27 grudnia, sobota

Powrót do Trabzonu.

Z naszego lokum zmywamy sie koło południa. Nie żebyśmy tak zakładali, ale domowe warunki zacheciły nas do wyspania się i spokojnego zjedzenia śniadania.  Żal było opuszczać to miejsce, ale przygoda czeka… Jeśli ktoś wybierać się bedzie do Tibilisi, zdecydowanie możemy polecić Art Family Guest House.

Wychodzimy na główną drogę przy rzece i kierujemy się w stronę wyjazdu na Gori. Niestety po naszej stronie brak jakichkolwiek zatoczek gdzie moglibyśmy spróbować łapać stopa, więc idziemy dalej… po godzinie dochodzimy do stacji benzynowej. Uff, Tibilisi jak i cała Gruzja to nie miejsce dla pieszych ;)

Łapanie stopa co rusz przerywa nam odganianie panów taksówkarzy i busiarzy, którzy potrafią wypatrzeć naszego wyciągniętego kciuka z 200 -300 metrów… Pewnie z perspektywy przychodnia wyglądać to może śmiesznie jak raz machamy do aut zachęcająco, żeby chwile później inne odganiać  ;)

Przemieszczamy się krok po kroku z Panem w jeepie, z jakimiś młodymi gościami i aż zatrzymuje się z piskiem nadszarpnięte zębem czasu bmw… w środku dwóch gości w wieku ok 40 lat. Okazują się być dwoma informatykami, na codzień parcującymi w Tibilisi. Zmierzają do Zestafoni, więc idealnie bo to jakies 200 km do przodu. W środku leci muzyczka ala techno, a kolego (na szczeście nie kierowca ;)) popija gruzińskiego redbulla z wódką. My również załapujemy się na drinka i kanapki(od początku dnia jedziemy tylko na owocach). Klimat wesoły, rozmowy o życiu i generalnie czas leci szybko… Po drodze mijamy wysoką przełęcz, która łączy wschodnią i zachodnią Gruzję, a na przełęczy śnieg :) Czyżby zbliżała się zima ? Na wskaźniku 0 st. C – czas ewakuować się do cieplejszych krajów.

Wysiadamy już po zmroku w Zestafoni i po szybkim rekonesansie (i snicersie w ramach posiłku regeneracyjnego) łapiemy dalej. W zasadzie to nie zdążyliśmy specjalnie się wysilić, kiedy Pan w mercedesie sam z siebie się zatrzymał ;) Gamardziobas ! Jadę do Kutaisi…

Pan wystarczająco władał angielskim, żeby opowiedzieć nam trochę o Kutaisi i sporej ilości Polaków kręcących się tu latem. Proponuje nam że za 30 lari zatankuje auto i zawiezie nas do Batumi. Grzecznie dziękujemy tłumacząc, że jednak spróbujemy klasycznym stopem. Pan generalnie stwierdza, że jesteśmy trochę „crazy”, łapiąc o tej porze (jest 21:00) i przy tej temperaturze, doradzając nam busika. My oczywiscie nie dajemy za wygraną i stajemy przy drodze… a Pan parkuje auto obok i ze środka dopilnowuje, żeby nic nam się nie stało :) Musimy przyznać, że czuliśmy się bardzo bezpiecznie ;)

Mija dłuższa chwila i nic.. kicha jest już późno, dochodzi 23:00 a ruch niewielki. Pana juz nie ma a my zaczynamy rozważać opcję noclegu w Kutaisi. Może jakiś tani nocleg (a tak liczyliśmy, że tej nocy uda się gdzieś wbić do ludzi)… Zatrzymuje się auto a w nim Pan , żona i jego Mama. Pytają jaki mamy problem i gdzie jedziemy ? Są bardzo mili i chcą nam za wszelką cenę pomóc. Niestety nigdzie dalej  nie jadą, ale Pan wykonuje telefon do znajomega aby załatwić nam tani pokój do spania.

Dom znajomego lekko za miastem, ale jak się okazuje zaraz przy drodze na Batumi, czyli idealne miejsce do łapania. Mieszkańcami są dwaj starsi Panowie i syn jednego z nich (nie wiedzieć czemu, gdzieś wywiało wszystkie Panie). Chwila rozmowy w rosyjsko-angielskim, wspólne fotki, herbatka + ciasto i idziemy spać. Lokal za 25 lari na tzw. „wypasie”.
image

28 grudnia, niedziela
image

Ranne widoki z balkonu dają kopa do działania ! Góry – wysokie i ośnieżone :) Na śniadanie pan serwuje nam herbatję słodki chleb z masłem i ciastka. Jeszcze chwilę opowiadania co my za jedni i idziemy na główną drogę.

Zabiera nas jakiś Pan… jedzie tylko 30 km, ale droga prosta więc stwierdzamy, że zawsze to coś. Szybko łapiemy kolejne auto. Jedzie w nim 3 osobowa rodzinka: ojciec i dwójka dorosłych już dzieci . Wracają z lotniska w Kutaisi do Batumi, aby spędzić razem Nowy Rok. Na codzień syn mieszka na Ukrainie gdzie prowadzi różne biznesy związane ze sportem, w tym kluby zapaśnicze. Sam jest zresztą 12 krotnym Mistrzem Ukrainy i Europy/Świata w tej specyficznej odmianie (nie były to chyba klasyczne zapasy ale coś podobnego). Droga mija szybko a rozmowy przechodzą od tematów podróżniczych po mafijne układy na Ukrainie. Jego Siostra pracuje w wydziale stosónków międzynarodowych, urzędu regionalnego Ajara. Zachęcają nas do spędzenia sylwestra w Gruzji… ale nasze plany są nieco inne…

Po drodze samochód zaczyna szwankować i wydawać dziwne dźwięki. Wygląda na to, że uszkodzony jest wał lub któraś oś… postanawiają jednak doczłapać do Batumi i wysadzą nas na drodze za miastem.. 15 km do granicy. Przypomina nam się sytuacja z bługarskim ayranem… a na dodatek Pan przy parkowaniu pod domem zachacza o śmietnik i rysuje błotnik tej pięknej, wypasionej, japońskiej toyocie :)

Leje jak z cebra, jest koło 14:00 a my chcielibyśmy dzisiaj dotrzeć do Trabzonu, żeby jutro złożyć dokumenty o wizę irańską… stanie na deszczu z plecakami i łapanie stopa to sport extremalny, bo wyglądem zmokniętych kur, nie zachęcamy kierowców. Sami też nie tryskamy humorem.

W końcu zatrzymuje się jakaś Pani z dzieckiem i przemoczeni ładujemy się na jasną, skórzaną tapicerkę jej auta ;) też japońskie. Dużo tu mają aut ściągniętych z tego kraju, charakteryzujących się kierownicą po prawej i śmiesznymi krzaczkami w menu radia. Pani podrzuca nas pod same drzwi granicy. Jej mąż pracuje tu w sklepie wolnocłowym, a ona w lecie ma tu niedaleko knajpkę na plaży.

Następne wydarzenia dzieją się dość szybko :) Przechodzimy przez gruzińską część granicy i wpadamy do wolnocłowego… chcieliśmy kupić jakiś mały suvenir dla Barbarosa. Przy kasie zagaduje nas jakiś Pan: … Trabzon? Yes ok… me autobus… money? Problem yok !

Pan zaprasza nas na darmowy transport autobusem do Trabzonu. Jednak nie ma nic za darmo ;) I w ramach nowo nawiązanej przyjaźni, mamy mu przenieść przez granicę po flaszce zakupionego w bezcłowym alkoholu… bo limit na głowę to jedna sztuka. Szybko podąrzamy za Panem przez resztę granicy i wsiadamy do małego autobusiku po Tureckiej stronie. W środku jeszcze 3 osoby. Trochę mało jak na regularną linię Gruzja-Turcja, ale nie zadajem zbędnych pytań. Ważne, że jedziemy do przodu ;)

Atmosfera w autobusie iście rodzinna. Dostajemy wodę i ciasteczka. Po drodze przejeżdżamy przez kilka miejscowości, ale cieżko nam wywnioskować w jakim celu. Klientów żadnych nie zgarniamy jedynie dwójka pasażerów na którymśtam przystanku wysiada.

Pada hasło, że nie wiemy gdzie bedziemy spali w Trabzonie. Pan proponuje, że z nim w domu lub hotelu… nie wiedzieliśmy co miał do końca na myśli, ale się zgadzamy :) Takie propozycje zwykle kończą sie dobrze ;).

Pan nazywa się Erkan. Ma sieć sklepów z meblami m.in. w Istambule, Trabzonie i Tibilisi. Jak wielu poznawanych po drodze Turków,  postanawia się nami zaopiekować. W Trabzonie na parkingu przy drodze, odbiera nas jakiś młody gość (nie wiemy czy to syn czy pracownik). Wiezie nas w stronę… hotelu, którego właścicielem jest długoletni przyjaciel Erkana. Nasz nowy znajomy, na codzień mieszka w Istambule, ale będąc w tzw. trasie, często tu nocuje. Bierze pokój 3-osobowy… to będzie ciekawy wieczór :) Ja, Helenka i Erkan w jednym pokoju… najpierw jednak kolacja w hotelowej restauracji. Hamsi tava czyli smarzone rybki.

Do pokoju Erkan zamawia nam owoce, napoje i … flaszkę wódki (może przez to że jesteśmy z Polski;). Sam pije sok bo chyba ma słabą głowę lub musi mieć opcję jazdy samochodem. Relaks przy tv i drinkach. Po prysznicu nasz kolega ląduje w samym ręczniku pod kołdrą… lubi się zrelaksować po ciężkim dniu pracy. Na początku jesteśmy trochę skrępowani, ale nie ma w tym nic niezdrożnego. Taki ma styl. Zresztą szybko zasypia :) My też się prysznicujemy i polegujemy trochę…

Ok 22:00 dzwoni telefon. Erhan musi gdzieś pilnie jechać i nie wróci już do nas. Mamy rano zjeść śniadanie i dopiero ruszać do centrum. Wszystko opłacone :) Zostajemy sami w pokoju i szybko zasypiamy. To był szalony dzień…

29 grudnia, poniedziałek

Rano ruszamy na podbój konsulatu irańskiego. Do pokonania mamy 4 km. Czym by tu jechać? Autostopem oczywiście :-) choć to centrum miasta i ciężko złapać kogoś, kto akurat jedzie tam, gdzie się chce dotrzeć. Mamy dzisiaj szczęście. Dosłownie jedno machnięcie ręką wystarczyło, żeby złapać dwóch starszych panów (jeden z nich zajmował się wynajmem nieruchomości) i dotrzeć na miejsce szybciej, niż gdybyśmy zamówili taksówkę. W konsulacie, na samym wstępie, „miły” znajomy już nam pan, zadaje to samo co zawsze, bardzo krótkie pytanie, a właściwie zlepek dwóch słów w formie pytającej: „Reference number?” Aaaa…. „Yes! We have!” Wszyscy, nie wiedzieć czemu (toż to poważne miejsce, na ścianie wiszą portrety przywódców Iranu: poprzedniego Ruhollaha Musawiego Chomejniego oraz obecnego Aliego Chameneiego) wybuchamy gromkim śmiechem. Pan wyszukuje nas w tajnej konsularnej bazie ochotników do otrzymania irańskiej wizy, wręcza wnioski, nakazuje iść je wypełnić, wpłacić pieniądze na wskazany numer konta i wrócić o 16:30… Na koniec, triumfująco oznajmia, że wizy będą do odebrania dopiero w piątek popołudniu… (Mieliśmy cichą nadzieję, że wizy otrzymamy jeszcze dzisiaj, szybko nas jednak sprowadzili na ziemię… na trabzońską ziemię :-) )

Wypełniamy wnioski, wpłacamy kasę – do 16:30 pozostaje kilka godzin. Postanawiamy podjechać do hotelu Tree Perle, gdzie managerem Spa jest pewien pan, z którego bratem kiedyś jechaliśmy stopem i który to brat rozmawiał z Łukaszem przez telefon i zapraszał nas do tego Spa ;-) no jakże byśmy mogli nie skorzystać… Okazuje, się jednak, że pana nie było akurat w pracy – temat więc odpuściliśmy, bo personel nie wiedział kto my jesteśmy i po coś my przyjechali, a nie wypadało im tego tak tego prosto z mostu tłumaczyć ;-)

Popołudniu składamy wnioski o wizę, wszystko idzie bezproblemowo. Razem z nami w konsulacie pojawia się dwóch chłopaków, jeden z Cypru, podróżujący rowerem, drugi z Holandii-tak jak my podróżuje autostopem. Piątek 16:30 – termin odebrania wiz jest nienegocjowalny. Z tą infromacją udajemy się na wspólną herbatkę na Meydan (plac w centrum Trabzonu).

Wieczorem łazimy od hotelu do hotelu i targujemy się z właścicielami odnośnie ceny za noc :-P jutro Łukasza urodziny i jakoś tak nie chcemy obudzić się w „uroczym”, mocno studenckim mieszkanku Barbarosa ;-) ostatecznie zbijamy cenę do 30 lir i smacznie śpimy w oldschoolowym Otelu Emperor… Miejscówkę ogarnia dwóch panów, jeden z nich to były nauczyciel tureckiej literatury w liceum, obecnie na emeryturze.

30 grudnia, wtorek

Pełni zapału i energii po śniadanku obfitującym w tahin-pekmez, świeże pieczywo i banany, ruszamy na Ayder! Ayder to niewielka miejscowość w górach, słynąca m.in. z ciepłych źródeł, w którch nie omieszkamy się zanurzyć jeśli tylko tam dotrzemy… No właśnie: jeśli… Tego dnia padał deszcz. Na początku postanowiliśmy się tym nie przejmować tylko iść i łapać stopa – ktoś nas weźmie i jakoś to będzie :-D z każdą minutą byliśmy jednak bardziej mokrzy, przez co coraz mniej atrakcyjni dla kierowców…takie dwie zmokłe kury na poboczu, kto by je chciał. I nikt ich nie zechciał. Wróciliśmy do centrum i włóczyliśmy się od knajpki do knajpki popijając herbatkę i zajadając lahmachuny, na noc lądując u Barbarosa. Taka historia :-)

31 grudnia, środa

Sylwester. Where we gonna sleep tonight? :-) wczoraj porozsyłaliśmy tochę zapytań do innych hostów z couchsurfingu, czy by czasem nie chcieli nas przygarnąć. Dostaliśmy zaproszenie od Yașara z Maçki, miejscowości stanowiącej bazę wypadową do Monastyru Sumela. Po śniadanku zjedzonym na mieście (pysznym menemenie, czyli znajomej nam już jajecznicy z pomidorami, papryką i serem), pełni nadzieji na dobre zakończenie roku, ruszamy w kierunku domu naszego nowego hosta. Do Maçki podrzucają nas mili państwo, którzy mieli nas zawieść tylko do centrum handlowego w Trabzonie, za którym odbija droga na Maçkę. W trakcie jazdy (jako, że rozmowa od samego początku naprawdę się kleiła – pan był prawnikiem i bardzo dobrze mówił po angielsku), pan zapytał panią czy mają czas, pani stwierdziła, że mają i zawieźli nas do naszego celu :-) rozmawialiśmy (tzn. głównie panowie rozmawiali) o stosunkach polsko-rosyjskich i turecko-rosyjskich. Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy odnośnie historii Turcji. Wielokrotnie padło też stwierdzenie: „niech no tylko Rosja zaatakuje Turcje, to Putin zobaczy co to wojna” oraz „Turkom nie jest żal umierać dla swojego kraju” I takie tam, rozmowy przy kierownicy.

Maçka przywitała nas bardzo życzliwie. Zaraz po wyjściu z samochodu dostaliśmy zaproszenie na herbatkę, od chłopaka, który był właścicielem jednej z lokant. Urodził się w Holandii, tam też studiował. Wrócił, bo jak twierdzi w Turcji łatwiej prowadzić mu biznes. Pozytywny gość :-) krótki spacer po mieście, zakupy spożywcze i spotykamy się z Yașarem i jego kuzynem (Yașar mało mówi po angielsku, kuzyna bierze zawsze do pomocy, gdy zaprasza gości z couchsurfingu). Zapoznawcza herbatka w jednej z lokant (w której kobietę uświadczyć można od święta, ale dzisiaj Sylwester to i Helena się tam zjawiła;-) ) i zostajemy zabrani do domu. Yașar mieszka na trzecim piętrze, w bloku, w którym na parterze mieszka jego mama, brat i bratowa w 9 miesiącu ciąży :-) Oczywiście zostajemy przywitani przez całą rodzinkę, jak tylko wkraczamy do klatki schodowej – jabandży przyjechali :-D
image

Apartament Yașara jest naprawdę przytulny – bardzo nam się podoba, tym bardziej, że Yașar urządzał go osobiście. Zasiadamy w pokoju gościnnym i zaczynamy niekończącą się wymianę swoich doświadczeń, przeżyć, historii i poglądów. Yașar zwykł pracować jako księgowy w jednym ze szpitali w Stambule. Ma 45 lat i jest już na emeryturze – w Turcji dość szybko osiąga się wiek emerytalny, wystarczy przepracować 25 lat. Jego kuzyn Ayhan pracował kiedyś jako członek załogi statków transportowych. Zwiedził tym sposobem cały świat. Ileż on miał do opowiedzenia :-)
IMG_8606.JPG

IMG_8694.JPG

IMG_8696.JPG
Kiedyś razem z 3 kolegami-załogantami, na postoju gdzieś w Kanadzie, postanowili uciec z miejsca pracy czyli statku i jako uchodźcy rozpocząć nowe życie :-) Ayhan założył tam rodzinę i mieszkał 12 lat. Dopóki go nie przyłapali i kazali wracać do Turcji. Opowiadał nam również o Gdańsku z 1988 roku, kojarzył Lecha Wałęsę. Był też w tym czasie w naszej stolicy. Wspomiał też o pewnym gdańskim lokalu o wdzięcznej nazwie Casanova, w którym to pracowała pewna Sabina, której uroda utkwiła mu w pamięci ;-)
Rozmowa co rusz przerywana była krótkimi odwiedzinami kogoś z rodzinki, donoszącymi jakieś smakołyki. Zjedliśmy wspónie pyszny obiadek, a później popijając piwko i chrupiąc orzeszki oczekiwaliśmy na przyjście Nowego Roku. Przed północą Yașar zaprosił nas na swoje poddasze, gdzie miał urządzony tzw. pokoik relaksacyjny. Wysokość w najwyższym miejscu 1,60 m, ściany sufitu opadające na skos, malutki stoliczek, poduchy do siedzenia na ziemi, muzyczka, a dookoła pamiątki z różnych zakątków świata. Byliśmy pod wrażeniem. Gdy wybiła północ złożyliśmy sobie w tym sympatycznym lokum życzenia i padło pytanie jak powiedzieć Happy New Year po polsku. Ależ chłopcy mieli ubaw próbując wymówić nasze „szczęśliwego” :-D mamy nawet filmik dokumentujący to szczęście :-) resztę wieczoru spędzamy na oglądaniu koncertu Volkana Konaka(taki nasz Krzysio Krawczyk;)) , który urodził się w Maçce i jest przyjacielem Yașara i Ayhana. Pod telewizorem znajdowało się nawet ich wspólne zdjęcie. Nasz gospodarz rozmawiał chwilę z Volkanem składając sobie nawzajem życzenia i nawet Łukasz zamienił dwa słowa z tym słynnym w Turcji piosenkarzem (zastanawiał się później czy myć ucho ;-) )

image

1 stycznia, czwartek

Nowy Rok rozpoczynamy wycieczkowo :-) zaraz po śniadanku (czyli ok. 11) wyruszamy do Monastyru Sumela. Prawie na samo miejsce zawozi nas rodzinka turecka: tata, mama i trzy dzwieczynki w wieku od 5 do 10 lat. Tata jest wyraźnie zadowolony, że nas zabrali i że mogą nam pomóc. To bardzo miłe :-) Jadą do meczetu, ok 4 km przed Sumelą. Resztę drogi pokonujemy pieszo. Trasa wiedzie lekko pod górkę, asfaltową drogą przez las. Jest wilgotno i mgliście, lecz co najważniejsze, nie pada. Pod sam monastyr wdrapujemy się ścieżką, specjalnie dla turystów podreperowaną ok. 1,2 km w górę i jesteśmy na miejscu. Udaje nam się zwiedzić monastyr nie płacąc za bilet (oszczędzamy w sumie 30 lir). Jednym z ochroniarzy jest znajomy Yașara. Yașar, przed naszym wyjściem z domu, pisze na karteczce krótki list do tego swojego znajomego i tym sposobem wchodzimy za darmo. Znajomości ;-) chłopak jest tak uprzejmy, że proponuje nam nawet powrót do Maçki razem z nim, gdy skończy pracę.

Jako, że dzień był mglisty, nie udało nam się z dołu zobaczyć jak monastyr Sumela zawieszony jest na zboczu góry. Podobno robi wrażenie, w co nie wątpimy. Pozostaje podziwiać zdjęcia w internecie, do czego i Was zachęcamy :-) w środku znajdują się dwie kaplice z pięknymi freskami. Freski te jednak zostały pokreślone przez młodzież, w czasach gdy monastyr nie był strzeżony i każdy tam mógł wejść, o każdej porze dnia i nocy. Ayhan nawet opowiadał nam, jak zwykli tam przesiadywać z kolegami, gdy mieli po kilkanaście lat. Zwiedzanie nie zajmuje nam długo, gdyż niecały monastyr udostępniony jest dla turystów. Na zakończenie pijemy kawkę w restauracji (podali nam nescafe 3w1, za 4 liry, mina Helenki – bezcenna). Nie lubimy być „leszczeni” :-P i ruszamy w drogę powrotną. Najpierw spacerkiem, bo jeszcze widno i warto trochę poodychać leśnym powietrzem, później stopujemy. Pierwszy chłopak sam się dla nas zatrzymuje i pyta czy nas podwieść. Nie odmawiamy. Nie jedzie on jednak do samego miasta Maçka. Drugi stop to busik z pracownikami Sumeli, a wśród nich jest i nasz pan ochroniarz, który nawet wie gdzie nas w centrum wysadzić, czyli pod domem Yașara.Spędzamy kolejny miły wieczór z naszym hostem :-)

IMG_8659.JPG

IMG_8661.JPG

IMG_8619-0.JPG

IMG_8634.JPG

IMG_8649.JPG

2 stycznia, piątek

Plan na dziś: po śniadaniu jedziemy do Trabzonu, szukamy w centrum handlowym materacyka do namiotu, ja (Helenka) kupuję sobie jakieś dłuższe wdzianko, aby w Iranie mieć się w czym poruszać, odbieramy wizy i wracamy do Yașara do Maçki. Wszystko poszło zgodnie z planem, z tym, że materacyka nie udało nam się znaleść :-( odwiedziliśmy też Barbarosa – złowił dwóch kolejnych couchsurferów. Jak dobrze, że my możemy już Trabzon opuścić. Mamy wizy :-D pod konsulatem spotykamy się z chłopakami, poznanymi przy składaniu dokumentów – chwila pogawędki i każdy rusza w swoją stronę, choć tak naprawdę wszyscy jutro wyruszamy na Iran (chłopak z rowerem co prawda okrężną drogą, bo przez Gruzje i Azerbejdżan, ale docelowo tam gdzie my).
image

Dzisiejszą trasę Maçka – Trabzon, Trabzon-Maçka pokonujemy bezproblemowo autostopem, choć żadnemu z tubylców nie przyszłoby to nawet do głowy. Wspomieć należy, że do Maçki wracamy z panem, który był wczoraj w busiku z pracownikami Sumeli :-) Rozpoznał nas i postanowił zgarnąć, czyż świat nie jest mały?

Wieczorem zostajemy zaproszeni na obiado-kolacje do mamy Yașara. Zostaje nam zaserwowana zupa mercimek, rybki hamsi tava i sałatka, a na deser chałwa podawana z chlebem i skrapiana cytryną :-) odpoczywamy chwilkę po posiłku w gronie tej sympatycznej rodzinki, robimy pamiątkowe zdjęcie i zmykamy na górę do mieszkanaka Yașara. To nasza ostatnia noc w Maçce – jutro kierunek Iran!
image