W życiu jest tak, że to co nowe dostarcza wielu emocji. Czy to nowa praca, w której trzeba się odnaleść, czymś wykazać i zapoznać z ludźmi, czy to nowe mieszkanie, którym trzeba się nacieszyć i wpaść w rytm funkcjonowania (tak żeby rano, przed pójściem do pracy, gdy człowiek zaspany, nie nabić sobie guza o ścianę, której w poprzednim lokum w danym miejscu nie było), czy choćby przygarnięcie psiaka, który potrafi zmienić nasze priorytety jak i cały harmonogram dnia. Przykładów można mnożyć.

Ze wszystkim co nowe z czasem się zapoznajemy. To co nowe z czasem staje się normalne. Pół roku to wystarczający czas, żeby oswoić się z nową sytuacją. Pół roku, rok, czy miesiąc – nieważne, zależy od człowieka i sytuacji. I nie chodzi nawet o to, czy dana zmiana wciąż nas cieszy czy nie, ale o to że tych emocji z nią związanych jest jakby mniej…

Co ciekawe mam wrażenie, że z podróżowaniem jest tak samo. Być może jest za wcześnie, aby to oceniać, ale czuję, że moje podejście do podróży się zmieniło. Jakby ten sposób na życie stał się dla mnie czymś normalnym. To, że nie wiem co będę robić za dwa dni, nie wzbudza we mnie większych emocji. Czuję się z tym bezpiecznie :-) zagrożenie poczułabym, gdyby ktoś mi powiedział, że za tydzień wracam do Polski i mam się tam odnaleźć. Na to gotowa nie jestem.

Ostatnio błędnie obliczyłam, że w podróży jesteśmy już pół roku. Pomyślałam: „O nie!!! Wnet trzeba będzie wracać, czemu ten czas tak szybko leci?! Już 1/4 za nami…” Dopiero Łukasz uświadomił mi, że to dopiero 5-ty miesiąc. Odetchnęłam z ulgą ;-) dopiero 5-ty ;-) Tak jak wspominałam wcześniej, podróż jest już dla mnie czymś normalnym, ale to wcale nie oznacza czegoś negatywnego. Normalność nie oznacza znudzenia. W normalności nie ma niczego złego.

Staram się jednak (może niepotrzebnie) przewidzieć co będzie dalej. Coś jest nowe, coś staje się znajome, normalne… coś w końcu się nudzi… Nie ukrywam, że mam cichą nadzieję, że podróż w końcu mi się znudzi. Życie podróżnika jest fascynujące, ale jest to życie z dala od najbliższych, a najbliższych jednak mi brakuje (nie licząc męża oczywiście ;-)). Dobre relacje z innymi ludźmi to dla mnie jest To. Niczego nie zastąpi szczera rozmowa z bliską mi osobą. Jest też oczywiście kilka, równie ważnych spraw, dla których pragnę wrócić :-)

Chciałabym jednak znaleźć jakiś sposób, abym po powrocie, potrafiła zatrzymywać się na tym etapie normalności, bez przechodzenia w stan obojętności czy nudy… Abym potrafiła docenić to, co udało się osiągnąć… Abym potrafiła ocenić swoją sytuację z pozycji, gdy była ona przede mną i gdy stanowiła dla mnie wyzwanie… gdy już sama myśl o niej mnie cieszyła…

Jest jednak druga strona przysłowiowego medalu. Jeśli coś nam się nie znudzi, to nie spowoduje podjęcia decyzji o zmianie… A każda zmiana to przecież możliwość rozwoju swojej osobowości i umiejętności. No i sprawa się komplikuje. Szukać szczęścia w normalności i działać zawczasu, aby normalność nie przeszła w nudę? A jeśli już tak się stanie, to pchać tą nudę z powrotem w stronę normalności? A może bez skrupułów wyznaczyć sobie całkiem nową drogę?

Moja Intuicja podpowiada mi… zaufanie swojej Intuicji :-) Ustalić co dla mnie jest ważne, docenić to co udało się w tej kwestii osiągnąć, a manewrować sprawami spoza wyznaczonego sobie „trzonu”. A przy tym wyznaczonym sobie „trzonie” konsekwentnie trwać. Nie o to chodzi przecież, aby całe swoje życie, co chwila wywracać do góry nogami. W końcu każdy nowy związek, praca czy mieszkanie stanie się nam znajome, normalne, a co za tym idzie mniej emocjonujące. Ale czy to źle? Otóż wcale niekoniecznie. A jeśli jest naszym „trzonem”, to może nawet lepiej :-)

Tak podpowiada moja Intuicja.

Bo to czy pójdziesz daną drogą,
Czy wybierzesz przeciwny jej kierunek,
Nie ma większego znaczenia…
Ważne byś z perspektywy czasu pamiętał,
Co kierowało Tobą podczas podejmowania decyzji…

Z czasem być może dojdziesz do wniosku, że wybór był zły,
Ale czy wniosek będzie ten sam, gdy ponownie przeanalizujesz powód?

Dobrej Intuicji (przez duże I) życzę każdemu z Was.

Helenka