Nawet niewiedzieć kiedy, minął własnie pierwszy miesiąc naszej podróży. Po mału kończymy Tureckie klimaty i będziemy przemieszczali się do Iranu.

W kolejnym odcinku same pozytywne przygody, więc zaparzcie herbatkę i usiądźcie wygodnie….

30 listopada, Niedziela

/nadal Kusadesi/

Wstajemy ok 9:00 rano, budzeni przez wzmagający się ruch na nadbrzeżnej uliczce, przy ktorej jest nasz plaża. To druga nasza noc na tej miejscówce, ale po doświadczeniach Izmirskich nadal czujemy się niepewnie, gdy w pobliżu słyszymy odgłosy psów. Już w sobotę zapoznajemy się z panami taksówkarzami z budki oddalonej o 20 m od naszego namiotu.

Użyczają nam klucza do toalet oraz hasła do Internetu (z hotelu po drugiej stronie ulicy;)). Korzystamy więc z jednego i z drugiego. A ponieważ czekała nas przeprawa przez poprzedniego posta (apropo obsługa bloga z Ipada i komórki wymaga duuuużo cierpliwości) oraz kilka innych spraw, to czas leci szybko. W międzyczasie obserwujemy na plaży spacerowiczów, poranny jogging kilku panów oraz kąpiących się, co bardziej zahartowanych, turystów i lokalsów. Gramolimy się tak do 13:30….

Generalnie z uwagi na „psi” klimat i biegnący w szybkim tempie czas, postanawiamy ominąć resztę tureckiego wybrzeża i przez Pamukkale oraz Kapadocję uderzać już na Trabzon, gdzie czaka nas walka o irańskie wizy.

Wyruszamy w stronę wylotu z miasta (standardowa procedura autostopowicza, jeśli spało się gdzieś w centrum). Pytamy w markecie o wskzanie kierunku, w którym mamy iść, by z rozrysowaną mapką, szybko dotrzeć na właściwe miejsce. Pierwszy stop wywozi nas jedynie na główną drogę, skąd rzekomo bedzie nam „łatwiej” złapać kogoś do Aydin, czyli w strone Pamukkale. Niestety sprawa nie jest tak prosta i w zwiazku z tym, że jest niedziela popołudniu wiekszość osób jedzie tylko do centrum – kilka propozycji wywiezienia z powrotem do centrum odrzucamy ;)) … Helenka testuje nowy styl łapania „z zaskoczenia” – czyli wykonuje manewry kciukiem lub dłonią dopiero, gdy potencjalny kierowca znajduje się w naszym bliskim zasięgu, innymi słowy bierze ich z zaskoczenia :)

Zatrzymuje się Pan (miał na imię Tavfik), który wyjątkowo dobrze mówi po angielsku i generalnie sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Jedzie niestety tylko 20 km wzdłuż wybrzeża, co mogłoby nam ułatwić dalsze łapanie. W toku rozmowy wychodzi, że jedzie do swojego domku letniskowego obok pobliskiego parku narodowego. Ponieważ zrobiła się już 15:30 (ustaliliśmy że od teraz staramy się szukać miejscówek do spania przed zmrokiem), pytamy Pana czy może w okolicy tego parku byłaby taka opcja? Pan oferuje nam miejsce w swoim ogrodzie :) Może nie przejechaliśmy w ten dzień zbyt dużo, ale perspektywa taka wydała nam się zbyt atrakcyjna, aby odmówić.

Po drodze dowiadujemy się, że Pan mieszka w Izmirze, a pracuje w Aydin na Uniwersytecie, gdzie wykłada projektowanie graficzne. Dwa dni więc przebywa w Aydin, a resztę czasu poświęcał firmie reklamowej, ktorą prowadził. Niedawno jednak zmarł mu tata, pozostawiając w spadku dużą plantację mandarynek z blisko 2500-em dzrzewek. Pan zatem stoi przed dylematem co dalej? Myśli nad zamknięciem firmy, rzuceniem pracy wykładowcy i zostaniu farmerem, przynajmniej na jakiś czas…luz znalezieniem sposobu, aby to wszystko pogodzić.

image

Generalnie całe to spotkanie i rozmowa były bardzo sympatyczne, a czas mijał nam wyjątkowo szybko. Dotarliśmy na osiedle, gdzie Pan i jego rodzina mieli kilka swoich domów. Dawniej mieszkali tam tylko oni, mieli ciszę i spokój. Potem z uwagi na strach przed przejęciem ziemi przez państwo, sprzedali jej część pod budowę innych domków. I tak z 5 domów rodziny Tovfika, zrobiło się osiedle na 120 rodzin. Co prawda są to domki letniskowe, co nie zmienia faktu, że w sezonie musi tam myć naprawdę ciasno…

Przyjeżdżamy do domu rodzinnego, najbliżej plaży, witamy rezydującego tam psa Ingrit (imię po teściowej Tovfika ;)) i siadamy na werandzie. Nasz kierowca wracał jeszcze tego wieczoru do Izmiru (spędziliśmy razem ok. 3 h), ale dostaliśmy pozwolenie na kampingowanie w ogrodzie, jak długo chcemy. Na werandzie mieliśmy prąd, wodę, internet, lodówkę a na śniadanie dostaliśmy oliwki, dżem pigwowy, dżem z morwy, nutellę, mleko, sok, herbatę i kawę… Czego chcieć więcej :) to było naprawdę miłe spotkanie, zakończone zaproszeniem na farmę mandarynek, jak tylko bedziemy znowu gdzieś w pobliżu. Tego dnia kładziemy się koło 23:30.
image

1 grudnia, poniedziałek

Pobudka około 9:30 – choć planowaliśmy wcześniej, żeby wykorzystać dobrodziejstwa werandy i w spokoju zjeść śniadanie.

IMG_8353.JPG

IMG_8360.JPG

IMG_8361.JPG

IMG_8369.JPG

Wychodzimy z osiedla na drogę w stronę Aydin. Początkowo chcieliśmy jechać skrótem, ktory pokazał nam Tovfik, ale ostatecznie kierujemy sie lekko w stronę Kusadesi, aby wylądować na ekspresówce.

Szybko łapiemy Pana tirowca, ktory wiezie nas kilkadziesią kilometrów (pomimo tego że jego szefostwo, w trakcie drogi kazało mu wracać do Kusadasi). Nastepnie małomówny, dużopalący pan, sympatyczny handlarz zabawkami oraz operator elektorwni w Denizli ktory częstuje nas maminym burkiem (takie a’la naleśnikowate coś z serkiem i szpinakiem) i ayranem. :).

Pan jest na tyle uprzejmy, że podwozi nas pod samo Pamukkale, nadrabiając ok. 20 km. Dostajemy numer telefonu i mamy do niego dzownić, gdybyśmy nie znaleźli miejsca na namiot (lub gdyby było niebezpiecznie) – przyjedzie i zabierze nas do siebie do domu w Denizli.

Idziemy szukać lokanty z jedzniem, bo sam burek to za mało na cały dzień (dla mnie, bo Helenka zaczyna zastanawiać się na jedzeniem tylko tego, czym ją poczęstują, a częstowani czymś jesteśmy w co drugim samochodzie :-P ). Rekonesans po mieście (trzeba tylko wejść w przecznicę od głównego deptaka) i znajdujemy „pide salon” czyli restauracyjkę gdzie pieką takie placki zwane pidami i nasze ulubione lahmachuny (bo najtańsze) :) restauracja rodzinna, w środku jacyś ludzie, a ceny o 2 liry niższe niż przy głównej ulicy. Helenka zamawia ayran, a ja lahmachuna z sałatką (całość 8 lira -co i tak sporo jak na Turcję, ale spoko jak na Pamukkale).
image

W miedzyczasie rozmawiamy z siedzącymi tam już podróżnikami, którzy okazują sie być sympatycznymi autostopowiczami z Ukrainy, w drodze do Afryki (ich plan, to dotrzeć do Namibii). Sprzedają nam patent, jak dostać się do Pamukkale „magicznym trzecim wejściem” – bo bilety 30 lira od głowy…eh te ceny dla hamerykańskich turistas. Wymieniamy się kontaktami i znikają w ciemnościach zapadającego zmroku. Mieli plan jeszcze tego samego dnia jechać w stronę Antalyi.

My wracamy na główny deptak i rozbijamy namiot na polu, u podnóży wapiennych tarasów Pamukkale, ok. 100 metrów poniżej głównego parkingu. To był dobry dzień, zwłaszcza jeśli chodzi o ilość przebytych kilometrów…

2 grudnia, wtorek
image

Poranek był dosyć ciepły, choć niebo nie było zupełnie bezchmurne. W końcu mamy już grudzień – w Polsce temperatury minusowe, wiec nie bedziemy narzekali na nasze 13-14 stopni ;) Akcja „transformers” aby wszystkie klamoty z powrotem znalazły się w naszych pleckach, i wyruszamy w poszukiwaniu śniadania. Niestety „pide salon” jeszcze zamknięty, wiec nabywamy jakieś pieczywo oraz jogurt. Montujemy sie na krawężniku i zajadamy chlebuś z jogurtem i oliwkami, a na drugie chlebuś z nutellą.
Plan zakłada zwiedzenie do 14:00, szybki obiad i wyruszenie w stronę Konyi.

Pamukkale to kilkaset metrów tarasów, powstałych na skutek osadzania się wapnia zawartego w wypływających na wzgórzu gorących źródłach. Tworzy to naprawdę ciekawy krajobraz mini jeziorek, z przelewającą się między nimi niebiesko-zieloną wodą. Górą biegnie też strumień w korycie, w którym można zamoczyć nogi.

Nad tarasami znajduje się starożytne miasto Hierapolis, datowane na II w. p.n.e. Powstało jako uzdrowisko, w którym relaksowali się m.in. Rzymianie. Znajduje się tam kilka ciekawie zachowanych miejsc, teatr, świątynie i pozostałości po wielu innych starożytnych budowlach.

Plecaki zostawiamy w firmie autobusowej w centrum miasteczka (panowie chyba liczyli, że kupimy jakieś bilety, ale autokar to nie nasz stajl ;)). Wolni od tobołów, ruszamy drogą w stronę „south gate” aby dotrzeć do wioski na wzgórzu. Za jednym z domków, za charakterystycznie ostrym zakrętem, znajdujemy tajną ścieżkę, która wiedzie do… dużej dziury w ogrodzeniu. Przemykamy ścieżką w stronę innych zwiedzających turystów, i zagłębiamy się w atrakcje Hierapolis. Kiedyś to naprawdę budowano z rozmachem. Duże wrażenie robi na nas teatr na 12000 widzów. Schodząc coraz niżej kierujemy się w stronę wapiennych atrakcji.

IMG_8370.JPG

IMG_8385.JPG

IMG_8403.JPG

IMG_8410.JPG

IMG_8418.JPG

Po tarasach należy chodzić boso, choć kilku koreańczykom ochrona musi to tłumaczyć za pomocą gwizdka i ekspresyjnych gestów ;) Bardzo to przyjemne siedzieć z nogami w ciepłej wodzie, która nie tylko ogrzewa, ale i masuje nasze zmęczone stopy. Spędzamy tak chwile obserwując przelewające się tłumy azjatyckich wycieczek (czasem ktoś wywinie orła na śliskich kamieniach).

IMG_8419.JPG

IMG_8433.JPG

IMG_8438.JPG

IMG_8441.JPG

IMG_8447.JPG

IMG_8453.JPG

IMG_8461.JPG

Dobiega 14:00 – czas się ewakuować. Schodzimy do wyjścia. Im niżej tym woda coraz zimniejsza. Mijamy wdrapujących się turystów – jak dobrze, że zaczeliśmy od samej góry :)

Wracamy po plecaki i uderzamy po raz kolejny do „pide salon” – dobre ceny, smaczne jedzenie i prowadzone przez całą rodzinę (w kącie był rozłożony dywanik i zabawki najmłodszej z córek). Ja standardowo lahmachun, Helenka zupa mercimek. Korzystamy też z internetu, żeby m.in. poszukać noclegu w Konyi przez Couchserfing. Szybko dostajemy dwa potwierdzenia. Jedno od tureckiego studenta Tolgi, ktory ma w mieszkaniu jeden wolny pokój, drugie od dziewczyny ktora oferuje nam podłogę, bo ma już innych gości. Wybieramy opcję pierwszą. Potem okazuje się, że dziewczyna ta mieszka ze swoim chłopakiem – polakiem :) (do ktorego też pisaliśmy, ale nam nie odpowiedział w porę). Dostajemy nr. telefonu i nazwę ulicy na którą mamy dotrzeć. To bedzie nasz pierwszy nocleg przez couchserfing. Probowaliśmy wczesniej w Istambule i Izmirze, ale się nie udało.

Pojedzeni i z perspektywą czekającego na nas noclegu, ruszamy łapać stopa. Jest około 17:00 wiec robi się już ciemno… Jak nie złapiemy do 18:00 to wracamy pod tarasy i śpimy tam gdzie ostatnio. Po 20 min zatrzymuje się Pan w eleganckim fordzie. Komunikujemy się łamanym angielsko – tureckim. Pan jedzie tylko do Denizli, czyli 25 km, wiec nie wiemy czy się cieszyć czy martwić. Może lepiej było zostać na noc pod Pamukkale, niż pchać się do miasta. Będzie co ma być :) Pan stwierdza, że po zmroku autostop „noł gut” i że niebezpiecznie. Zdecydowanie przejął się tym co z nami będzie. Zastanawia się co zrobić i wiezie nas w stronę Otogar czyli dworca autobusowego… Hmm co to będzie. Poddajemy się biegowi wydarzeń… Najpierw probuje złapać nam jakiegoś busa, potem prowadzi nas na dworzec i kupuje dwa bilety na nocny autobus do Konya. Nie protestujemy zbyt wytrwale, choć nastawialiśmy się na autostopowe zmagania tego wieczoru…

Autobus rusza o 22:45 a na miejscu jestesmy o 5:00. Wykorzystujemy czas na dworcu na relaks i herbatkę. Na począteku drogi dostajemy w autokarze kolejną herbatkę i jakieś ciastka. Drogę do Konya jako, tako przesypiamy.

3 grudnia, środa

Dobrze, że przypomniałem Panu, że wysiadamy w Konya bo dojechalibyśmy do Aksaray. Wysiadamy na dowrcu autobusowym, a ponieważ lekko kropi i zimnawo, do 8:00 grzejemy się i kimamy na zmiany w poczekalni.

Z naszym hostem (tak nazywani są goszczący przyjezdnych Couchserferzy) jesteśmy umówieni dopiero o 18:00. Jedziemy więc tramwajem na miasto. Pierwsze co rzuca się w oczy – bardzo mało tu ulicznych psów. Szukamy miejsca gdzie zjemy śniadanie. W planie Menemen – czyli turecka jajecznica z pomidorami, papryką i serem. Trafiamy przez przypadek do Lokanty Arzum – strzał w sedno. W środku trzy panie wałkują ciasto na burek – specjalność zakładu. Całoscią zarządza przesympatyczna Pani. Od razu można było wyczuć autentyczną uprzejmość i skromność. Widać było również, że turyści bywają tu bardzo rzadko… Takie miejsca lubimy :)
image

image

Zamawiamy dwa Menemeny z chlebkiem i herbatką za 8 lirów (w Pamukkale zapłacilibyśmy 20). Chleb wypiekany na miejscu z czarnuszką – pycha. Wjeżdżają dwa rondelki z naszymi zamówieniami…. łał, ale dobre. Wylizujemy wszystko do czystego rondelka :). Wypijamy kolejne dwie hrebatki i chwile korzstamy z wifi. Tak tu miło i przyjemnie, że nie chce nam się wychodzić… Ale Konya czeka.

Konya to miasto słynące jako miejsce narodzin zakonu Derwiszów. Znajduje się tam muzeum Mevlany czyli założyciela i meczet w którym spoczywa jego ciało. W soboty, można wybrać się na pokazy wirujących w medytacyjnym tańcu Derwiszów. 17 grudnia, w związku z rocznicą śmierci założyciela odbywa się cały festiwal z tym związany. Nam nie było dane, gdyż spieszymy do Kapadocji, wykorzystać zapowiadaną dobrą pogodę.

Wbijamy do muzeum i meczetu zostawiając plecaki u panów strażników (wejście 5 lirów). To musiało być naprawdę ciekawe miejsce, kiedy jeszcze tu funkcjonowali.
image

image

image

image

image

image
image

image

image

image

Waga plecaków trochę zniechęca nas do dłuższego spacerowania po mieście, ale robimy jeszcze rundę po jego starej części. Helenka rozważa zakup sukienko-spodni, ktore mogą jej się przydać w Iranie. Lokalizujemy też lokantę z Etliekmek – czyli specjalnością tego regionu – taka duuuży podłużny lahmacun z baraninką. Dzięki internetowi wiemy gdzie dają jedne z lepszych – Bolu lokantasi. Siadamy na pięterku… W zasadzie to można tam tylko siedzieć bo do sufitu od podłogi jakieś 1,5 metra :) Dwa etliekmeki i ayran 17 lirów… I były naprawdę smaczne.

image

Zasiadamy na małym placu zaopatrzeni jeszcze w banany i jogurt na deser, obserwując toczące się życie. Dobiega 16:00…

Kontaktujemy się smsowo z hostem i umawiamy na 17:00 na przystanku Bosna Hercek (nie podaje nam dokładnego adresu, co nas trochę dziwi). Jesteśmy na miejscu. Dostajemy kolejnego smsa, żebyśmy podeszli pod supermarket Migros. W końcu spotykamy się z Tolgą, 24 letnim studentem Stosunktów Międzynarodowych. Bardzo sympatyczny, trochę nieśmiały gość. Po drodze kupuje jeszcze tort urodzinowy dla swojego kolegi. Czeka nas na mieszkaniu małe przyjęcie-niespodzianka :)

Do mieszkania docieramy po 15 min, lekko przymęczeni całym dniem z plecakami i niedospaniem. Na miejscu dwóch kolegów Tolgi, współlokator i jego dziewczyna. Zajadamy tort i opowiadamy trochę o sobie. Jest sympatycznie. Samo mieszkanie…hmm…studenckie. Mieszka tam dwóch facetów, więc lekkie zapuszczenie widać w
strategicznych miejscach ;) nie bedziemy narzekali, jest ciepło, na głowę nie leje… Nasz gospodarz marzy o podróżach lub wyjeździe na Erasmusa, ale narazie szkoli swój angielski i kończy studia. Uważa, że dobrze by było poznać jakąś dziewczynę z zagranicy, aby podszkolić język… Na co Helenka żartobliwie ripostuje, że dobrze by było gdyby ją też kochał ;) Może na wiosnę pojedzie autostopem do Hiszpanii.

Pada propozycja imprezy z resztą Couchserferów. Okazuje się, że wszyscy się tu znają, a impreza odbywa się w mieszkaniu Adriana i Semy czyli dziewczyny, ktorej odmówiliśmy na coachserfingu i jej chłopaka – polaka :) Trochę nam się nie chce (zdązyliśmy się już w międzyczasie oporządzić i wskoczyć w pidżamy), ale Adrian namawia nas na wpadniecie choć na chwilkę. Co nam się mniej podobało to fakt, że impreza okazała się mieć na celu poprzeszkadzać trochę goszczącym u nich Ukraińcom. Podobno zamontowali się u nich jak w hotelu, korzystają ze wszystkiego i strasznie się rządzą, nie odzywając się przy tym specjlanie do gospodarzy. Nie nam oceniać, ale czuliśmy się nie do końca komfortowo. Posiedzieliśmy 1,5 godzinki i zawineliśmy się do domu. Umawiamy się na pobudkę o 9:00

4 grudnia, czwartek

image

Zbieramy się dosyć sprawnie i poinstruowani gdzie najlepiej jest łapać stopa, wsiadamy do tramwaju do centrum. Plan na śniadanie jest jasny… Arzum lokantasi i Menemen po raz drugi. Bierzemy również małą porcję Manti czyli nadziewanych pierożków (coś jak raviolli) z jogurtem i sosem pomidorowym. Lokal napełnia się młodzieżą z pobliskiej szkoły, więc się ewakuujemy. Znów wychodzimy usatsfakcjonowani :)

image

image

Tramwaj do Otogar i 10 minut „z buta” pozwala nam znaleźć się na drodze wylotowej do Aksaray i Nevsehir czyli u podnóży Kapadocji. Łapiemy tak z 20 min i zatrzymuje się pusty autokar. Hmm… zwykle machamy autobusom, żeby jechały sobie dalej, bo nie uśmiecha nam się kupno biletów, kiedy tą samą trasę można przebyć stopem. Tym razem jednak zaskoczenie… Panowie jadą do Shivas czyli przez Kapadocję i nie chcą kasy :) okazuje się, że właśnie kupili ten autobus i wracają w rodzinne strony. Czasem nas samych zaskakują takie pozytywne akcje ;) w komfortowych warunkach mkniemy więc ekspresową drogą prosto w okolice Kaya Camping w samym sercu Kapadocji.

image

Po drodze mijamy powulkaniczną górę Hasan, dzieki ktorej (i dwóm innym) ten region jest taki sławny. Lawa i pył wulkaniczny stworzyły tu skały, które z pomocą wody i wiatru erodowały w kosmicznie wyglądające twory skalne i doliny. Wydrążone w nich pomieszczenia, świątynie, a czasem całe miasta, sprawiają, że jest to jedno z najpopularniejszych miejsc w Turcji.

Szybko znajdujemy bardzo sympatyczną miejscówkę kilkaset metrów za kampingiem (cena na kampingu ok 45 lir za 2 os. + namiot skutecznie nas odstrasza). Szybka kolacja na palniczku. Zasypiamy z widokiem na rose&red valley. Jest pięknie :)

image

5 grudnia, piątek

Wstajemy 6:30, aby zobaczyć jak startują balony z turystami… Jedna z głównych atrakcji Kapadocji. Niestety cena ok 170 $ od głowy, nie do przeskoczenia dla nas. Ale widok z dołu wydaje się być równie ciekawy, a perspektywa bycia jedną z 20 osób w ciasnym koszy, wśród 40 innych balonów, jeszce nas w tym utwierdza :)

IMG_8471.JPG

IMG_8499.JPG

IMG_8507.JPG

IMG_8480.JPG

IMG_8492.JPG
image

image

image

Po śniadaniu ruszamy na mały trekking. Najpierw kościół w skale potem w dół drogą, aby eksplorować dolinę Rose & Red Valley. Pogoda dosyć dobra. Jest ciepło i słonecznie. Po drodze dołącza się do nas dziewczyna z Niemiec, ktora samotnie zwiedza Turcję pozostawiwszy swojego kampera w Grecji. Podobnie jak my rzuciła pracę w Niemczech, kupiła kampera, odremontowała go i ruszyła przed siebie. Spędzamy razem kilka godzin włócząc się po dolinie, rozmawiając, a na koniec lądujemy razem na obiedzie w Göreme (centrum Kapadocji).
image

image

image

image

image

image

image

Z szukaniem lokanty schodzi nam zresztą dłuższą chwile, bo ceny tu mają iście turystyczne. Wszystko jest 2-3 krotnie droższe niż np. w Izmirze. Dosyć nas to frustruje bo nie lubimy być „leszczeni”, ale ostatecznie stawiamy na jakość i rekomendacje kelnera/naganiacza, że porcje duże i stołujemy się w Kalle Terrasse Restaurant. Zestaw 18 lirów od osoby więc drogo (choć nawet dostaliśmy zniżkę 10 %), porcje duże, ale chyba dla dzieci lub azjatów… A smakowo przyzwoite. Jednym słowem jednak daliśmy się wyleszczyć… Pozostaje nam jedynie napisać stosowną rekomendację na Tripadvisor… Co było jednym z głównych argumentów pana naganiacza, czemu powinniśmy zjeść akurat tutaj.

Po obiedzie, wymieniamy się kontaktami z nowo poznaną koleżanką i udajemy do marketu po zakupy na śniadanie. Jest już ciemno wiec łapiemy stopa na naszą poprzednią miejscówkę, choć to tylko 2 km od centrum Göreme (ale mocno pod górę). Spać idziemy koło 21:30.

6 grudnia, sobota

Znów pobudka o 6:30 aby zobaczyć balony. Jest jeszcze ładniejsza pogoda, wiec widoki przednie. Fotki, foteczki, fotunie…. Balony przelatują naprawdę blisko nas, tak, że możemy pozdrowić się z koreańczykami w koszu balonowym ;). Do śniadania palimy ognisko i zajadamy podpiekany chlebek. Kolejne 4 godziny spędzamy na czytaniu i pisaniu tego przydługawego posta. Planujemy przemieścić się nieco do Uçhisar i zaliczyć je jutro przed południem, potem kierunek Trabzon….

Pozdrawiamy z Kapadocji !

image
image

image

image

image

image

IMG_8522.JPG

IMG_8528.JPG

IMG_8532.JPG

PS. Siedzimy teraz w jednej z knajpek i piszemy dla Was posta. Gdy szliśmy do miasta udało nam się zobaczyć przecudny kościółek z dobrze zachowanymi wewnątrz freskami. Co prawda wstęp do tegoż kościółka był tylko na podstawie biletu z pobliskiego Air Museum, ale udało nam się przekonać panów ochroniarzy i pominąć ten przepis :-P robi się już szarówka, więc wnet będziemy uderzać z powrotem na naszą miejscówkę…

Do następnego!