15 grudnia, poniedziałek
/Trabzon/

Cały dzień włóczyliśmy się po mieście i nic szczególnego się nie działo. Aż nadszedł wieczór i sprawy nabrały innego, bardziej żwawego obrotu. Barbaros zaproponował nam spotkanie z dwiema jego koleżankami, które chciały poćwiczyć z nami angielski. Dziewczyny znały się na rzeczy ;) i zdawały sobie sprawę, że oprócz nauki w życiu potrzebna jest też odrobina przyjemności. Postanowiły więc zabrać nas na próbę zespołu muzycznego, grającego tradycyjną turecką muzykę :-)

P.S. Z uwagi na zalewający nas spam, musieliśmy wyłączyć komentarze na blogu.

Zespół składał się z kilku muzyków grających na różnych instrumentach tj. wiolonczela, altówka, bębny, turecki kanun i saz oraz z ok. 40-osobowego chóru… Muzyka turecka drga i wibruje… oj dało się tam odczuć wiele pozytywnych drgań i wibracji :-) Razem z nami, był tam również Guendal – chłopak z Francji, który miał tej nocy gościć z nami u Barbarosa.
image

Podróżuje on razem ze swoim guitarlele, czyli taką mała gitarką. Na prośbę tureckich, nowo poznanych przyjaciół, mieliśmy przyjemność posłuchać tego wieczoru jak gra i śpiewa dla nas „Chans de lize” :-)

Po koncercie udaliśmy się z częścią grupy na szklaneczkę tureckiej herbaty. Na koniec padło zaproszenie na śniadanie, którego oczywiście nie wzbranialiśmy się przyjąć :-)

16 grudnia, wtorek
image

Mmmm…śniadanko :-) było pyszne… Akcja odbyła się w szkole języków obcych. Jej właścicielem jest jeden z panów śpiewaków, którego poznaliśmy na wczorajszej próbie. Mieliśmy okazje skosztować kuymak, którego głównymi składnikami są roztopiony ser żółty z masłem – zanurzyć w tym świeżych chleb – poezja… z nowych dla nas przysmaków poznaliśmy też stałą odmianę pekmezu – sama słodycz, aż piecze w gardło :-) na zakończenie turecka kawka, podczas picia której odpowiadaliśmy na pytania podbiegających do nas, lekko zawstydzonych maluchów, które akurat przybyły na lekcje angielskiego „hello, how are you?”, „what is your name?”, ” where are you from?” :-)
image

Po śniadanku, pełni energii postanowiliśmy, że wyruszamy poza Trabzon. Nawet jeśli dostaniemy kody autoryzacyjne (potrzebne do wyrobienia wiz irańskich), dziś lub jutro to i tak, zgodnie z przepisami, kody te dotrą do konsulatu w Trabzonie w ciągu 1-3 dni roboczych. Założyliśmy, że bierzemy pod uwagę opcję najmniej optymistyczną, czyli najwcześniej z wnioskiem o wizy pójdziemy w poniedziałek. Trochę to zagmatwane – tak czy inaczej, postanowiliśmy wyluzować z chęcią posiadania tych wiz, bo im człowiek bardziej chce, tym wiadomo co :-)

Naszym celem tego dnia było przemieszczenie się nad jezioro Uzungöl, znajdujące się we wsi o tej samej nazwie. Jest to wieś, do której w wakacje przyjeżdża wielu bogatych arabów. Jest tam podobno pięknie i…drogo :-)

Długo łapaliśmy stopa, chcąc wydostać się z Trabzonu, jakoś tak nie szło, mimo tego, że ruch był duży. W końcu jednak zabraliśmy się z tirowcem jadącym na Azerbejdżan, który wysadził nas w miejsowości Of. Tam zaopatrzyliśmy się w coś na ząb i łapaliśmy dalej na Uzungöl. Szanse teoretycznie były marne :-P kiedyś nawet rozmawialiśmy z jakimś chłopakiem, który odpuszczał tą miejscowość, twierdząc, że poza sezonem nic tam nie jeździ. My oczywiście musieliśmy to sprawdzić na własnej skórze. I udało się obalić ten mit. Podkreślić należy, że było już ciemno, godzina ok. 19. Zatrzymał się dla nas jakiś pan, który nie wiemy czy miał zamiar jechać tego wieczoru do Uzungöl, czy nie. Jednakże zawiózł nas nas nad samo jezioro i jeszcze miejscówkę na rozbicie namiotu wskazał. Nie mówił po angielsku, ale z tego co zrozumieliśmy pracował w tej wsi przy budowie hotelu, nie wiemy jednak czy też tam mieszkał. Na koniec językiem migowym i poprzez google translate, umówił się z nami na śniadanie na godz.12 w hotelu Merič.

Rozbijamy namiot. Powietrze rześkie a na niebie pełno gwiazd. Człowiek w tym zimnie, myśli tylko o jak najszybszym wskoczenia w śpiwór. Rozgwieżdżona perspektywa powstrzymuje nas jednak od tego, jeszcze na kilka kolejnych minut :)

Tego wieczoru, oprócz tylu gwiadz, odkryliśmy również tyleeeee mikroskopijnych dziur w jednym z naszych materaców :-P dochodzenie wykazało winowajcę – igła, którą ja – Helenka wbiłam kiedyś w jeden z kordonków.

Kilka dni temu, robiłam przemeblowanie w plecaku i reklamówkę z kordonkami postanowiłam upychać nieopodal naszych materacyków. I tak dociskając kolanem dolną kieszeń (w której tyleee potrafi się zmieścić, jeśli tylo dobrze się upcha), jedna z mat dostała igłą na wylot… i to w kilku miejscach :-) Tej nocy, zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej ;-)

17 grudnia, środa

IMG_8582.JPG
image

image

image

Nie zmarzliśmy może zbytnio, ale czujemy, że to już było takie minimum temperaturowe. Rześką noc w namiocie rekompensuje nam sceneria miejsca, w którym biwakowaliśmy. Dookoła góry :-) tego nie dostaniesz w żadnym hostelu…
O 12, tak jak się umówiliśmy z panem, stawiliśmy się w restauracji Hotelu Merič. Pan jednak się nie pojawił :-P zdarza się i tak :-) wypiliśmy tam herbatkę, a po śniadanko udaliśmy się do marketu.

Cały dzień włóczymy się wkoło jeziorka, dni są dosyć krótkie o tej porze roku w Turcji (ciemno robi się już przed 17), więc czas szybko leci. Wieczorkiem jemy coś ciepłego w jednej z lokant i rozbijamy namiot w tym samym miejscu co poprzedniej nocy.

18 grudnia, czwartek

Rano stwierdzamy, że nawet jeśli w poniedziałek dostalibyśmy wizy do Iranu, to klimatu bożonarodzeniowego pewnie tam nie zaznamy. A że święta coraz bliżej to zapragnęliśmy stworzyć sobie warunki, żeby móc się nimi choć troszkę nacieszyć. Z krajów, które mieliśmy do wyboru: Turcji, Gruzji i Iranu wybraliśmy oczywiście Gruzję :-)

To była dobra decyzja. Zaraz za granicą doświadczyliśmy gruzińskiej gościnności. Był już wieczór. Łapaliśmy stopa do centrum Batumi, nastawieni (jeśli nic po drodze się nie wydarzy (czyt. jeśli nikt nas do domu nie zgarnie) na spanie w hostelu. I zgarnięto nas :)

Zuri, ok. 40-letni Gruzin, w zasadzie bez słowa, zabrał nas do siebie do domu, po drodze robiąc zakupy na imprezę. No bo jak są goście to jest i impreza :-) Tym sposobem znaleźliśmy się w gruzińskim domu, otoczeni gruzińską rodzinką (żona i trójka dzieci) i innymi gośćmi, którzy zaczęli się u Zuriego w domu zjawiać, żeby nas zobaczyć.

Próbując się komunikować na wszystkie możliwe sposoby (języka wspólnego nie znaliśmy) piliśmy czaczę i kosztowaliśmy gruzińskie imprezowe specjały: od khinkali, przez jajecznicę na parówkach, ser żółty smażony na maśle (ale inny niż w Turcji), zbite sople ze słonego sera i nie wiedzieć czego jeszcze, po smażone paluszkami z kaszy kukurydzianej. Krótko mówiąc – niezły imprezowy podkład. Gospodarz przygrywał nam na harmonii, a my nie mogliśmy wyjść spod wrażenia, jak fajnie potoczył się wieczór :-) Na koniec zostaje rozścielone dla nas łóżko i wszyscy domownicy kładą się spać :-D
image

image

image

image

19 grudnia, piątek

Oj to było naprawdę wygodne łóżko i ciekawa impreza :) Budzimy się koło 10:00. Dzisiaj w domu została żona Zuriego, córka Matvarisa i syn. Pomimo, że śpimy w salonie, gdzie znajduje się też komputer i tv(domowe centrum rozrywki), wszyscy domownicy dają nam czas na bezstresowe zorganizowanie się. Zaraz potem rusza przygotowywanie śniadania z tego co zostało z imprezy plus jajecznica… czyli „baza” na reszte dnia jest należyta (przyda sie lada chwila).
Niestety Zuri miał wrócić dopiero wieczorem, wiec postanowiliśmy nie czekać na niego.

image

Jeszcze chwila rozmowy, wspólne fotki i ruszamy na drogę w strone Khulo czyli górskiej drogi na Tibilisi z przełęczą na 2200 m.

Pani uparła się, że pomoże nam złapać transport i pomimo dosyć chłodnego przedpołudnia poszła z nami na główną drogę. Generalnie wiele osób(tak było też w tym przypadku) nie jest wstanie uwierzyć, że ot tak można złapać darmowy transport w postaci stopa… i przekonują nas do wzięcia marszrutki, która jest dosyć tania. My jednak jesteśmy uparci ;) i po chwili łapiemy dwóch panów urzędników, jadących do Shuakhevi – czyli na naszej trasie :)

Panowie widać, znają okolicę bo po drodze opowiadają nam o niektórych mijanych atrakcjach (np. zabytkowe mosty z XIII w.).

Przed dotarciem do celu(czyli do pracy ;)) ok 12:30 zatrzymujemy się na drugie śniadanie w klimatycznej lokancie z ciekawymi obrazami (mi podobał się ten, który panowie nazwali „skarby Gruzji”).

image

image

image

Zajadamy parówki, kotlety, ogórki kiszone (wszystko okraszone bardzo słonymi sosami), a do tego flaszka rosyjskiej wódki na 5 os. :) Był to ciekawy jadłospis jak na tą porę i fakt że panowie dopiero zmierzali do urzędu…

Tak znieczuleni wysiadamy w Shuakhevi, w oddali słysząc skoczną gruzińską nutę :) Długo się nie zastanawiając postanawiamy sprawdzić gdzie ta impreza ? Trafiamy do miejscowego domu kultury, gdzie odbywają sie właśnie jakieś próby. Trzech panów zapodaje nutę, a kilkanaście osób w wieku od 30 do 80 lat wykonuje tradycyjne gruzińskie wygibasy. Wygląda to niesamowicie i kipi pozytywną energią, tak że i Helenka daje się wciągnąć w krótki pląs ;) W międzyczasie standardowe rozmowy: co my za jedni i co tu robimy. Jest bardzo sympatycznie. Dochodzimy do wniosku, że trzeba częściej poddawać się chwili i wbijać w miejsca, mniej oczywiste.

image

image

Popołudnie spędzamy na krótkim spacerze, na pobliskie wzgórze, aby popodziwiać otaczające nas góry i samą miejscowość. Postanawiamy jechać dalej tak aby przed zmrokiem dotrzeć w okolice przełeczy lub „zaraz przed” obadać jakiś nocleg.

image

image

image

Schodząc do drogi dowiadujemy się od spotkanych panow, że droga przez przełęcz może być zamknięta z powodu zalegającego tam śniego… Postanawiamy jednak zaryzykować i sami to sprawdzić. Szybko łapiemy ekipę w Mercedesie(apropo podobno w Gruzji jest więcej Mercedesów niż w Niemczech), ktora wiezie nas do centrum Khulo. Chwile kręcimy się po mieście, spotykając m.in. amerykanina, który w ramach wolontariatu uczy tam angielskiego. Wszyscy w zimowych ciuchach,  a on w podkoszulku i krotkich spodenkach uprawia jogging :)

Niestety, potwierdza się informacja o zamknętej drodze przez przełęcz i z braku innych opcji postanawiamy ewakuować sie spowrotem do Batumi gdzie docieramy trzecim już dzisiaj Mercedesem… ot taki Mercedesowy mieliśmy dzień ;)

Noc postanawiamy spędzić w hostelu Batumi (30 lari za 2 os.), ale zaraz przed wiejściem zagaja do nas starszy Pan, że ma tu obok w bramie kwaterę…taniej bo za 20 lari, więc postanawiamy się jej przyjrzeć.  Lokal „ala garażowa kanciapa”, ściany ocieplone kartonem, ale jest łóżko,  piec i łazienka. Mamy wątpliwości, czy te 10 lari oszczędności, warte jest tych nieco podejrzanych warunków. Postanawiamy obadać jednak  hostel. Tam spotykamy Jonniego z Torunia, który zachęca nas do zostania i wypicia z nim piwka. Okazuje się, że lokal został opanowany przez polaków bo poza nim są tu jeszcze 4 osoby z Polski – ekipa tripschallenge i dwie dziewczyny. Podobno poprzedniego wieczoru była tu niezła biba i dzisiaj zapowiada się podobnie :)

Ponieważ chcieliśmy się jednak trochę drzemnąć tej nocy a całonocne picie nie brzmiało dla nas aż tak atrakcyjnie, postanowiliśmy skorzystać z „garażowej dziupli” a do polskiej ekipy wpaść tylko na chwilę :) Z chwili robi się kilka godzin spędzonych na pogawędkach, śmichach-chichach i sączeniu gruzińskiego piwka :) Kładziemy się koło 1:30.

image

20 grudnia, sobota

IMG_8587.JPG
Wstajemy jak zwykle zbyt późno ;) i zmierzamy w stronę sprawdzonej już budki z chaczapuri. Jest ładna pogoda więc Batumi wydaje się być zdecydowania ładniejsze tym razem. Głowna trasa do Tibilisi wiedzie przez Kutaisi i Gori. Wychodzimy na główną drogę i po kilkunastu minutach zatrzymuje się Turek… jak wiekszość tureckich tirów, Pan zmierza do Azerbejdżanu z ładunkiem odebranym we Włoszech.  To juz 3 albo 4 taki transport w naszej historii :) Droga ciagnie się po mału, a i komunikacja z Panem nie jest jakas rozbudowana. Niestety dla nas, Pan kopci jak smok co szybko przyprawia nas o ból głowy i postanawiamy ewakuować się jak tylko miniemy Kutaisi. Po drodze herbatka w tureckim przybytku dla tirowców. Klimat interesujący ;) Towarzystwa dotrzymuje nam Gruzinka i Kazaszka. Niestety domyślamy się, jaka jest ich główna rola w tym miejscu…

Po godzinie wsiadamy do wozu i jedziemy do Zestafoni. Tam szybko zmieniamy pojazd na osobowy, wiozący nas do Khasuri.

Pan kierowca częstuje nas po drodze pysznym słodkim plackiem (specjalność tego regionu) i opowiada o okolicy. Sam zmierza do Tbilisi gdzie mieszka i pracuje w branży auto-moto. Doradza nam też wypad do Borjomi, skąd pochodzi najstarsza gruzińska woda mineralna (taka nasza Krynica).

Jest już ciemno, a z Khasuri do Borjomi jeszcze jakieś 30 km. Jeśli nie uda nam sie złapać stopa to będziemy zmuszeni poszukać jakiegoś hotelu. Z pomocą przychodzi nam młode małżeństwo, które akurat wracam do domu do Borjomi. Wysadzają nas koło postoju taksówek i oddają pod opiekę jednego z panów, który ma nam załatwić nocleg :)

Ustalamy, że nasz budżet to około 30 lari, a Pan wykonuje kilka telefonów do jakiś znajomków… Chwilę krążymy z nim po mieście, zaglądając to tu to tam, na końcu lądując w guest housie jego znajomej :)

21 grudnia, niedziela
image

image

image

IMG_8598.JPG

Okazuje się, że nasza miejscówka znajduje się na końcu spacerowej alei, u bram zdrojowego parku. Właśnie tam kierujemy nasze pierwsze poranne kroki :) Miasto ładne i zadbane a uroku dodwał mu… brak turystów :)

Spacer po mieście,  śniadaniowe chaczapuri i robi się 14:00… czas na małą wycieczkę na pobliskie wzgórze z krzyżami. Piękny widok po blisko godzinnej wspinaczce, wynagradza dźwiganie naszych 15 kg plecaków.
image

image

Zbliżający się zachód słońca przypomina nam o chęci przemieszczenia się do Gori… miasta znanego z konfliktu z Rosją w 2008 i… urodzin Stalina.

Zabiera nas miły Pan ktory, niewiedzieć jak,  załatwia nam duuużą zniżkę w jednym z lepszych hoteli w Gori – hotel Victoria. Tak wiec kolejny już nocleg na wypasie za 30 lari:) Temperatury w nocy spadają do -1 wiec nocowanie w namiocie było by mało przyjemne… prysznice, internety i relaks na zakończenie dnia.

22 grudnia, poniedziałek

Pierwsze poranne kroki kierujemy w poszukiwaniu jedzenia a przy okazji nabywamy dla Helenki telefon-używkę marki Nokia :) – no akurat była okazja ;) niecałe 11 km do Gori, znajduje sie skalne miasto Uplistdikhe. A ponieważ nie uda nam się odwiedzić Wardzi, gdzie znajduje się podobna atrakcja, postanawiamy resztę dnia wykorzystać na właśnie to miejsce… oczywiście stopem. Niestety pogoda lekko pochmurna, mocno wieje i czasem kropi, wiec samo zwiedzanie zajmuje nam dosłownie 45 min. Na szczescie wejście tylko 1 lari, wiec nie ma tragedii. 
image

image

image

image

image

image

Wracamy metodą kombinowaną tzn. trochę piechotą a trochę stopując, po drodze podziwiając krajobraz przedmieść, ktore w 2008 roku były miejscem rosyjskich działań… Osetia znajduje sie dosłownie kilkanaście km stąd. W kontekście wydarzeń na Ukrainie, cała historia robi na nas tym większe wrażenie. Na noc lądujemy w „Kalifornia Guest House” polecany przez wielu i znany Polskim turystom odwiedzającym Gori. Wieczór kończymy oglądając filmy o konflikcie na granicy rosyjsko-gruzińskiej.

23 grudnia, wtorek

Przed wyruszeniem w kierunku Tbilisi, gdzie chcemy spędzić święta, zwiedzamy na szybkiego ruiny twierdzy znajdującej się na wzniesieniu nieopodal hostelu, w którym spaliśmy. Podziwiamy z tamtąd panoramę gór, widok na miasto i okoliczne wsie. Po oglądnięciu filmu „5 dni wojny” widok skłania nas do chwili refleksji…
image

image

Na śniadanie standardowo zajadamy chaczapuri i w drogę. Do Tbilisi zabiera nas 3-ch panów. Jednego kojarzymy z kolejki po chaczapuri ;-) wszytko przebiega dosyć sprawnie i już ok. 14 jesteśmy w stolicy. Pijąc herbatkę w jednym z lokali restauracyjnych, szukamy w internecie lokum, w którym przyjdzie nam spędzić święta. Wybór pada na Guest House Art Family. Zdjęcia apartamentu wyglądają zachęcająco, cena również przystępna. Robimy rezerwację i ruszamy piechotą na miejsce. Przed nami 6 km drogi. Pewnie moglibyśmy ten kawałek podjechać jakimś autobusem, ale my lubimy się przespacerować. Po drodze, pomiędzy dwoma bardzo ruchliwymi ulicami, wciśnięte nie wiadomo po co i dlaczego, ukazuje się naszym oczom… ZOO. Ku uciesze kogo ja się pytam? Ani skarwka trawnika…w jednej zagrodzie trzy ubłocone niedźwiadki (dwa śpią, jeden chodzi w kółko), w drugiej lew i kilka młodych lwiątek śpią na podeście, w trzeciej dwa znudzone tygrysy…to wszystko. Tylko po co?

Do apartamentu docieramy lekko przymęczeni – ostatni odcinek był raczej pod górkę, a wisienką na torcie było piąte piętro (brak windy), na którym znajdowało się nasze lokum. Miejscówka super – do naszej dyspozycji mamy pokój, salon, kuchnię i łazienkę. Czegóż chcieć więcej :-)

24 grudnia, środa

Dzień zaczynamy od wycieczki do jednego z dwóch kościołów katolickich w Tbilisi celem zdobycia opłatka. Niestety w Gruzji nie ma zwyczaju łamania się opłatkiem. W drodze z kościoła robimy zakupy na wigilię :-) i tak udaje nam się przyrządzić m.in. barszcz z torebki ugotowany z dwoma burakami – całkiem niezły wyszedł musimy przyznać, uszka z grzybami – Łukasz rozklejał khinkali, które zakupiliśmy w tym celu (chcieliśmy kupić osobno farsz, osobno ciasto, ale panie z restauracji nie chciały się zgodzić), do reszty khinkali zrobiliśmy sobie zasmażaną z cebulką kapustę kiszoną – w połączeniu smakowało jak pierogi z kapustą i grzybami, usmażyliśmy sobie też pstrąga na masełku, a na koniec raczyliśmy się zakupionym ciastem (niestety w naszym lokum nie było piekarnika…). Ah… był jeszcze śledzik, na samym początku. Pasterkę odpuściliśmy – do kościoła mieliśmy ok. 4 km i woleliśmy nie włóczyć się po nocy…

25 i 26 grudnia
Święta :-D