylko 1,5 km… Oczywiście się nie daliśmy i pojechaliśmy komunikacją miejską. Jedynym minusem było to, że autobus długo czekał, aż się zapełni, a gdy w końcu pękał w szwach ruszyliśmy i jechaliśmy 5 km na godzinę… Powód? Pan konduktor musiał zdążyć pozbierać od wszystkich kasę (większość jechała tak jak my na dworzec autobusowy).

Wracamy na dworzec kolejowy, też autobusem (w drugą stronę poszło lżej). Patrzymy na tablicę z odjazdami… Nasz pociąg przyjedzie jeszcze 45 minut później… Czyli jeśli po drodze zatrzyma się gdzieś na dłużej to na nasz kolejny pociąg raczej nie zdążymy…

Będzie co ma być. Panowie w okienku zapewniają, że zdążymy… O nic nie chodzi, tylko ciężko dostać bilety tak z dnia na dzień, a i czasu szkoda…

Zdążyliśmy. Zdążyliśmy na pociąg i zdążyliśmy nawet kupić byriani na wynos w jednej z knajpek na dworcu w Hubli.

Jedziemy.

12 marca, czwartek

Do Jalgoan dojeżdżamy zgodnie z planem, w okolicach południa. Pierwsze co ruszamy oczywiście coś jeść. Z plecakami trochę nam ciężko. Jesteśmy już na etapie głodu w stylu „zjedzmy cokolwiek”. Nogi prowadzą nas do knajpy na 3 piętrze jakiegoś budynku. Wchodzimy do środka. Jeden stolik pełny, wszyscy zwróceni w stronę telewizora, humory dopisują, słychać gromki śmiech. Okazało się, że to nie klienci, a cała załoga kelnerów i kucharzy… Trzeba było widzieć ich miny i mobilizację, gdy nas zobaczyli :-) Uciekamy…

Po drugiej stronie ulicy znajdujemy porządną lokantę. Jak mogliśmy jej wcześniej nie widzieć?

Pojedzeni, pora szukać lokum, żeby pozbyć się plecakowego balastu. Robimy obchód po okolicznych hotelach. Ostatecznie lądujemy w hotelu Plaza. Czysto. Jest internet. Pan zarządzający pomocny, aż za bardzo jak się później okazuje (łącznie z ustawianiem mocy wiatraka i instrukcją używania spłuczki w ubikacji).

Jako, że jest już trochę późno na jechanie do Ajanta Caves (2 godziny drogi autobusem z Jalgoan) zwiedzanie przekładamy na dzień następny.

Wieczór spędzamy w hotelu, delektując się naprawdę czystym pokojem :-) Robimy tylko szybki wypad do marketu w pobliskim centrum handlowym. Nowootwartego marketu w otwieranym dopiero centrum handlowym (wyglądało co prawda jakby otwierali je 10 lat, ale to szczegół). To chyba drugi market, który mieliśmy okazje odwiedzić w przeciągu całego pobytu w Indiach. Tutaj rządzą bowiem wciąż przydrożne stragany i targowiska.

Późnym wieczorem Jalgoan nawiedza burza, o której nie sposób nie wspomnieć, bo grzmialo i błyskało się naprawdę mocno. Nie mieliśmy też prądu. Tzn. po części nie mieliśmy, bo hotel zaopatrzony był w akumulatory, więc świeciła nam awaryjna lampka.

Ale co tam my… Gdy pomyśleliśmy sobie co ludzie mieszkający w tych prowizorycznych bambusowych chatkach muszą przeżywać w taką ulewę…

13 marca, piątek

Umawiamy się z panem z hotelu, że pokój zwolnimy o 15 (check out był teoretycznie o 12, więc pan poszedł nam na rękę), w związku z czym na zwiedzanie Ajanta Caves ruszamy wczesnym rankiem, żeby się wyrobić w czasie.

Jazda autobusem należała do jednych z najbardziej nieprzyjemniejszych… Droga była tak dziurawa, że w trakcie jazdy lepiej było nie rozmawiać, żeby nie odgryść sobie języka :-) Siedząc na tyłach doznania były jeszcze bardziej intensywne, szczególnie gdy podskakiwaliśmy na siedzeniach 30 cm w górę..

Ajanta Caves wynagrodziły nam jednak nieprzyjemną jazdę. Są to groty (30 grot) wykute w zboczu skalnym (2 wiek p.n.e – 7 wiek n.e) na cześć Buddy. Już po wejściu do pierwszej z nich nie żałowaliśmy decyzji o ich odwiedzeniu. Część z grot była niedokończona, co pozwalało uzmysłowić sobie ile trudu włożono w ich wykucie… Jaskinie zachowane są naprawdę w dobrym stanie. Nie widać ingerencji konserwatorów, tak jak przy co poniektórych pozostałościach np. w Hampi…
image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Po powrocie do Jalgoan, spakowaniu manatek i zjedzeniu obiadu w poleconej przez pana z hotelu knajpce (naprawdę dobre jedzonko, choć nie obyło się bez szczura pomiędzy stolikami) wieczór spędziliśmy z owym panem w owym hotelu na recepcji, korzystając z jego uprzejmości i internetu. Mieliśmy ablowiem jeszcze tego wieczoru nocny pociąg do Jansi, czyli w kierunku świątyń miłości z wykutymi pozycjami kamasutry na ich zewnętrznych murach…

14 marca, sobota

Po trochę zimnej nocy w pociągowym przedziale, wylądowaliśmy rankiem w Jansi. Z tamtąd do świątyń miłości mieliśmy jeszcze ok. 150 km, czyli dobre 5 godzin jazdy autobusem…

Przed dworcem kolejowym napadła na nas oczywiście zgraja rikszarzy. My jednak najpierw musieliśmy coś zjeść. Padło na przydworcową lokantę i samosy.

Przedostajemy się na dworzec autobusowy, gdzie oczywiście sami pomocnicy turysty. Kilku gości oblega nas z każdej strony, krzycząc, który autobus mamy wziąść. Czy oni mają w tym jakiś interes? Czy o co chodzi? Okazuje się, że autobus do wyboru mamy tylko jeden. Wsiadamy. Teoretycznie mamy dojechać na samo miejsce, czyli do miejscowości Kajuraho. Jeszcze przed odjazdem ja (Helenka) wyskakuję po banany i mam okazję zobaczyć, jak jakaś riksza (naszczęście z przyczepką z piaskiem, a nie z ludźmi) na moich oczach nie wyrabia na zakręcie i przewraca się na bok… Kierowcy nic się nie stało, uff…

Nie bez powodu użyłam wcześniej słowa teoretycznie. Okazało się, że panowie kłamali, że autobus jedzie bezpośrednio tam gdzie chcemy. Po drodze musieliśmy się przesiadać na inny autobus, co trochę wydłużyło nam podróż. Nie musieliśmy jednak kupować kolejnego biletu, utrzymując, że ten który nabyliśmy, uprawniał nas do jazdy do samego Kajuraho (kosztował odpowiednio dużo). Z resztą panowie kierowcy widzieli, że nie damy się naciągnąć na kolejny bilet i musieli dogadać się między sobą… Skoro zrobili to bez większego problemu, znaczy, że mieliśmy rację :-)

Przesiadka nie była nam na rękę. Chcieliśmy dotrzeć do Kajuraho jak najszybciej i zobaczyć interesujące nas świątynie jeszcze tego samego dnia. Kupiliśmy już bowiem bilety na pociąg na 9 rano z Kajuraho do Agry (nie było wielu możliwości, a po drugie postanowiliśmy przyspieszyć trochę tempo przemieszczania się po Indiach).

Ostatecznie w Kajuraho byliśmy ok. 17 30. Z dworca do centrum zabraliśmy się z młodym rikszarzem, który na szybkiego zawiózł nas do jednej ze świątyń (okazało się bowiem, że wszystkie świątynie otwarte są tylko do zachodu słońca, czyli do 18:30, a nie jak pisało w przewodniku do 21).
Chłopak pokazał nam, gdzie możemy dojrzeć interesujące nas pozycje. Niektóre rzeźby były naprawdę skrzętnie ukryte ;-) Chłopak dostał od nas tipa… Umówiliśmy się z nim, że przyjedzie po nas rano i zawiedzie na dworzec kolejowy :-)

Wieczorem zrobiliśmy sobie oczywiście wypad na obiad, a przy okazji daliśmy się pochłonąć w sklepach ze starociami… Naprawdę nas wciągnęło. Gdy doszło do targowania było naprawdę śmiesznie. Ostatecznie nabyliśmy: dwie monety (jedna podobno ma 400 lat, druga około 100 ;-) ), dwa kamienie „tygrysie oko”, z których ja Helenka mam zamiar zrobić sobie biżuterię oraz małą szkatułkę na drobiazgi. Wszystkie skarby kosztowały nas 500 rupi (ok. 30 zł), przy czym wyjściowa cena wynosiła 1700… Pan nie był do końca zadowolony, choć i tak pewnie na nas zarobił…

15 marca, niedziela

Rano, jeszcze przed pociągiem, czyli bardzo wcześnie (6:30) wyruszamy na zwiedzanie kompleksu świątyń miłości. Na szczęście otwierają je zaraz po wschodzie słońca. Jedynym mankamentem jest to, że o świcie jest brzydka pogoda… Zwiedzamy w deszczu…

Do zobaczenia mamy 5 świątyń, w zasadzie nie wiele różniących się od siebie ;-) rzeźby są naprawdę dość wyuzdane, wszystkie mają około 1000 lat…
image

image

image

image

image

image

image

image

Zwiedzanie zajmuje nam około godzinki, przez co mamy jeszcze czas na śniadanie, zanim przyjedzie po nas młody rikszarz. Przyjechał zgodnie z umową, nawet trochę wcześniej. Zaczął nas pospieszać, bo w rikszy miał jeszcze dwie inne osoby jadące też na dworzec. Zapytaliśmy czy w takim razie dzielimy się z nimi koszty… Okazało się, że to znajome i jadą za darmo… Jak nam nie pasuje, to nie musimy jechać. No dobra, co nam zależy. Ale potwierdziła się zasada, że należy płacić najpóźniej jak się da. Wczoraj zapłaciliśmy mu z nawiązką (choć twierdził, że możemy mu zapłacić dnia następnego) i to był błąd. Aż ciężko było dzisiaj uwierzyć jak z uprzejmego chłopaka przeobraził się w opryskliwego rikszarza… Money, money, money…
image

Resztę dnia spędzamy w pociągu do Agry. W trakcie jazdy dosiada się do naszego przedziału grupka chłopaków, oczywiście zainteresowanych skąd my jesteśmy. Tym razem rozmawiamy trochę dłużej. I czego się dowiadujemy? Jeden z nich (lat 30) ma dziewczynę, ale to nie zmienia faktu, że czeka, aż rodzice wybiorą żonę… I jest z tym całkowicie pogodzony. Jak wszyscy podsumowują: „Taka kultura”. Wiedzieliśmy, że tak jest, ale i tak zaskakujące jest ich bezproblemowe podejście do tego tematu.

Wieczorem śpimy już w pobliżu Taj Mahal!