Jak to mawia znany, polski, internetowy publicysta Mariusz Max Kolonko – mówimy jak jest, bez ściemniania :-) czasem jest wesoło, czasem mniej – zarówno jednym jak i drugim chcemy się z Wami dzielić. Nasza historia jest bowiem przedewszystkim prawdziwa…

Zapraszamy do lektury…

24 listopada 2014, poniedziałek

image

image

Rano zbieramy się dosyć sprawnie i obieramy kierunek Izmir. Bardzo szybko przemieszczamy się do miejscowości Foça (można by rzec „matki” Yeni Foçi ;-)). Miasteczko bardzo ładne i zadbane. Mamy okazję przyglądnąć się, jak panowie rybacy reperują swoje sieci. Miasto, pomimo sezonu zimowego, tętni życiem. Z Foçi do Izmiru zabiera nas 34-letni pan wracający z urlopu. Jest przełożonym 500-et kierowców autobusów komunikacji miejskiej w Izmirze – mówi nam, że to bardzo stresująca praca. Na zakończenie swojego urlopu postanawia odwiedzić jedno ze swoich ulubionych miejsc w Izmirze – ZOO :-) i zabiera nas tam ze sobą (myślę, że byliśmy inspiracją dla tego pomysłu – niespotykany na co dzień gatunek człowieka, weźmy go do ZOO ;-P ). Oczywiście bardzo się ucieszyliśmy na tę wycieczkę. Jednak wraz z każdą kolejną zagrodą nasz entuzjazm opadał, a w jego miejsce wkradało się lekkie przygnębienie i smutek, bo zwierzęta nie wydawały się być tak do końca szczęśliwe, choć ZOO można by rzec, było na tzw. „wypasie”.

image

image

image

Po zakończeniu zwiedzania zostajemy obwiezieni po całym, bardzo pięknym wybrzeżu miasta i wysadzeni w centrum, w okolicy gdzie można coś tanio i dobrze zjeść. Zajadamy kumpiry – może i porównywalnie dobre do tych w Stambule, ale mniejsze… Nie pociesza nas nawet fakt, że dwa razy tańsze :-P po obiedzie udajemy się jeszcze na posiedzenie przy Salepie (napój z dodatkiem sproszkowanych bulw storczyka) i jako że jest już wieczór, postanawiamy szukać noclegu… I tak idąc jedną z głównych ulic spotyka nas coś mało przyjemnego, a mianowicie ja (Marta) zostaję ugryziona w nogę przez psa… Na początku wydaje mi się, że mnie tylko chwycił zębami, ale niestety okazuje się, że udało mu się je wbić…

Ranę trzeba odkazić, a ja powinnam dostać szczepionkę na wściekliznę (na szczęście szczepiliśmy się w Polsce – więc teraz powinnam dostać tylko 2 dawki, a nie 5 + zastrzyk z surowicą). Szczepionka jest konieczna, gdyż nie wiemy czy pies był szczepiony – większość tureckich psów ma na uchu takiego klipsa, świadczącego o szczepieniu, my jednak nie jesteśmy pewni, czy ten który mnie ugryzł takowego miał.

Generalnie, stwierdzamy, że im bardziej na południe tym problem bezpańskich psów wydaje się coraz większy. Szczególnie w dużych miastach…

Jakiś miły, starszy Pan organizuje dla nas ambulans i 10 min. później jesteśmy już na oddziale ratunkowym, gdzie udzielona zostaje mi pomoc. Na izbie przyjęć opiekuje się mną bardzo miły zespół młodych lekarzy i pielęgniarek (co prawda tylko jeden lekarz mówił po angielsku), którzy poza opatrzeniem mojej rany, organizują nam darmową taksówkę do Hotelu Izmir, w którym tej nocy śpimy. Został mi też przepisany antybiotyk – nie lubię antybiotyków bo wyjaławiają wszystko, ale jak mus to mus (szkoda, że nie chodzi o mus malinowy do serniczka ;-P )

25 listopada, wtorek

Po śniadaniu w Hotelu Izmir, stwierdzamy że… zmieniamy miejscówkę :-) śniadanie było mało atrakcyjne, a my lubimy dobre jedzenie. Nie musi być wypasione, ale musi być świeże, a w tym Hotelu masło było już nieładnie przyżółcone i wręcz suche… Wędlinka też troszkę przyschnięta… Warunki do spania też nie były super, pomimo 3 (tureckich ;)) gwiazdek w nazwie. Ważne jest ostatnie wrażenie (jak i pierwsze), a śniadankiem Hotel zdecydowanie odstraszał klientów :-) Szybki rekonesans internetowy i lądujemy w pobliskim Hostelu Vatan, spędzając tam kolejne dwie noce (ostatnia dawka szczepionki podawana jest 3 dni od ugryzienia). Ja w zasadzie przesypiam wtorkowe popołudnie i prawie całą środę… Łukasz podejmuje trochę więcej aktywności i zaraz Wam tu coś naskrobie. Moja rana po ugryzieniu goi się dobrze. Dostałam ze szpitala jodynę, maść na rany i jałowe gazy do robienia opatrunków, więc działam ;- )

26 listopada, środa

Ponieważ kontuzjowana moja małżonka pozostała odpoczywając w hotelu, ja w ramach przedpołudniowego spaceru zrobiłem mały rekonesans po okolicy. Okazało się, że nasz nowy hostel jest 300 m od wielkiego targu, który jak każde tego typu miejsce (zwłaszcza w krajach arabskich) jest miejscem gdzie dużo się dzieje i można znaleźć wszystko – od sukni ślubnej po baranią głowę ;)

Co do tego pierwszego, to wydaje się że przemysł ślubny jest tu wyjątkowo dochodowy i cieszy się sporym popytem, bo ponad połowa straganów oferowała rzeczy ze ślubem związane – suknie, garnitury, butów, dodatki, diademy, dekoracje, zaproszenia…itd. My na szczęście temat mamy już za sobą ;-)

Jest kilka miejsc po których lubię się tak włóczyć (i myślę, że Helenka podziela mój pogląd) i obserwować toczące się życie, a targi to jedno z ulubionych :)

Poza działem ślubnym, sporo było „tradycyjnych” wyrobów typu lampy, chusty, dywany, biżuteria i inne gadżety pod turystów, wiele kafejek i mini restauracji oraz spory dział ze straganami spożywczymi. To właśnie ten dział najbardziej zawsze lubię :)

Po drodze simit w rękę, bo trochę już głodniałem, a na wynos burek z serem i szpinakiem oraz nadzieniem a’la lahmachun – które zaniosłem do hotelu, w celu opędzlowania razem z Heleną ;)

Popołudniowy leniwy dzień (a w zasadzie wieczór) zakończyliśmy spacerem do klimatycznej knajpki (wcześniej ten rejon obadałem za dnia) na kofte z sałatką. I powrót do naszego lokum.

27 listopada, czwartek

Po wymeldowaniu się z hostelu jedziemy izmirskim metrem do szpitala, gdzie dostaję drugą dawkę szczepionki. To niesamowite, że w tym 3 milionowym mieście spotykamy pod szpitalem Pana, który dzwonił po karetkę. Podchodzi do nas i pyta jak tam moja noga :-) dziękujemy mu jeszcze raz za wykonany telefon. Jeśli chodzi o koszty mojego leczenia, to jak do tej pory szpital nie wystawił nam żadnego rachunku. Kontaktowaliśmy się z firmą, w której jesteśmy ubezpieczeni (mamy wyrobione karty Planeta Młodych) i oni się już wszystkim zajęli. Nawet widzieliśmy w jednym z okienek szpitalnych, wydrukowanego maila, wysłanego właśnie przez tą firmę, odnośnie mojej osoby – też niezły zbieg okoliczności, że wśród sterty papierów akurat ten dokument był na wierzchu (podeszliśmy do tego okienka tylko po pieczątkę na potwierdzeniu, że byłam przyjęta do tego szpitala :-P). Po wizycie w szpitalu przekąszamy coś w pobliskim parku, i ruszamy łapać stopa. Chcemy jechać do Pamukkale – „bawełniane”, wapienne tarasy, powstałe z wypływających z nich ciepłych źródeł. Zabiera nas Pan Kurd, który zmierza do nadbrzeżnej miejscowości Kușadasi. Pan jest w pracy – z jednej z wiosek po drodze, zgarniamy z jakiejś lokanty, maszynę do wyrabiania ciasta, a z Kusadasi Pan ma zabrać jakąś lodówkę i przywieść te rzeczy do Izmiru – to jest zlecenie na dziś :-) w tej lokancie, z której zabieramy maszynę, Pan zostaje obdarowany baklawą, którą się z nami dzieli :-) mniam, mniam. W trakcie jazdy (mimo, że Pan nie zna wogóle angielskiego, komunikujemy się za pomocą goolge translate na jego komórce) pada propozycja, żebyśmy jechali z nim do Kușadasi, pozwiedzali tą mieścinkę, podczas gdy Pan ogarnie sprawę lodówki, i wrócili z nim do Izmiru na wspólną kolację i nocleg. Przyjmujemy propozycję :-) Pan jest naprawdę sympatyczny, ma żonę i trzy córki – jesteśmy ciekawi, jak wygląda ich życie, a i chętni żeby pobyć z ludźmi, w trochę szerszej przestrzeni niż ta samochodowa :-) w Kușadasi robimy sobie spacerek wzdłuż wybrzeża – kolejne bardzo dobrze utrzymane kurortowe miasteczko. Ok. godz. 19 Pan zgarnia nas do samochodu. Jeździmy z nim jeszcze trochę po tym miasteczku, szukając nie wiadomo czego i ostatecznie kierujemy się do Izmiru. Na miejscu jesteśmy ok. 22, wszyscy głodni :-) Pan zaprasza nas na obiadokolację do knajpki – na domowy obiadek jest już za późno – nie dziwimy się :-P zajadamy się Adana Kebabem – pycha, z tym, że dosyć ciężka potrawa jak na tą porę. Spać jednak nie idziemy zbyt szybko. Okazuje się, że w domu cała rodzinka jeszcze na nogach (począwszy od 1,5 rocznej Rosmanure, poprzez 7-letnią Ranę, a kończywszy na 9-letniej Rożin i ich Mamie :-) komunikujemy się dalej przez google translate – jest fajnie, a czas szybko leci przy kurdyjskiej herbatce :-) spać idziemy około 1 w nocy…

image

image

28 listopada, piątek

image

Rano wstajemy około 9. Jedna z dziewczynek (Rana) poszła do szkoły, druga nie wiedzieć czemu została w domu. Razem z mamą przygotowały dla wszystkich śniadanko. Na dywanie rozłożona została duża płachta materiału, a po chwili do pokoju wkroczyła mama z ogromną tacą, na której były różne przysmaki: jajka, ser biały, oliwki, pomidory, ogórki, dżem wiśniowy, jogurt naturalny, chałwa, chlebuś, simity (takie nasze obważanki, całe w sezamie) – w zasadzie wszystko co znamy, ale smakowało inaczej, może przez to, że siedzieliśmy na ziemi po turecku :-). Pojedzeni, żegnamy się z całą rodzinką, a Pan odwozi nas na wylotówkę – uderzamy ponownie na Pamukkale.

Zabiera nas Pan, który jedzie do miejscowości Șelcuk, nieopodal słynnego Efezu. Pan twierdzi, że powinniśmy odwiedzić Efez – być na tej trasie i tam nie wstąpić to kpina ;-P zgadzamy się i za uprzejmością Pana zostajemy tam podwiezieni. Podchodzimy do kasy biletowej… Bilety drogie: 30 lir czyli ok. 45 zł na nasze. Rozglądamy się wokoło: przed kasami biletowymi różnego rodzaju straganiki z paściami różnej maści, po cenach zawyżonych kilkakrotnie jak nic. Wszędzie japońsko-koreańskie towarzystwo, które daje się robić w bambuko panom handlarzom – panowie ze straganów dosłownie napadają tych turystów, wciskając do rąk tzw. turkish delights, czyli a’la galaretki z zatopionymi w nich orzeszkami (po pięć paczek w reklamówce) i jakieś tandetne wisiorki… O nie! Nie chcemy w tym uczestniczyć :-P oglądamy efezowski amfiteatr z oddali i… uciekamy :-)

image

Popołudniem lądujemy ponownie w Kușadesi, gdzie jemy obiadek na mieście, a na noc rozbijamy się na plaży o urokliwej nazwie Ladies Beach :-P
image

image

29 listopada, sobota

Całą sobotę spędzamy na plaży…

Nawet obiad sami gotujemy :-) pyszne tortellini przywiezione z Polski ze szpinakiem… Mniam, mniam… :)

IMG_1087.JPG

IMG_1088.JPG

IMG_8291.JPG

IMG_8307.JPG

IMG_8325.JPG

IMG_8343.JPG

IMG_8347.JPG

IMG_8349.JPG