16 listopada

Gdy o 3:30 orientujemy się lekko zaspani, że nie ma Marty torebki, pierwsze co robimy to szybki rekonesans po okolicy – czy przypadkiem ktoś jej gdzieś nie porzucił. Próbujemy dzwonić na jej telefon – wyłączony. Następnie uderzamy do ochrony lotniska i policji – jednak niewiele mogą oni wskórać, gdyż jest środek nocy i mają mało ludzi do dyspozycji… ehh (nie pomogli nam oni za bardzo). Aby jednak wykonać jakieś ruchy, wysyłają nas na posterunek policji ok. 500 m od lotniska.

Kropi deszcz, a my pytając kolejnych napotkanych ludzi (nie wszyscy dokładnie czają, czego my właściwie chcemy) docieramy na komisariat. Na miejscu lekko zaspany personel i marazm. Pani spisuje dane i wystawia nam zlecenie (na obejrzenie monitoringu), z którym maszerujemy do pokoju techników. Pan dyżurujący ma akurat innego „petenta”, więc każe czekać. Mijają tak 3 godziny, podczas których 2-krotnie upewniam się jeszcze, że Pan o nas pamięta, ale zostaję odesłany z kwitkiem. Ok. 6:30 mocno przymęczony Pan technik zaprasza  nas do pokoju. Sami też jesteśmy w nieciekawym stanie (spaliśmy tylko 3 h, no i jeszcze cała ta akcja). Pan niewiele się odzywa, porozumiewając się z nami głównie gestami i skinieniami głowy. Widać, że sam chętnie skończyłby swoją zmianę ;) Sprawdzamy z której kamery było widać miejsce gdzie spaliśmy… nr 445. Niestety kamera ta cały czas się obraca i widoczni jesteśmy tylko raz na 45-60 sekund. Lepszy rydz niż nic. Zasnęliśmy około 24:00, a obudziliśmy się o 3:00 – torebki już nie było. Tak więc do obejrzenia ok 3 h nagrania.

Pan przewija momenty kiedy nas nie widać. Widzimy jakiś ludzi śpiących na ławkach obok nas, ale śpią długo i wyglądają na turystów – to raczej nie złodzieje. Para nóg przy kiosku obok  nas – pan twierdzi, że to też raczej nie to, bo się do nas nie zbliżają. Potem kolejni śpiący ludzie, para z dzieckiem znów koło kiosku i ekipa sprzątająca (ok. 3:10) Ekipa ta przesuwa krzesła i jest bardzo blisko nas, zamiatając mopem podłogę. Wydaje się że z łatwością ktoś z nich mógł chwycić torebkę i wrzucić do pojemnika, który ze sobą mieli… Pytam pana technika czy to mogli być oni ? Jest to możliwe, ale najprawdopodobniej to ktoś inny. Ciężko będzie dokładnie dojść, bo kamera nie widzi nas przez cały czas. Pan kończy oglądanie. Stwierdza, że niczego dokładnie nie widzi. My również  nie. Pan lekko zaspany  chce już kończyć. My też nie jesteśmy pierwszej świeżości. Sporządza raport, że monitoring obejrzeliśmy, ale nic nie wypatrzyliśmy. Lekko zrezygnowani podpisujemy.

Chcemy jeszcze wrócić na lotnisko i porozmawiać z ekipą sprzątającą. Pytamy w recepcji czy dostaniemy kopię raportu? Pan lekko naburmuszony, ripostuje że skoro nie ukradli paszportu, to nie jest tak źle i oni nam pisma nie wystawią (za dużo pisania). A poza tym w kolejce czeka już kolejnych kilka osób okradzionych na lotnisku.

Wracamy na lotnisko. Jest 8:00 a my niewyspani, zmęczeni i sfrustrowani, nadal nie wiemy jak do tego doszło. Raz jeszcze kalkulujemy straty – telefon, mały aparat, mp3 player, saszetka z dowodem osobistym, prawem jazdy i kartą kredytową, jabłko, apaszka i rękawiczki. Najbardziej żal nam sprzętów elektronicznych i zapisanych w nich numerów, zdjęć i piosenek. Jeszcze na komisariacie dzwonimy do banku, blokujemy kartę i dokumenty w systemie międzybankowym. Mogło być gorzej. Na szczęście coś tchnęło Martę żeby wyciągnąć paszport, pieniądze i schować do śpiwora. Bez polskich dokumentów jakoś damy radę.

Nasze kroki kierujemy do informacji. Pan wzywa kierownika sprzątających. Nie chcemy sugerować że to oni – pytamy tylko czy czegoś nie znaleźli. Ten twierdzi, że teraz jest inna zmiana, ale spróbuje się dowiedzieć czegoś i da nam znać… Odchodzi i już się z nami nie kontaktuje (sugeruje, że gdyby coś znaleźli oddaliby to do lost & found). Idziemy do biura rzeczy znalezionych – tam też nic nie ma. Jeszcze runda w okolicy miejsca zdarzenia, patrzymy do koszy na śmieci – puste. Chyba już nie ma nadziei…

Chcemy się umyć i wyspać, więc będziemy spali w hostelu. Sprawdzamy jakie są rozsądne opcje w okolicy Sultanahmet, czyli centrum. Mamy adres, wsiadamy w metro a potem w tramwaj. Pan na stacji metra doradza nam karty na miejską komunikację, co okazuje się super opcją. Oszczędzamy ok. 50 % na każdym bilecie. Uliczka, na której ma być hostel, jest ok 300 m od przystanku i znajduje się w dzielnicy zamieszkałej przez wielu Syryjczyków. Dużo tam też mini fabryk wszelkiej maści obuwia… Klimat dosyć ciekawy. Jest hostel – jest też pani sprzątająca (bardzo sympatyczna Bługarka). Negocjujemy cenę na 60 $ za 2 noce plus śniadanie w hotelu nieopodal (ten sam właściciel). Pokój bardzo wygodny i czysty. Jest wszystko co potrzeba.

W międzyczasie dostaję sms, że Marty numer znów jest aktywny. Próbujemy dzwonić… zajęty. Wysyłamy sms żeby oddali nam dokumenty i kartę sim w zamian za kasę… najpierw po angielsku, potem po turecku (z pomocą pani sprzątającej i recepcjonisty z hotelu)… cisza.

Idziemy do pokoju i sprawdzamy przez Internet połączenia… numery do Algierii. Pierwszy telefon już o 1:36. Dzwonimy do Play żeby zablokowali telefon. Czy to może być jakiś ślad ? Idziemy na miasto coś zjeść – ciorba i pita z mięskiem – dosyć smaczne :) W głowach ciągle mamy wydarzenia nocno-poranne. Kręcimy się po uliczkach i bazarach patrząc podejrzliwie na mieszankę lokalsów i przyjezdnych… czy gdzieś tu znajdują się nasze „fanty”? Idziemy raz jeszcze na policję z informacją o Algierskim tropie… Pan twierdzi, że nie może nam pomóc, bo to nie jego rejon, ale pisze nam pismo po turecku i wysyła raz jeszcze na komisariat przy lotnisku. Mają nam pomóc.

Wieczorem płyniemy promem na Kadikoy do cukierni Mado poleconej przez Katarzynę :)

image

Stambuł nocą ma swój tajemniczy, tętniący życiem klimat. Zajadamy się deserami, lodami i obowiązkową herbatką. Wracamy do hostelu koło 22:00 i padamy. Rano planujemy koleje spotkanie z policją…

17 listopada

Na śniadaniu w hotelu zajadamy się omletami, serkiem, świeżym ogórkiem, pomidorami i ciastem czekoladowym. Z tym hostelem to był naprawdę dobry deal :)

image

Na policje docieramy koło 12:30. Wręczamy pismo po turecku, tłumaczymy raz jeszcze sprawę i informujemy o nowym tropie – połączeniach do Algierii. Pan pyta czy chcemy raz jeszcze zobaczyć monitorig – tak!  W oczekiwaniu na technika poznajemy Turka z Istambułu, któremu ukradli na lotnisku torbę z laptopem, dwoma iPhonami, portfelem i ok 3000 $… Przedstawiciel fabryki maszyn przemysłowych. Rejestrował się za pomocą paszportu przy stanowisku odlotów, kiedy ktoś buchnął mu część bagażu. Był w obstawie 3 kolegów, a akcja trwała dosłownie minutę… Od tygodnia próbuje obejrzeć monitoring z kamery, która nie wiadomo do kogo należy… Widać że nasza strata nie jest taka duża. Daje nam swój numer gdybyśmy potrzebowali pomocy.

Pan technik zaprasza nas do pokoju. Potem wędrujemy z nim do kolegów na górze. Jest trochę nie w sosie, bo widzi, że to kolejna nasza wizyta. Koledzy wyciągają pismo które podpisaliśmy (o tym, że nic nie było na nagraniu). Nie wiedzą co z nami zrobić (trochę im się nie chce kolejny raz przeglądać nagrania). Ostatecznie wracamy do pokoju pana na parterze.

Zawężamy czas oglądania do 1:36… Znów śpiący panowie i para nóg koło kiosku. Na nagraniu 0:25 w nocy… 25 minut po naszym zaśnięciu. Jedziemy dalej, ale nic podejrzanego już nie ma. Sugerujemy że to może te nogi. Pan sprawdza… Widzimy minutę wcześniej jak podchodzą dwaj mężczyźni (właściciele nóg)… wyglądają podejrzanie. Coś nam podpowiada, że to oni. Na nagraniu widać, że wokół tyle ludzi. jakiś pan 15 m od nas rozmawia przez telefon. Jak to możliwe? Szukamy na kolejnych kamerach widzimy ich, jak z naszą torebką wchodzą do toalety piętro niżej – gdybyśmy doszli do tego dzień wcześniej…. Wychodzą już bez.. Wzięli co chcieli i reszta do kosza. Pan technik wkręca się w śledzenie podejrzanych Algierczyków. Mijają 3 godziny podczas których staramy się dojść do tego kiedy i jak opuścili lotnisko. Nie udaje nam się. Skubańcy kręcą się po lotnisku jeszcze dobre 45 min. Widać ich twarze oraz scenę w której jedzą nasze jabłko.. no to już przesada. Ślad się urywa gdzieś w lotniskowym tłumie. Wiemy że o 1:36 zadzwonią po raz pierwszy do Algierii.

Spisujemy nowy raport z dołączonymi nagraniami i zdjęciami podejrzanych. To koniec pracy technika. Młody chłopak robi za tłumacza. Dostajemy kopię z dokładnymi informacjami co zginęło. Jest 17:00 Wracamy na lotnisko – przecież reszta torebki wylądowała najprawdopodobniej w śmieciach. Niestety lotnisko wywozi śmieci 3 razy dziennie. Gdybyśmy do tego doszli zaraz po kradzieży to byłaby szansa. Nie pomaga nawet główny manager lotniska. Sprawa się rypła…

O 18:30 wracamy już metrem do centrum. Idziemy na pilav z kurczakiem i ayranem w klimatycznej lokancie.

image

Postanawiamy zostać w Istambule kolejny dzień… przecież nie mieliśmy jeszcze szansy pozwiedzać. Spacerek w stronę hostelu. Jest 22:00 więc czas się przespać.

18 listopada

Po śniadaniu informujemy hostel, że zostajemy dzień dłużej. Pan pyta jak temat z kradzionymi rzeczami (to on pomagał tłumaczyć smsa do złodziei). Idziemy na miasto – do błękitnego meczetu udaje nam się wejść rzutem na taśmę, gdyż zaraz zamykają świątynię na czas modlitwy. Robi wrażenie w środku i na zewnątrz. W oddali widać już Aya Sofyie. Zatłoczony Grand Bazar i dłuuugi spacer na Ortakoy po najlepsze w Turcji kumpiry – pieczone ziemniaki z furą dodatków. A po drodze jeszcze balik ekmek, czyli bułka z grilowaną rybą. Piwko ze sklepu za 5 lirów (w knajpie 16 l) i powrót…

image

W nogach ponad 20 km. Oj moglibyśmy tu odwiedzić niejedną knajpkę, ale że Istambuł to dosyć drogie miasto nazajutrz zawijamy w stronę Troii.

IMG_8048.JPG

IMG_8053.JPG

IMG_8056.JPG

IMG_1052.JPG

IMG_8062.JPG

IMG_8070.JPG

IMG_8072.JPG

IMG_8074.JPG

IMG_8084.JPG

IMG_8089.JPG

IMG_8091.JPG

IMG_8098.JPG

IMG_8107.JPG

IMG_8108.JPG

IMG_8116.JPG

IMG_8119.JPG

IMG_8122.JPG

IMG_8131.JPG

IMG_8134.JPG

IMG_8143.JPG

IMG_8145.JPG

IMG_8161.JPG

IMG_8177.JPG

IMG_8183.JPG

IMG_8191.JPG

IMG_8205.JPG

IMG_8209.JPG

IMG_8226.JPG

IMG_8234.JPG

IMG_8240.JPG

IMG_8250.JPG

19 listopada

Plecaki na naszych plecach odwiedzają jeszcze Spice Market i kierujemy się do promu na Kadikoy. Z Kadikoy pakujemy się do autobusu, żeby dostać się na drogę wylotową w kierunku Çanakkale – zachodni róg Turcji, niedaleko Troi, którą chcemy odwiedzić). Lądujemy na stacji benzynowej, skąd zabiera nas dwóch miłych Turków w lekko biznesowym stylu. Jesteśmy dla nich nie lada atrakcją – pragną zrobić sobie z nami selfie :-) mają też dla nas ciasteczka i oranżadkę zakupione na stacji, z której nas zabierali ;-) wysadzają nas w Izmicie, a sami jadą dalej do Eskişehir. Na koniec robimy jeszcze jedno zdjęcie na pamiątkę i mówimy sobie bye, bye, teşekkür ederim… Łapiemy kolejne okazje i ostatecznie ok. 21 znajdujemy się w miejscowości Orhangazi, gdzie postanawiamy spać. Szukamy pomocy u panów, którzy pilnują jakiejś budowy – przez ogrodzenie widzimy, że mają tam kawałek ładnego trawnika, z którego chętnie byśmy skorzystali. Jeden z panów angażuje się w akcje i choć nie zna angielskiego, to za pośrednictwem smsów wysyłanych do jego znajomego, ostatecznie dochodzimy do porozumienia. Z tym, że niestety nie ma mowy, żebyśmy się rozbili na tym uroczym skrawku trawnika, bo alarmy, kamery itd… pan jednak organizuje dla nas podwózkę do parku nad jeziorem Iznik Golu. Podoba nam się – stawiamy nasz przenośny domek i spanko :-)

20 listopada
image

image

Nad ranem budzi nas deszcz… Widzimy od wewnątrz, że namiot od zewnątrz cały ubłocony… Tragedia wydawałoby się… Żadne z nas nie komentuje tego, patrzymy sobie chwile w oczy, telepatycznie porozumiewamy się i… Stwierdzamy, że trzeba to przespać :-P ok. 9 budzi nas piękna pogoda, a błotko z namiotu samo kruszy się i odpada :-) składamy domek i udajemy się w kierunku śniadanka. Do głównej drogi mamy ok. 2 km.

Na śniadanko trafiamy do przydrożnej „restauracji” i zajadamy lahmacuny każdy za 2,5 liry… Jesteśmy super zadowoleni, że za tak mało, tak dużo dostaliśmy – przy płaceniu okazje się jednak, że każdy z nas dostał po dwa lahmacuny (jako, że były poprzekrawane, to można się było nie zorientować :-P ) Po uregulowaniu rachunku, troszkę mniej usatysfakcjonowani, nie tak tanim jednak śniadaniem, idziemy łapać stopa i kawałek po kawałeczku przedostajemy się w kierunku Çanakkale.

Na dłuższy odcinek łapiemy pana od ciężarówki, który częstuje nas chałwą i białym pieczywem – naprawdę dobre połączenie :-) dostajemy też zaproszenie na herbatę – cudownie :-) kolejny dłuższy stop, to podróż z młodym chłopakiem, pracującym jako przedstawiciel handlowy firmy sprzedającej pestycydy…

image

Chłopak stwierdza, że żyjemy jego marzeniem, po czym dodaje, że on nie mógłby sobie na coś takiego pozwolić, bo jest zbyt pedantyczny, wygodny i nie zjadłby niczego, od kogoś komu nie ufa… Rozumiemy :-) jest jeszcze jeden argument, który jednak do nas nie przemawia, a mianowicie chłopak twierdzi, że nie stać go na podróże, bo wszystko takie drogie, a on miesiąc w miesiąc musi wydać ok. 1500 zł na fajki i piwo (faktem jest, że piwo w tureckiej knajpie kosztuje ponad 20 zł), a gdy zapłaci jeszcze za czynsz (ma do swojej dyspozycji mieszkanie w Stambule o powierzchni ponad 100 m2 i płaci za nie ponad 2000 zł) to już wogóle nie ma o czym mówić, prawie na nic, poza jedzeniem, go nie stać… No coś kosztem czegoś – my zrezygnowaliśmy z ciepłego łóżka i codziennie musimy szukać łazienki – kwestia chcenia :-) chłopak jednak był naprawdę sympatyczny i życzliwy – podwiózł nas do samego centrum Çanakkale. Był już wieczór, a my bez obiadu. Napełniamy więc brzuszki pysznym tureckim Pide i Ayranem, by ze wzmożoną energią wyruszyć w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Ostatecznie wylądowaliśmy na placu zabaw dla dzieci przy jednym z osiedli, znajdującym się na wzniesieniu, skąd rozpościerał się przepiękny widok na zatokę, piękniejszy zapewne niż z niejednego okna hotelowego przy wybrzeżu :-) zasypiamy przy dźwięku trzepoczącej olbrzymiej flagi tureckiej, umieszczonej na maszcie kilka metrów poniżej naszego namiotu.
image

21 listopada

Rano podziwiamy widok z naszej miejscówki – pogoda przepiękna :-) w drodze do centrum, zajadamy burki na śniadanie i zaliczamy kawę w Mc Donaldzie, bo najtaniej :-P kręcimy się chwilę po mieście, robimy zdjęcie pod Koniem Trojańskim, a ściślej pod jego repliką, stworzoną na potrzeby filmu, i ruszamy w kierunku prawdziwego Konia Trojańskiego, który stoi w miejscowości Troja, nieopodal Çanakkale.
image

image

image

Łapanie stopa jakoś nam nie idzie – do Troi jeżdżą głównie autobusy z wycieczkami… Nie poddajemy się jednak i cierpliwie czekamy… Cierpliwość popłaca i prosto do Troi zabiera nas pan, który tam pracuje…z nim przejeżdżamy nawet stanowisko opłat (bilet ok.5 euro), że niby jesteśmy od niego… Ja nie mogę się powstrzymać, przed natychmiastowym wskoczeniem do wnętrza konia i zrobienia sobie zdjęcia (w końcu jestem Helenką). Już z okna jednak widzę coś niepokojącego – Łukasza napada dwóch ochroniarzy i pytają go o bilet ;-P tym sposobem, mamy zdjęcie z Helenką w Koniu Trojańskim, ale nie udaje nam się zobaczyć ruin miasta… Wstęp jest dla nas zbyt drogi, a miejsce w stylu: „zróbmy kasę na turystach”, więc jakoś nie żałujemy, żeśmy się w bambuko zrobić nie dali :-P
image

W drodze powrotnej spod Konia, zaraz przy punkcie opłat, spotykamy parę podróżującą na tandemie, przesympatycznych ludzi z Włoch, Alessandro i Stefanię :-D zastanawiali się czy warto kupować bilety… podejście mają jednak całkiem podobne do naszego i wystarczyło im obejrzenie mojego zdjęcia w Koniu ;-) postanawiamy się troszkę razem przespacerować, po czym tak dobrze nam się gada, że rozbijamy razem namioty i gotujemy obiadokolację. My serwujemy kaszę gryczaną z warzywami, a oni zupę dyniową z ryżem.
image

Wieczorkiem oglądamy razem film o Iranie pt. Operacja Argo (na ich laptopie, mają nawet bezprzewodowy głośniczek) :-P lekki deszczyk powoduje jednak, że nie oglądamy go do końca – umawiamy się na kolejny odcinek gdzieś w świecie :-) Aleksandro i Stefania mają trochę podobny plan do naszego – pod koniec przyszłego roku chcą dojechać do Australii, jest więc szansa, że gdzieś się jeszcze spotkamy…

IMG_8253.JPG

IMG_8272.JPG

IMG_8274.JPG

22 listopada

Rano jemy wspólne śniadanko. Zostajemy poczęstowani czymś w rodzaju nutelli, ale o wiele zdrowszej, zrobionej z pasty ze zmielonego sezamu, połączonej z melasą z winogron. Coś pysznego! Wymieniamy się kontaktami, robimy wspólne zdjęcie i machamy naszym włoskim znajomym na do widzenia…

IMG_8276.JPG

My robimy jeszcze rundkę po okolicznej wsi i też ruszamy w dalszą drogę… kierunek Izmir! Łapiemy stopa prosto do Izmiru, postanawiamy jednak, że wysiądziemy trochę wcześniej i rozbijemy się gdzieś w mniejszej miejscowości, może na dwie noce, żeby poleniuchować (tym bardziej, że jutro niedziela) i nadrobić pisanie postów. Tak też się dzieje i lądujemy w miejscowości Yeni Foca. Jemy tam obiadek w lokancie, w której pracuje chyba cała rodzinka – od dziadków po wnuki – jest sympatycznie i niedrogo :-) po obiadku rundka po mieścinie, w celu zrobienia zakupów deserowo-śniadaniowych – zakupujemy oczywiście produkty potrzebne do zrobienia tej pysznej pasty (tahin i pekmez) od której ja (Marta) jestem już w sumie uzależniona… Nazwałam ją Sezamowym Szaleństwem (pozdrawiamy Anię Hałasę! :-D). Kupujemy też Tutku na deser (pozdrowienia dla Madziury, niech zdrowa będzie! Dodam tylko, że było to jeszcze przed przeczytaniem komentarza M jak Magdy) ;-D Po zakupach szukamy miejsca na rozbicie namiotu. Łazimy po okolicznych polach i chaszczach – tam jednak, gdzie trochę płaskiego, tam placek krowi :-) ostatecznie rozbijamy się na plaży, jest wygodnie, a że po sezonie, to oprócz nas nikogo tam nie ma… no może jeden pan łowi ryby…

Wieczorkiem oglądamy sobie film Non Stop, czytamy sobie i ogólnie się relaksujemy w naszych ciepłych śpiworkach, przy dźwięku rozbijających się o brzeg fal… Spanko.

23 Listopada
image

image

Rano gotujemy sobie kawkę i obżeramy się Sezamowym Szaleństwem i białym pieczywkiem, z bananami i jogurtem naturalnym… Tyle cośmy się obżarli, ktoś zaczął do nas (a w zasadzie to do namiotu) coś krzyczeć po turecku… Łukasz wychylił głowę z namiotu i mówi, że nie rozumie. Okazuje się, że pan chce nas zaprosić na śniadanko – twierdzi, że chłodno i wietrznie i że się rozchorujemy… Z żalem odmawiamy panu, bo brzuszki mamy naprawdę pełne i w sumie to nie jest nam zimno. No żal, żal tego śniadania… :-P

Nie użalając się jednak zbyt długo, bierzemy się do pisania posta i zerkając od czasu do czasu na morze, wspominamy co się w ostatnim tygodniu działo. Tak oto upływa nam niedzielny ranek i wczesne popołudnie.

IMG_8277.JPG

IMG_8282.JPG

IMG_8285.JPG

IMG_8286.JPG
Całe niedzielne popołudnie spędzamy na degustowaniu tureckiej herbaty, pasożytowaniu na wi-fi i prądzie czerpanym z miejscowych kawiarenek :-)
Śpimy w tym samym miejscu co zeszłej nocy…

6 thoughts on “Sherlock Holmes w Istambule, a Helena w Troii

  1. Helenko! Czytam, czytam, a tu JA, Ania jestem w Wielkim Świecie Wilczków! Szaleństwo ;)! Hałasy cały czas trzymają za Was kciuki i inspirują się Waszą miłością do Życia! Ślemy dobrą energię :*

  2. No strasznie przykra ta historia z kradzieżą ;/ niestety na całym świecie znają się tacy co potrafią popsuć humor, ale jak pokazuje Wasza wędrówka jest też wielu życzliwych i pomocnych ;)
    Niemniej jednak czekamy na kolejne odcinki ;) super Was się czyta! Dobrze że mieliście teraz więcej czasu na nadrobienie opisów!

  3. Hej ! Normalnie co Wy przeżyjecie to wasze :-D
    trzymajcie się zdrowo i czekam z niecierpliwością na kolejny post! :*

  4. Miło się czyta wasze przygody. Czekam na kolejny odcinek bo opowieść jest wciągająca :)

  5. Ahhh no po prostu czytamy z zapartym tchem :) czlowiek szuka po internecie za dobrą książką, jakis kryminał albo jakas fajna opowiesc a tu wszystko mozna miec u Brata i Bratowej :D widze ze krakowski kebab sie tez w turcji znalazl :D (albo przynajmniej cos podobnego:P) najbardziej z tych przysmakow na zdjeciach to te kolorowe kwadratowe przysmaki mi sie podobaja az by sie chcialo z ekranu wyciagnac! :)
    Pozdrawiamy goraco M&T&F :)

  6. Trzymajcie się zdrowo. Pozdrowienia od wszystkich. Wszystko czytamy z ciekawością :)

Comments are closed.