7 grudnia, niedziela

Rano budzimy się znowu o świcie by oglądać balony… Tym razem nie robimy zdjęć. Nawet z namiotu nie wychodzimy :-P leżymy tak i patrzymy – balonów zdecydowanie mniej niż w poprzednie dni, pewnie ze względu na troszkę bardziej pochmurną pogodę…

Dzisiaj w planie zwiedzanie podziemnego miasta. Docieramy do miejscowości Özlüce, ale niestety na miejscu okazuje się, że owe podziemne miasto zawaliło się… Zaznaczam, że jako jedyne z opisanych w naszym przewodniku miast podziemnych było darmowe, teraz domyślamy się dlaczego ;-P nie zastanawiając się długo przemieszczamy się do miejscowości Kaymakli – tam też można zwiedzić podziemia, z tym, że trzeba za wstęp zapłacić (20 TL od osoby). Po drodze z Özluce do Kaymakli podziwiamy piękny widok na ośnieżoną górę widoczną z oddali (wygląda jak fototapeta – wszędzie w miarę płasko, a tu nagle ta góra)

Podziemne miasto w Kaymakli naprawdę nam imponuje. Do zwiedzania dopuszczone są cztery kondygnacje, z ośmiu istniejących. Miasto sięga na 35 m w głąb ziemi i wykute jest w miękkich skałach tufu wulkanicznego. Mogło pomieścić 15 tysięcy mieszkańców! Szacuje się, że miasto zostało wykute ok. 2 wieku p.n.e przez ludy Hetyckie. W późniejszych czasach było m.in. miejscem schronienia dla prześladowanych chrześcijan.

IMG_8546-0.JPG

IMG_8552-0.JPG

IMG_8557-0.JPG

IMG_8561-0.JPG

IMG_8576-0.JPG
Z Kaymakli zabiera nas trzech mężczyzn jadących dość mocno rozklekotanym samochodem na występ. Okazuje się, że złapaliśmy na stopa Wirujących Derwiszy :-D panowie zabierają nas nawet do założonego przez nich „Domu Wirujących Derwiszy” na herbatkę i krótkie oprowadzenie po obiekcie. Poznajemy tam pozostałych członków zespołu. Niestety nie zostaliśmy zaproszeni na występ (liczyliśmy trochę na to ;-)) przedstawienie było zarezerwowane dla konkretnej wycieczki i nie było takiej opcji… Przyznam, że ciekawa byłam tego występu – panowie (pięciu tancerzy) byli dość mocno zróżnicowani pod względem budowy ciała (od szczypiorka do cebulki) co mogło dodawać im uroku we wspólnym wirowaniu :-)

Tego wieczoru rozbijamy namiot całkiem niedaleko naszej kapadocjańskiej miejscówki. Śpimy na obrzeżach Ortahisar, z widokiem na górę, którą widzieliśmy z drogi z Özulce do Kaymakli (z Ortahisah też było ją widać, a był to piękny widok, na piękną górę ;-) ) warunki mieliśmy troszkę mniej komfortowe, gdyż bardziej wyboiste i krzaczaste, ale daliśmy radę, a i nawet jajecznicę udało się nam tam przyrządzić na kolację.

8 grudnia, poniedziałek
image

image

Początek tygodnia – czas ruszać dalej, przed siebie… :-) obieramy kierunek Trabzon! Chcemy tam wyrobić wizy do Iranu – miasto słynie z tego, że można to tam zrobić szybko i bezboleśnie ;-) Z krótkim przystankiem w Kayseri (gdzie zostaliśmy wysadzeni w centrum miasta, przez co nie było możliwości, żeby go choć trochę nie zwiedzić), docieramy tego dnia do Sivas.

Zabiera nas tam bardzo sympatyczny człowiek o imieniu Bekir, który w trakcie wspólnej podróży proponuje nam obiad u niego w domu. Najpierw nieśmiało odmawiamy, choć głodni „troszkę” jesteśmy. Propozycja zostaje jednak ponowiona, i wtedy już nie odmawiamy – w końcu wchodzenie do domu lokalsom to to, co lubimy najbardziej :-) Martwiliśmy się trochę tym, że jak wjedziemy do centrum, to później będzie już ciemno i ciężko się nam będzie z tego miasta się wydostać. Martwić się jednak nie było o co, bo Bekir bardzo szybko zaproponował nam, żebyśmy zostali u niego na noc. Jak się okazało mieszkał tymczasowo sam – żona i ich synek Ibrahim byli w odwiedzinach u rodziny w Konyi…i mają wrócić dopiero za 2 miesiące. Chata wolna, to się jabandżych sprowadza, a co! Na obiad zostaje nam zaserwowany Etliekmek, a do niego przetwory domowe: kiszona kapusta, ale inna niż nasza, bo w inny sposów poszatkowana i nie wiedzieć czemu różowa, i kiszone łodygi niewiedzieć czego, ale czegoś dobrego :-)
image

Po obiedzie zostajemy zabrani na wieczorną przejażdżkę po mieście i doświadczamy czegoś w stylu sesji zdjęciowej w plenerze, z nami w rolach głównych – Bekir ma zamysł na to jak powinniśmy pozować do zdjęć :-P „patrzcie razem na wodospad proszę” pstryk, pstryk… „Tutaj sobie usiądźcie, o tak dobrze” pstryk, pstryk…. Fajnie jest :-D
image

image

image

9 grudnia, wtorek

Wstajemy wcześnie, bo ok. 7 (taka była umowa z Bekirem – musiał iść do pracy na 8 30). Bekir krząta się w kuchni od rana: przygotował dla nas Menemen na śniadanie :-D ach ta Turecka gościnność! Jemy oczywiście po turecku, na ziemi :-)
image

Po śniadanku zostajemy podrzuceni na wylotówkę w stronę Erzincan (miasto po drodze do Trabzonu). Do Erzincan zabiera nas pan tirowiec. Po drodze przystanek na herbatkę i tankowanie. Przy okazji tego postoju, nasze nogi (nie wiedzieć czemu – prysznic był wczoraj ;-)) zostały spryskane odświeżaczem (zawsze, gdy wsiadamy do tira, ten który wchodzi na tylnią kanapę musi ściągnąć buty, ten który siedzi na przednim siedzeniu czasem też) i po tym spryskaniu mogliśmy jechać dalej (pan nie mówił po angielsku, ale w trakcie spryskiwania na jego twarzy pojawił się dużo tłumaczący grymas, że no, jakby to ująć….. no dobrze będzie jak nam spryska te nogi ;-) PS. Swoje też spryskał :-)

image

image

Droga do Erzincan prowadzi poprzez góry (ok. 2500 m n.p.m.) więc widoki w trakcie jazdy mamy naprawdę przednie. Zostajemy wysadzeni w miejscu, gdzie odbija droga na Trabzon.
image

Kilka oddechów świeżego, górskiego powietrza i wskakujemy do komfortowego samochodu panów (syn i ojciec), którzy trudnią się produkcją wyrobów ze złota. Po drodze do Tabzonu odwiedzamy z nimi dwa sklepy jubilerskie, w których panowie załatwiają swoje sprawy biznesowe. Zostajemy też nakarmieni pysznym chlebem na zakwasie (nigdy takiego dobrego nie jedliśmy w Turcji) i wysadzeni w samym centrum Trabzonu.

Nauczeni doświadczeniem, że w dużych miastach nie ma co kombinować z noclegiem, udajemy się do jednego z najtańszych hoteli, gdzie spędzamy tą (i jak się później okazuje, nie tylko tą) noc.
image

10 grudnia, środa

Rano pobudka wcześnie, bo przed 9:00 musimy być już w konsulacie Iranu. Podobno w letnim okresie, gdy przewija sie tu więcej „wizowych turystów”, wpuszczają tylko pierwsze 10 osób w danym dniu… a ogólnie miewają sowje humory i takie tam ;) wiec lepiej być grzecznym i punktualnym.

Przed wyjściem ustalamy jeszcze „wspólne zeznania” na temat naszych planów, skąd dokąd, jak długo w jakim mieście, itp, bo podobno o to pytają.

Ambasada jest jakieś 800 m od naszego hotelu wiec dotarcie zajmuje nam 10 min. Po drodze zachaczamy jeszcze o fotografa, żeby zrobić Helence zdjęcie w „stylu ninja” ;). Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak wymagali. Pod ambasadą koczuje para franzuzów. Jak się okazuje mieszkają w tym samym hotelu co my. Oni swoją podróż odbywają na rowerach i wyruszyli z Francji już w lipcu… wymieniamy opinie co i jak. Oni też zachaczają o Trabzon tylko ze względu na sławną już łatwość dostania wizy irańskiej. Nikt wiecej już się nie pojawia. Chyba grudzień to niezbyt popularny miesiąc dla podróżników ;) Wybija 9:00. Dzwonimy w dzwonek i i po chwili wchodzimy do holu. A tam pan portier łamanym angielskim strzela do nas … „a macie numery refencyjne ?” No to zonk :( jednak coś się zmieniło, lub poprostu się nie spodobaliśmy i wymagają od nas zdobycia potwierdzenia z którejś z irańskich agencji turystycznych… co oznacza czas i pieniądze. Jeszcze 2 tyg. temu można było składać aplikacje bez numeru.

Upewniamy sie jeszcze przez telefon u jedynego anglojęzycznego pracownika konsulatu czy nie ma innej opcji? Potwierdza on, że bez numerów referencyjnych nie ma opcji, i zostakemy odprawieni z kwitkiem… i to dosłownie ;) Na kwitku lista agencji w Iranie, przez które możemy próbować uzyskać wymagany dokument. Ehh… co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Resztę dnia spędzamy na wypełnianiu aplikacji( tryb pilny czyli ok 5 dni roboczych), wysyłaniu pieniędzy do Iranu i szukaniu pozytywów tej całej sytucji… ;) Postanawiamy nie szukać już innych opcji noclegowych i zostajemy w hotelu.

11 grudnia, czwartek

Poranek lekko leniwy. Nie udał się plan z wizami, więc musimy czekać. Na śniadanie jajka, troche świeżych warzyw i kawa :) Trzeba się zebrać z hotelu o 12:00 i poszukać innego lokum… mniej kosztownego.

Kontaktujemy się z jednym z Couchserferów Barbarosem. Szybko dostajemy odpowiedź, że chetnie nas przygarnie. Umawiamy sie u niego w pracy czyli Coffeemaniac… dzisiaj otwierają wiec lekkie zamieszanie i szefostwo na horyzoncie. Barbaros pojawia sie po 30 min… mowi że musi jeszcze coś załatwić i czy możemy poczekać ? ofkors :) W międzyczasie podchodzą do naszego stolika dwie turystki – bługarka i rosjanka. Też podrużują stopem i też sporo korzystają z Couchserfingu… więcej niż my. Opowiadają nam swoje przygody i częstują cytrynami, pomarańczami i kiwi z grandy w Batumi ;). Po jakimś czasie wyruszają w miasto i znów zostajemy sami.
image

Na Barbarosa czekamy jeszcze dobre 2 godziny lekko już poirytowani… mogł się umówić z nami wieczorem, no ale takie życie tułacza. Generalnie to wesoły typ informatyka i nocnego gracza w „world of warcraft” z nosem ciągle w komórce. Ciężko go opisać, a jeszcze ciężej za nim nadąrzyć.

Idziemy coś zjeść i w stronę mieszkania. Po drodze Barbaros kupuje jeszcze jakieś filmy na CD. Jego lokum po raz kolejny okazuje się mocno „studenckie” i zapuszczone… Siadamy na kanapie, telewizor zapodaje jakiś turecki „wieczór z balladą”… ;) Helenka w pierwszych chwilach patrzy na mnie w stylu „uciekajmy” ;) Wrzucamy jednak trochę na luz i stwierdzamy, że zobaczymy co będzie… nie jest przecież niebezpiecznie, co najwyżej dziwnie… ;) W pokoju są jeszcze rzeczy dwójki innych cauchserferów – polki i izraelczyka, ktorzy mają za chwile wrócić z wycieczki. Mają autobus nocny o 24:00, wiec pokój bedziemy mieli tylko dla siebie.

Już całą piątką wyruszamy w miasto. Wieczór się rozkręca i tak odwiedzamy: cukiernię (na lody i kunefe), lokal z cig kofte, fryzjero – golarnię, gdzie izraelczyk i nasz godpodarz pozbywają się swojej brody (była przy tym kupa śmiechu) a na zakończenie podziwiamy Trabzon ze szczytu pobliskiego wzgórza :)
image

image

Wieczór zakończony późno, przy czym my raczymy się kolejną porcją tureckich tvshow (probując przy tym trochę czytać) a Barbaros gra sobie w „World of Warcraft” :). Rano postanawiamy sie ewakuować w stronę Gruzji, bo chętnie wybylibyśmy z dużego miasta.

12 grudnia, piątek

Po porannej kawie żegnamy się z naszym nowym kolegą i po owocowym śniadaniu, ruszamy na wylot z miasta. Na szczęście droga nie jest skomplikowana i już po 20-25 minutach stoimy na parkingu dla tirów w stronę Rize i gruzińskiej granicy. To tylko 220 km wiec powinno być spoko.

Po 5 min zatrzymuje się Pan tirowiec machając do nas zapraszająco. Trabzon ? Yes ! No problem :) Pan elegancki w garniaku i różowej koszuli… pozytywny gość. Jedzie jeszcze dalej bo aż do Azerbejdżanu. Po drodze słuchamy bardzo fajnej tureckiej muzyki, a w porywach skocznych rytmów razem z Helenką lekko się gibają ;) (jak mi się uda to wrzuce któtki filmik). Pan częstuje nas baklavą, wodą, a w połowie drogi zaprasza na przepyszny obiad w przydrożnej lokancie prowadzonej przez rodzinę. Ponieważ jesteśmy nad morzem to zajadamy się świeżymi rybkami w formie Hamsi Tava czyli lekko panierowane i smażone… podane z pyszną sałatką i chlebkiem. Normalnie małmazja :) aż nam sie uszy trzęsą, a Pan co rusz dokłada nam na talerze kolejną porcję.

Ludzie poznani w drodze zaskakują nas najbardziej swoją gościnnością i szczerą dobrocią. Jeszcze się nie zawiedliśmy na naszych kierowcach ;)

Dojeżdzamy do granicy około 16:00, a że Pan wysadza nas jakieś 10 km od granicy (kolejka tirów była już dosyć spora), szybko łapiemy kolejnego stopa.

Na granicy lekki kocioł. Trochę przypomina nam to polsko-ukraińskie przejście. Przepychanki i awantury dodają kolorytu…ale jakoś tak swojsko się tu czujemy ;)

Godzina 19:00 bo okazuje sie że po przekroczeniu granicu przesuwa sie czas aż o 2 h do przodu ! (W sumie to już 3 h różnicy z Polską)

Za granicą wymieniamy trochę tureckich lirów i raczymy się gruszkową orenżadką. Chwile potem łapiemy stopa do Batumi… Wiezie nas Yusef. Pochodzi z Erzrumu ale od jakiegoś czasu mieszka i pracuje w Batumi. Prowadzi firmę handlującą cementem i cegłami. Jest też jedynym obecnie przedstawicielem tureckich cementowni w Gruzji (jego rejon to również Azerbejdżan, Iran, Irak i Syria). Resztę zamknęła policja… podobno za nowych, prorosyjskich władz jest tu niezły „dziki zachód”. Dodatkowo nie lubią turków… Ale tam twój biznes gdzie twoi klienci, a że w Batumi akurat budują na potęgę to Yusef od 3 lat siedzi właśnie tutaj :)

Pada propozycja spania u niego na terrnie firmy… czemu by nie :) Nie bedziemy musieli po ciemku szukać innych opcji.

Nasze miejsce to mała robotnicza kanciapa gdzie Yusef testuje mieszanki betonu/zaprawy na cegły. Zabiera nas na wieczorną przejażdżkę po mieście… normalnie Las Vegas… hotel na hotelu a wszystkie ogromniaste ! Podobno w wakacje populacja miasta wzrasta 3 krotnie. Do tego tańczące fontanny, złote pomniki i fikuśne wierzowce. Trzeba to zobaczyć na własne oczy, choć to „nie nasz klimat” :)

Wieczór kończymy rozmową i wspólnie oglądniętym filmem przy pysznej gruzińskiej kawie i pestkach słonecznika :) Rano chcemy uderzyć za miasto i spać gdzieś na plaży.
image

image

image
image

13 grudnia, sobota

Rano budzimy się nie za wcześnie, bo ok. 10… Wróć :-) godz. 10 w Gruzji, to 8 w Turcji, a w Polsce 7… Nasz Pan, u którego gościmy jeszcze śpi. Postanawiamy go nie budzić (podziekować później telefonicznie) i bez pożegnania udajemy się do centrum Batumi na gruzińskie Khachapuri :-)

Do miasta zabiera nas sympatyczne starsze małżeństwo, podrzucają nas tam gdzie można znaleść dobre jedzonko :-) i znajdujemy. Miła pani właśnie na naszych oczach kończy zaklejać gruzińskie kopertkowate cudeńka i wkłada je do pieca. Musimy poczekać 10 min… Oczywiście nie możemy się powstrzymać i kupujemy w między czasie takie w okrągłym kształcie, już upieczone. Mniam, mniam… I te klejone na kopertę…mniam, mniam… Później kupujemy jeszcze takie z fasolą w środku…mniam, mniam…

Zaczyna kropić deszczyk…kap, kap… Szukamy schronienia w Quiet Women Pub :-) pijemy kawkę…chlip, chlip… A potem w tym deszczyku łapiemy stopa do Ogrodu Botanicznego. Oczywiście udaje nam się tak, że zostajemy wysadzeni pod samą bramą… bilety drogie…pada deszcz…czy to nie jest tak, że w osiąganiu celu najfajniejsza jest droga? :-P
image

image

image

Odpuszczamy zwiedzanie ogrodu, w tym deszczu, z plecakami to nie ma sensu – stwierdzamy i zawracamy :-) lądujemy z powrotem w centrum i udajemy się w kierunku knajpki, w której (jak wyczytał gdzieś Łukasz) można zjeść dobre khinkali (takie pierogi, wg Łukasza pierożki, ale to przecież niemałe cuda, a w nich mięsko mielone z dodatkiem kolendry i rosołek, który trzeba ze środka wysiorbać). Knajpka nas nie zawiodła – jedzonko było pyszne. Jedliśmy też khinkali z pieczarkami. I piliśmy piwko :-)
image

image

Zrobiło się już ciemno… deszczyk niestety nie przestawał padać… postanowiliśmy prosić o pomoc :-) i tą noc spaliśmy znowu w labolatorium… a przed spankiem zjedliśmy jeszcze kolacje z naszym hostem, wypiliśmy kawkę (nie wiem o co chodzi z tą gruzińską kawą, ale – ja Helenka – mogę po niej bez problemu spać, a taka pyszna jest, mocno-słodka tzn. taką przyżądził dla nas pan ochroniarz, pełniący również wiele innych funkcji, od przygotowywania kolacji po robienie zakupów i obsługę kelnerską) i oglądneliśmy film pt. Fury.

14 grudnia, niedziela
image

image

image

Rano nasz host zabrał nas na śniadanko do miasta. Mieliśmy okazję spróbować jeszcze jednego rodzaju khachapuri – z wbitym w środek jajkiem i roztopionym masełkiem… pycha… po śniadanku Yusuf odwiózł nas, aż pod samą granicę. A gdy byliśmy przy okienku, gdzie sprawdzają paszporty dostaliśmy od niego telefon, że
image

image

spotkał swojego znajomego, i że ten znajomy zabierze nas do Trabzonu… i tym sposobem w Trabzonie byliśmy już ok. 14 czasu tureckiego :-) podróż odbyliśmy w bardzo komfortowych warunkach (wypasiony land rover) aczkolwiek nie zamieniliśmy z panami (w liczbie 2) w zasadzie ani słowa, bo nie mówili po angielsku, a że im bardziej ludzie poważni i zamożni, tym jakoś tak mniej chcą z nami gadać na migi, to poprostu nie przeszkadzaliśmy sobie w podróży :-P

W Trabzonie zaszyliśmy się na herbatce w jednej z knajpek, z przerwą na Iskendera (chlebek, na chlebku mięsko, na mięsku sos pomidorowy, to wszystko polane masełkiem i podane z jogurtem). Na deser zaliczyliśmy suflaç :-)

PS. śpimy dzisiaj znowu u Barbarosa :-)