3 stycznia, sobota

/Wyjazd z Maçki/

Ustaliliśmy z Yasarem, że zaraz po śniadaniu ruszamy w dalsza drogę. Mając juz iranskie wizy w ręce, nic nie stoi nam na przeszkodzie do jak najszybszego przedostania sie pod turecko-iranska granicę. W śniadaniu uczestniczy też starszy z kuzynów Yasara. ok 11:30 jesteśmy gotowi do wyjscia i wspólnie z dwójką naszych gospodarzy, maszerujemy już w stronę głównej drogi na Erzrum. To był naprawdę fajny host. I tym razem couchserfing stanął na wysokości zadania :) Pozytywni ludzie, pozytywne miejsce i dużo energii na dalszą drogę. Nawet pogoda wydaje sie nam sprzyjać, bo świeci słońce.

 

 

Panowie, jak zresztą wiele innych napotkanych osób, nie do końca wierzą w to, że stopa łapie się tak łatwo jak to przedstawiamy. Jak zwykle z lekkim porannym poślizgiem (pewnie wielu stopowiczów, walczy juz od samiutkiego rana, ale my lubimy się wyspać ;)). Stajemy przy drodze i zaczynamy wizualne zagajanie do przejeżdżajacych kierowcow. Plan minimum na dzisiaj to Erzrum, czyli jakies 300 km. Jesli dotrzemy tam na wieczor, to mozemy skontaktowac sie z Yusufem poznanym przy pierwszej naszej wizycie w Gruzji. Mija dobra godzina… w koncu dzisiaj sobota, wiec i ruch mniejszy.

Zatrzymuje sie duza ciezarowka. Pan starszy cos po turecku nadaje ze na Bayburt zmierza. Tamam, tamam mowie ja i juz ladujemy sie na siedzenia. Jedziemy…. ale baaaardzo powoli. Trabzon znajduje sie nad morzem, Macka niewiele wyzej, ale juz przelecz w drodze do Erzrum to ok 1900 m npm. Tak wiec czeka nas wspinaczka samochodem prawie 2 km w gore. A złapany stop to nienajnowszy krzyk technologii, wiec przedkosc przelotowa spada do…. 25 km/h :) tyle chyba potrafilibyśmy biec. Jak tak pójdzie to w Erzrumie bedziemy na późno wieczor.

Dodatkowo Pan jakoś dziwnie zerka co rusz na Helenke, mnie proponuje sie zdrzemnac i dopytuje sie po turecku o to czy jestesmy malzenstwem, czy mamy dzieci itp… Generalnie jakos nie czujemy z Panem ”zbytniego porozumienia” i decydujemy, że jak tylko bedzie okazja, to kończymy ta przejażdżkę.

Po ok 1 godzinie jazdy docieramy do tunelu za ktorym jest kawalek plaskiego a potem chwile z gorki. Mowimy Panu stop, i grzecznie sie zegnamy. Pech chial jedynie ze wjechalismy w strefe, gdzie zaczyęło być sporo śniegu i lekki mróz, wiec łapanie nie należy do przyjemnych. Było to i tak lepsze, niż perspektywa dalszej jazdy z panem
image

Udaje się. Po kilkunastu minutach, wsiadamy juz do Skody Superb, i w komfortowych warunkach mkniemy 100 – 120 km/h do Gumushane. Panowie wyglądali na tzw. biznesmenów. Byli przy tym bardziej zajęci swoją osobą niz nami, więc wyglądało to dosyć śmiesznie jak jeden wykrzykiwał coś do drugiego na oczach dwoch jabandżych.

Docieramy do Gumushane i na oczach zaciekawionych taksówkarzy oraz przechodniów dalej łapiemy. Zatrzymuje sie młody chłopak w całkiem wypaśnym golfie. Gdy tylko otwiera drzwi uderza nas zapach… frytek z McDonalda :) Kolega pędził z zestawami zakupionymi w Trabzonie, na spotkanie z przyjaciółmi/dziewczyną. I mamy tu na myśli: pędził ! Na drodze lekkie błotko lub śnieżek, zakręty jeden za drugim, a kolega zapitala 160 km/h. Helenka mocno chwyciła się pasów, ja również zapiąłem swoje. Robi się coraz bardziej zimowo i zaczyna pruszyć śnieg. Po drodze mijamy przełęcze na wysokości 1900 m…. oj nie chcielobyśmy tutaj utknąć na noc, choć jest juz popołudniu. Do Bayburt docieramy szybciej niż kursowy autobus ;) Cel jednak jeszcze daleko.

Wysiadamy na światłach i za skrzyżowaniem znów probujemy swoich sił. Pada śnieg. Aut jak na lekarstwo. Jak juz cos jedzie to lokalnego. Mało zamiejscowych rejestracji. Od panów z restauracji obok dostajemy herbatkę na wynos, w sam raz na tą temperaturę :) Dwóch Panów proponuje nam przejażdżkę w naczepie ciężarówki, którą jadą do Erzrum. Odmawiamy tej wątpliwej przyjemności…

W końcu zatrzymuje się biała toyota a w środku dwóch śniadych panów. Jadą przez Erzrum, wiec się zabieramy.
W końcu dogadujemy się, że jadą prawie pod granicę z Irakiem i mogą nas podrzucić do Dogubayazit – czyli 50 km od przejścia Turcja – Iran :) Hmm czy my mamy szczęście…!!?? Panowie byli księgowymi, wracali z jakiś biznesów z Ankary. Byli rodowitymi Kurdami co potwierdziło się również w repertuarze jaki nam zaserwowali. Teledyski pokazywały głównie kurdyjskie bojowniczki wykonujące przeróżne układy taneczne (czasem w umundurowaniu czasem po cywilu) w takt bojowej muzyki. Na banerach i koszulkach „ypg kurdish” oraz „Rajeva” – ciekawe co znaczyły ? Były w każdym razie klimatycznie :)

Po drodze robi sie już bardzo zimowo, a co jakiś czas dopada nas spora śnieżyca. Kierowca już mocno zmęczony jazdą, i zestresowany warunkami więc jedziemy dosyć wolno.

W Erzrumie robimy przystanek na jedzenie. Panowie umawiają się z jakimś kolegą na spotkanie i lądujemy w wypasionej restauracji, której specjalnością jest tzw. Szisz Kebap.Bardzo to było smaczne, choć po mięsie nie czujemy się zwykle zbyt dobrze. Panowie coś omawiają i kończymy postój. Czas się ruszyć dalej.

Zaraz po wyjechaniu z Erzrum natrafiamy na kolejną burze śnieżną. Tym razem jednak nasz kierowca pyta czy bardzo nam popsuje plany jak wysadzą nas w Argh a nie w Dogubayazit ? Problem Yok- stwierdzamy. Warunki były naprawdę ciężkie, a tu tylko 120 km od granicy. Do celu decieramy późnym wieczorem i decydujemy się na tani hostel niedaleko głównej ulicy(30 TL). Klimat mocno „lokalny” ale ciepło i jest internet – czekało nas wrzucanie poprzedniego posta. Jeszcze herbatka i lulu.

4 stycznia, niedziela

IMG_8698 (Medium)

Za oknem biało, no chodnikach szklanka a my mamy w planie stopowanie :) Najpierw jednak trzeba zorganizować śniadanie. Niedziela 8:30 to nie najlepsza pora na zakupy, ale po 40 minutach udaje nam sie zdobyć chleb, owoce i mleko :) Do 12:00 walczymy z naszym blogiem, a potem ruszamy…

IMG_8697 (Medium)

Słońce ładnie odbija się od zaśnierzonych dachów i poboczy, trochę ludzi maszeruje tu i tam, jakiś pan handluje indykami, a my drałujemy na wylot w stronę Iranu.
image

Szybko łapiemy tira do Dogubayazit z sympatycznym kierowcą. Widoki za oknem zapierają dech. Góry… przepiękne ośnieżone góry. W oddali majaczy Ararat.

IMG_8702 (Medium) IMG_8707 (Medium) IMG_8712 (Medium) IMG_8715 (Medium)

Niestety na granicę z Panem nie dotrzemy bo kończy mu się czas jazdy i razem z kolegą robią pauze. Jeśli nie złapiemy nikogo innego to za godzine znów ruszają… my jednak łapiemy :)

Kolejny tir. Pan akurat zmierza na granicę, ale opowiada o swoich trasach na Europę. Jak wszystko bedzie dobrze to niedługo znów tam ruszy z kolejnym transportem. Ma 3 synów i razem mieszkają blisko Van czyli w obszarze kurdyjskim. Dosyć sprawnie komunikujemy się po angielsku. Kolejny sympatyczny kierowca. Częstuje nas batonikami, herbatką a po dotarciu na granicę dostajemy tureckie tosty. Pan bardzo chce nam pomóc i kombinuje tak żeby za granicą zabrał nas kolega który jedzie dalej. Niestety mają problemy z papierami i granicę przekraczamy sami. Jeszcze w tirze Helenka przywdziewa chustę, która od tej pory będzie jej towarzyszyła na każdym kroku. Testujemy wspólnie jak najlepiej ją zakładać :)

Na przejściu lekki stresik. Czy wszystko pójdzie sprawnie i w końcu zawitamy do Iranu ? Turecka część bez problemów i specjalnego czekania. Na irańskiej lekka kolejka. Każdy pyta skąd jesteśmy… z Lahestanu(tak tutaj nazywają Polskę) :) Pan strażniek zbytnio się nie spieszy… Po sprawdzeniu paszportów, zamiast podać nam je spowrotem, kładzie je na stoliku przed sobą skąd musimy je sami zabrać. Hmm … dziwne to było. Jakiś dystans wyczuliśmy do turistas takich jak my, ale nas wpuszczają. Jeszcze tylko kilka pytań od panów urzędników – jakie miasta chcemy zobaczyć?, czy znamy kogoś w Iranie?, gdzie pracujemy? itp.. i „welcome in Iran”
image

image

Zaraz po wyjściu z budynku następuje atak panów taksiarzy i wymieniaczy waluty, ale szybko przedzieramy się przez tez tłumek i dreptamy w stronę drogi dla tirów przesuwając nasze zegarki o 1,5 h do przodu :) Czas sprawdzoć jak stopowanie bedzie nam szło na irańskiej ziemi. Machamy do kilku przejeżdżających tirów. Oczywiście bez wyciągniętego kciuka, bo to tutaj gorsze niż nasz „fakolec” ;) Zatrzymuje się … Turek. Bardzo sympatyczny i uśmiechnięty starszy pan z wąsem.

Niestety w Iranie kontroli policyjnych i celnych jest od groma i już kilkaset metrów dalej nasz pojazd zmuszony jest poczekać do rana na zakceptację dokumentów. Lekki pech, bo jazda z Panem zapowiadała się bardzo przyjemnie i była by opcja dotarcia do Tabrizu. Panowie bardzo przepraszają i prowadzą nas do głównej drogi która prowadzić ma na Tabriz. Jesteśmy w zasadzie w środku przygranicznego miasteczka więc tłumek wszelkiej maści „pomocników” jest dosyć gęsty. Następuje kolejny atak taksówkarzy: Heloł Mister, Łer ar ju from, łer du ju goł, Tabriz, heloł… jedni krzyczą, drudzy chwytają mnie za ramię, inni zaś szepczą do ucha… normalnie jakbyśmy byli świeżym towarem rzuconym do mięsnego ;) Nasi tirowcy starają się nam pomóc spławić tłum. W końcu odchodzimy kawałek dalej. Jest już ciemno a dodatkowo, łapanie stopa utrudnia przeważająca nad innymi autami wszelka maść taryfiarzy. Skubańcy trąbią, mrugają światłami, zajeżdżają drogę naszym potencjalnym kierowcom, zawracają z drugiej strony jezdni lub cofają kilkaset metrów. Dwóch turystów z plecakami to dla nich jak duży świecący i mrugający znaczek dolara. Ratuje nas tylko znajomość jednego słowa w farsi (język tutaj używany): MAJJANI… znaczy „za darmo”… to skutecznie spławia większość :)

W końcu zatrzymuje się taksi w której siedzi dwóch młodych chłopaków plus kierowca. Jeden z nich dobrze mówi po angielsku i twierdzi ze nic nie złapiemy bo wszystkie ciężarówki na noc zatrzymują sie w Maku czyli 30 km stąd i najlepiej bedzie jak tam pojedziemy i rano weźmiemy autobus do Tabriz. On też tam jedzie i może nas tam podrzucić za free. Stwierdzamy że autobusu nie weźmiemy, ale możemy sie te 30 km przetransportować i zobaczymy co dalej.

Wysiadamy w centrum i dreptamy wzdłuż głównej ulicy przy dużym zaciekawieniu miejscowych. Jakiś Pan podrzuca nas w okolice dworca gdzie zaczyna się główna droga na Tabriz. Jakiś Pan sugeruje żebyśmy spali na dworcu, ale panowie z ochrony twierdzą że to niemożliwe :) oczywiście co 2 minuty podbija do nas jakaś taksówka a kierowca próbuje swoich sił w namówieniu nas na jazdę… my jednak swoje MAJJANI i szybko czmychają. Mija nas jakiś sympaytyczny Pan i po chwili wraca mówiąc, nie możemy już dzisiaj jechać tylko prześpimy się u niego, zjemy śniadanie, a rano ruszymy dalej. Takie akcje lubimy. Pan czeka na żonę, która wraca autobusem z Tabrizu i choć ciekawi nas jej rakacja to zasiadamy z tyłu auta i grzecznie czekamy. Żona nie miała nic przeciwko :)

Sirus – bo tak miał na imię Pan mieszkał niedaleko dworca. Jego żona Samira studiowała nauczanie początkowe w Tabrizie. Mieszkanie mieli wypasione i spore. Wieczór spędzamy na rozmowach, opowiadaniu o naszych przygodach i Lahestanie, oglądaniu zdjęć, nauce farsi itp…. Idziemy spać koło 24:00, bo rano nasz gospodarz bierze wolne i zabiera nas na wycieczkę !
image

image

5 stycznia, poniedziałek

Dochodzi 10:00, i słychać już krzątanie się pozostałych domowników. Na śniadanie irański klasyk: płaski chleb, miód, bita śmietana, ser, pomidory i daktyle. Do tego duuuużo herbaty :) jemy bez talerzy ale wszystko smakuje wybornie. Potwierdzają się plany z dnia poprzedniego. Czeka nas wycieczka do Kościoła St. Stefanos i okolice Jelfy. To granica z Azerbejdżanem i bardzo klimatyczny górski krajobraz. Jeszcze tylko tankowanie i ruszamy…

image

Sirus przystaje to tu to tam, abyśmy mogli porobić trochę fotek. Bawi się też w fotoszop na żywo i każe nam się ustawiać w śmiesznych pozach. Czas leci szybko i przyjemnie. „Tu jeziorko”, „A tam już widać Azerbejdżan”. Kościół obchodzimy z zewnątrz, bo wejscie zamknięte.

Po drodze toczymy rozmowy: Bardzo ciekawią ich zarobki w Polsce i ceny sprzętów elektronicznych, jakie mamy ze sobą. Przekraczamy strefę wolnego handlu i zmierzamy w stronę Marand, gdzie nasze drogi będą musiały się rozdielić. Pogodę tego dnia mieliśmy bardzo dobrą i przedpołudnie można zdecydowanie uznać za uznane.

IMG_8719 (Medium) IMG_8722 (Medium) IMG_8734 (Medium) IMG_8747 (Medium) IMG_8749 (Medium) IMG_8752 (Medium) IMG_8765 (Medium)

W Marand, Sirus wywozi nas na autostradę w stronę Tabrizu, wysadzając przy stacji benzynowej. Kolejnego kierowcę łapiemy już po 2 minutach, nie wyciągając nawet ręki. W międzyczasie odmawiając jednemu Panu z tira, wsiadamy do wygodnego auta typu SUV, którym dwóch właścicieli hotelu w Bazargan, śmigało do Tehranu. Panowie mocno wyluzowani… nas częstują herbatką a siebie jakimś towarem rodem z Pakistanu. Pan zrobił miksa z tytoniu i czegoś czarnego a następnie wypalił to razem z kolegą. Hmm to chyba taka specyfika, jak w gruzji z alkoholem. Zwłaszcza, że ten drugi jest tutaj zakazany.

Niemniej jednak w szybkim tempie docieramy na obrzeża Tabrizu. Stamtąd do centrum jeszcze kawałek. Najpierw standardowy kilkunastoosbowy zestaw taksówkarzy, próbuje nas złowić. W końcu taki „turistas” to nie lada gratka. Jakby go jeszcze namowic na zapłatę w dolarach lub euro to juz wogóle po takim kursie mozna wracać na bazę ;)

Udaje się zamachać na dwóch młodych chłopaków. Komunikacja utrudniona, ale wydaje nam się, że rozumieją nasze „center” i „sehir markezi”. Wysadzają nas przy głównej ulicy robiąc sobie z nami pamiątkowe selfie :) Okazuje się jednak, że ulica ta jest jakieś 5 km od centrum, więc mamy trochę do przejścia z buta :/ wczesniej stwierdzamy, że można by napisać do jakiś ludzi z couchsurfingu czy mogli by nas przenocować. Widzimy knajpkę z napisem WiFi, wiec zamawiamy przy okazji coś do jedzenia (wyrób pizzopodobny) i pytamy o hasło do internetu. Niestety zonk bo napis był jakoś taki przypadkowy a dostępu do sieci nigdy tu nie było… :) „welcome in iran”

Po dojsciu do centrum stwierdzamy że nie będziemy kombinowali zbyt dużo i szukamy guest housu. Znajdujemy jeden niedaleko Quonga station za 300 000 reali czyli jakies 40 zł. Czas do spania.

6 stycznia, wtorek

 

Około południa, spod hostelu odbiera nas nasz nowy host Mahomed. Jedziemy razem do niego na mieszkanie. Okazuje się, że będziemy spać niejako w „biurze” Mahometa i jego rodzinki. „Biuro” to znajduje się na drugim piętrze w bloku gdzie mieszka Mahomet i jego dwóch braci z rodzinami. Każdy na innym piętrze :-)

Zostajemy przywitani przez całą rodzinę, gdyż akurat są w tym „biurze” i obmyślają plan działania. W tym momencie zajmują się fotografią. W zasadzie to są na początku rozkręcania tego biznesu. Chcą założyć studio fotograficzne. Mahomet sprowadził do Tabrizu swojego kolegę fotografa, który uczy poszczególnych członków rodziny jak robić dobre zdjęcia. Od słowa do słowa i po chwili pada propozycja, żebyśmy pozowali im do zdjęć jako para młoda…

Nie zastanawiamy się zbyt długo i zgadzamy się :-) Samira (żona Mahometa) pokazuje mi ich ślubną fotoksiążeczkę. Łukasz nie może jej obejrzeć, gdyż Samira nie ma na zdjęciach chusty na głowie…takie zasady. My jako modele do zdjęć jesteśmy dla nich idealni – nasze zdjęcia będą mogli oglądać również mężczyźni, gdyż ja aż tak rygorystycznych zasad nie mam ;-) Już w trakcie oglądania tej fotoksiążeczki wiem, że będzie się działo. W Iranie panuje moda na tzw. princzipessy: rzęsy aż do nieba, korona na głowie, sukienka 10-cio kilogramowa i tylko „naturalne” ujęcia… Czyli wszystko to, czego „odmówiłam” sobie na swoim prawdziwym ślubie :-)

Ustalamy, że całą akcję przeprowadzimy dnia następnego. Kobitki mają zorganizować dla mnie jaką sukienkę od znajomej. A my tymczasem dostajemy czas wolny i wybywamy na miasto. Mohamed podrzuca nas do Parku Elgoli. Jest to park, którego punktem charakterystycznym jest wielki „basen” z jakimś ładnym budyneczkiem na środku, uroczo odbijającym się w wodzie. Przechadzamy się dookoła i zaraz potem łapiemy autobus do centrum. W autobusie panuje porządek: panowie z przodu, panie z tyłu. Autobus przegrodzony barierką na pół. Wszystko po to, aby w razie tłoku, płcie przeciwne nie zbliżały się do siebie za bardzo.

Włóczymy się po mieście, a jednym z głównych punktów włóczęgi jest oczywiście bazar. Łukasz oczywiście wdaje się w dłuższą pogawędkę z panem, ze sklepiku ze starociami. Udaje mu się nawet utargować całkiem ładne znaczki pocztowe :-) Na obiadek wbijamy do jakiejś lokanty. Wybóra pada na zestaw: zupa a’la pomidorowa z ziarnami pszenicy + szaszłyki z mielonej baraniny z ryżem i szafranem oraz sałatka. Zestew jemy na pół a dojadamy sobie chlebkiem zakupionym w jednej z piekarenek.

IMG_8780 (Medium) IMG_8835 (Medium) IMG_8834 (Medium) IMG_8832 (Medium) IMG_8827 (Medium) IMG_8825 (Medium) IMG_8822 (Medium) IMG_8817 (2) (Medium) IMG_8813 (Medium) IMG_8811 (Medium) IMG_8805 (Medium) IMG_8798 (Medium)

W Iranie mają taki charakterystyczny długi, cienki chleb wypiekany w specjalnych piecach, na małych kamyczkach. Kamyczki owe można znaleść nawet w chlebie, jeśli piekarz jakieś przeoczy – trzeba uważać bo są naprawdę gorące, a nie rzadko zdarza się, że kupuje się chleb prosto z pieca. Na koniec zwiedzamy jeszcze Blue Mosque. Jest to meczet, który został wybudowany w 15 wieku i który cały był wyłożony przepiękną niebieską mozaiką. Niestety trzęsienie ziemi w 18 wieku spowodowało jego zawalenie. W dobrym stanie została tylko jego przednia ściana. Odbudowano go dopiero w 20 wieku, aczkolwiek nie w tym samym stylu. Kształt pozostał, ale mozaiki nie odtworzono. Jak narazie meczet ten jest z zewnątrz poprostu ceglasty.

IMG_8849 (Medium)

 

20150106_131530 (Medium)

Na zakończenie dnia Mohamed i Samira zabierają nas na spacer po centrum handlowym :-P jest jednak coś w tym pożytecznego – gawędzimy sobie podczas tego spaceru i dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy na temat zaślubin „in iranian style”.

Otóż nie ma u nich ceremonii w meczecie, tak jak u nas w kościele. Przysięgę nowożeńcy składają sobie w urzędzie. Po części oficjalnej młodzi i ich goście idą na przyjęcie. Z tym, że panie osobno, panowie osobno :-) para młoda natomiast spędza chwilę z jedną i drugą „drużyną” po czym młodzi rozstają się i imprezują z osobnikami swojej płci. Czasem zdarza się też, że przyjęcie to organizowane jest dopiero kilka miesięcy po zawarciu małżeństwa. Para młoda nie mieszka ze sobą odrazu po ślubie. Najpierw muszą przyszykować sobie miejsce gdzie będą mieszkać. Są też pewne zasady co do tego, kto co powinien zakupić np. pani młoda dywany, a pan młody telewizor :-) słyszeliśmy też, że pan młody musi zapłacić rodzinie panny młodej pieniądze – kwota zależy od tego ile rodzina jego przyszłej żony sobie zażyczy :-)

7 stycznia, środa

Po śniadanku, w przyspieszonym tempie łapiemy autobus do centrum i zwiedzamy „Azerbaijan Museum”. Wchodzimy tam za darmo dzięki temu, że Mahomet podał nam tajne hasło ;-) Trzeba tylko wiedzieć, że w podziemiach znajduje się sklep z przewodnikami i droga wolna. Na samo zwiedzanie nie mamy jednak zbyt dużo czasu. Tabriz jest dość zakorkowany i w autobusie, w drodze do i z centrum, spędzamy po ok. 45 min. Autobusy są dla nas jednakże nie mniej (żeby nie napisać, że bardziej) ciekawe niż muzea. W szczególności oczywiście interesują nas ich pasażerowie.

Po powrocie na mieszkanko czeka na nas lunch, po którym bierzemy szybki prysznic i zaczynamy przedstawienie. Łukasz jedzie się ogolić, a mnie brat Mahometa wraz z bratową zabierają do salonu „piękności” ;-) oczywiście do salonu wchodzę tylko ja i bratowa. Drzwi wejściowe od klatki schodowej oddziela gruba, długa do samej podłogi czerwona kotara…to dodatkowe zabezpieczenie przed wścibskim, męskim okiem. Za kotarą bowiem panuje inny świat. Kilka schodów w górę i wchodzimy do ogromego pomieszczenia pełnego kobiet. Stanowisk multum: po kilka do różnych zabiegów. Ruch jak w ulu. Typem urody różnię się baaardzo od każdej z tych kobiet. Naturalna blondynka z niebieskimi oczami to nie lada atrakcja. Wpatrują się we mnie jak w jakiś obrazek i mówią „beautiful”. Ja im na to, że nie „beautiful” tylko poprostu „different” ;-) ale żadna mnie nie rozumie, bo niestety poza językiem migowym, żaden inny nas nie łączy. Tego się trochę obawiam, ale żyje się raz i tego popłudnia jestem gotowa zgodzić się na wiele, byle zmiany były odwracalne ;-) bratowa przedstawia mnie na forum, mówi że przybywam z Lachestanu (Polski) i że mamy dzisiaj misję do wykonania. Musimy czekać chwilę w kolejce – każde stanowisko obstawione. Wydaje mi się, że to niezły biznes w Iranie taki salon „piękności”, a i miejsce pracy nienajgorsze – przynajmniej można chodzić bez chusty! Tak – wszystkie te panie i dziewczyny są bez chust na głowach! Więc i ja nieśmiało zdejmuję swoją :-) oprócz tego, że można chodzić bez chusty i poczuć wiatr we włosach (zewsząd wieje ciepły wiatr od jakiejś suszarki) to i atmosfera bardzo luźna. Kobitki żartują, głośno coś sobie opowiadają, a przy okazji się „upiększają”. One wszystkie takie naturalnie piękne, nie wiedzieć czemu chcą tak bardzo swoją urodę poprawiać. Choć w sumie piękno to pojęcie względne. A w Iranie panują chyba inne gusta niż moje :-) odnoszę jednak wrażenie, że ma tu miejsce popadanie ze skrajności w skrajność – raz baaardzo skromnie, w chuście, bez makijażu, po to by innym razem nałożyć sobie na twarz tonę makijażu i zrobić sztywną od lakieru fryzurę. A jak już przyjdzie do wesela to dopiero można się „wyżyć” ;-) ja jako panna młoda zostałam poddana następującym zabiegom:

1. Depilacja twarzy (podobno konieczna do zdjęć) – pani kosmetyczka wyrywała mi nitką (nie wiem jak fachowo nazywa się ta metoda) nadmiar brwi i wszystkie włoski z mojej twarzy. Próbowałam im tłumaczyć, że może lepiej mi te włoski tylko ogolić (tak umawiałam się z żoną Mahometa) bo później będę bardzo czerwona, ale gdzie tam… hahaha i wyrywamy dalej. Paradoksalnie jedna pani, która nam asystowała miała koszulkę z napisem: „better with mustache” (lepiej z wąsami) i uroczym obrazkiem jakiegoś czlowieczka z wąsem :-) zabieg jak dla mnie bolesny, śmiałam się, ale przez łzy.

2. Fryzura – najpierw tapir na maksa i upięcie wysoko na głowie koka. Kok miał służyć, jak się po chwili okazało, za podpórkę dla…korony ;-) cała gromadka pań, po krótkiej naradzie wybrała dla mnie tą w kolorze złota z diamentami. Ja nie zabierałam głosu – w końcu to one wiedzą, co się irańskim kobietą podoba. Moim zadaniem było dać z sobą zrobić wszystko, co według nich uczyni ze mnie piękną pannę młodą i nie okazać przy tym ani trochę niezadowolenia z efektu. Po wyborze korony pani fryzjerka doczepiła mi jeszcze jakieś długie sztuczne włosy w moim kolorze (Iranką bardzo się podoba jasny kolor włosów. Podczas tej wizyty, kilka kobiet zapytało mnie czy to naturalny, a po usłyszeniu odpowiedzi wzychęło z zachwytu) i tymi włosami opletła tego koka. Fryzura jak na księżniczkę przystało – piękna.

3. Makijaż – wygodny fotel, pozycja leżąca. Pani makijażystka i kilka innych pań wkoło mnie. Podziwiają moją urodę jeszcze bez makijażu. Uroda ma jest jednak nie wystarczająco olśniewająca jak na irańską pannę młodą – trzeba ją „trochę” podkreślić. Zaczynamy od grubej warstwy podkładu, poprzez doklejenie sztucznych rzęs, pomalowanie powiek i brwi tak by oko wyglądało „cztero- albo nawet pięciowymiarowo” ;-) no i jeszcze usta, koniecznie trzeba wyjechać konturówką kilka milimetrów poza kontur, by później wypełnić to szminką. Kolor oczywiście krwistoczerwony. W trakcie tego zabiegu udało mi się kilka razy otworzyć oczy, po to by zobaczyć nademną kilka głów powtarzających jedna za drugą „beautiful, beautiful…” :-)

Po zakończeniu wszystkich zabiegów zostałam postawiona przed lustrem i wszystkie te kobitki zamilkły czekając na moją reakcję. Ci którzy mnie troszeczkę znają, pewnie domyślą się ile kosztowało mnie wyrażenie w tym momencie zachwytu nad swoją osobą ;-) łał…

Przed wyjściem panie z salonu zrobiły mi jeszcze mini sesję zdjęciową, założyły chustę na głowę i pomachały na dowidzenia. Samochód już na nas czekał. W trakcie jazdy brat Mahometa śmiał się i mówił, że nie może się doczekać reakcji mojego męża. Twierdził, że jest prawdopodobieństwo, że mnie nie pozna ;-)

Reakcja Łukasza była, czego się oczywiście spodziewałam, bardziej w stylu „co oni Ci zrobili” niż „jakaś ty piękna” ale trzeba mu przyznać, że starał się wyrazić zachwyt ;-)

Sesję zdjęciową zaczeliśmy od zrobienia kilku ujęć pana młodego, później przyszła kolej na mnie. Starałam się jak mogłam najlepiej odegrać swoją rolę – w końcu z własnej woli zgodziłam się na tą sesję, trochę we mnie kasy zainwestowali (zabiegi w salonie piękności napewno nie były tanie) i chciałam, żeby byli zadowoleni z albumu który miał powstać. Sesja jednak trwała bardzo długo, ujęcia i pozy były, powiedzmy sobie szczerze, dość śmieszne, a czasem poprostu głupie. Podczas ujęć z Lukaszem było mi o wiele łatwiej :-) zdjęcia pstrykali nam na zmianę kolega i bratowa Mohameta, dwie dziewczyny i mahomet zajmowali się naświetleniem, do tego w pokoju było kilka osób z rodziny naszego hosta ciekawych całej akcji i pięknej młodej pary. Wszystko to działo się w pokoiku o powierzchni ok 20m2. Pod koniec mieliśmy już naprawdę serdecznie dość. Staraliśmy się nie okazać zdenerwowania, jednak samego zmęczenia nie byliśmy w stanie ukryć… po około 4 godzinach dali nam ostatecznie spokój :-D

IMG_8925 (Medium) IMG_8930 (Medium) IMG_8953 (Medium)

IMG_8944 (Medium)

IMG_8940 (Medium)

8 stycznia, czwartek

Jako, że wczorajsza sesja zdjęciowa pochłonęła sporo naszej energii, rano nie obudziliśmy się za wczasu :-P postanowiliśmy przez to zostać jeszcze jeden dzień w Tabrizie i poprostu poszwędać się po mieście. Dużo czasu spędziliśmy tego dnia na bazarze :-) Mieliśmy okazję spróbować przybazarowego specjału, na który było naprawdę niezłe wzięcie: kawałek płaskiego, irańskiego chlebka zwiniętego w rulon,a w środku rozgniecione ziemniaki razem z jajkiem na twardo i masełkiem plus sól do smaku – takie proste, a tak cieszy :-) zawitaliśmy też do informacji turystycznej (nieopodal bazaru) i mieliśmy okazję poznać, słynnego jak się okazało Nassera, który mówi po polsku. Bardzo energetyczny, starszy człowiek – skarbnica wiedzy. Dzięki niemu wymieniliśmy też kasę po korzystnym kursie, zakupiliśmy kartę sim z irańskim numerem telefonu i zjedliśmy dobrą zupkę w poleconej przez niego knajpce. W między czasie zadawał nam pytania w stylu: „nieźle wymiatam po polsku, co?”, opowiadał o swojej dziewczynie z naszego kraju, którą kiedyś miał (stąd znajomość naszego języka) i chwalił się komentarzami swojej osoby w książce pamiątkowej :-P

20150108_172333 (Medium)

IMG_8881 (Medium) IMG_8895 (Medium) IMG_8910 (2) (Medium) IMG_8983 (Medium) IMG_8988 (Medium) IMG_8990 (Medium) IMG_8997 (Medium) IMG_8998 (Medium) IMG_9001 (Medium) IMG_9003 (Medium) IMG_9009 (Medium)

Z centrum na mieszkanie zgarnął nas Mohamed, który wieczorem był akurat na mieście.Dzień szwędacza zakończyliśmy na słodko, pałaszując razem z nim i jego żoną pyszną baklawę specjalnie dla nas zakupioną :-)

9 stycznia, piątek

Dzisiaj w planie dotarcie do stolicy. Czeka tam już na nas kolejna kanapa – couchsurfing naprawdę daje rade :-) ustawiamy się na godzinę 20… Jak będzie? Zobaczymy…

Po pysznym śniadanku u Mahomeda (za każdym razem jedliśmy u nich w domu na podłodze tzn. siedząc po turecku na ich przepięknych, mięciutkich dywanach przy rozłożonej eleganckiej macie, na której porozkładane były różne dodatki do ichniejszego, przepysznego chlebka: ser typu feta, orzechy, daktyle, figi w syropie, miód, miód wymieszany ze słodką śmietanką, masełko…) zostajemy podwiezieni na wylotówkę w stronę Teheranu.

Pogoda w miarę ładna – przed łapaniem stopa postanawiamy się chwilę przemaszerować wzdłuż drogi, aby przed wpadnięciem w wir nowych autostopowych znajomości, mieć chwilę dla siebie. Oczywiście nie jest to w Iranie proste. W międzyczasie zatrzymuje się dla nas kilku kierowców – jeden nawet usilnie, na własne życzenie, cofał dla nas ok. 100 m, ale i tak jechał tylko kilka kilometrów dalej, więc mu odmówiliśmy. Chcemy dojść do parkingu, który widzimy z oddali i tam zacząć łapać. Tak też się dzieje. Z tym, że pogoda nagle ulega zmianie (przyszły nie wiadomo skąd chmury, a z nich zaczął prószyć śnieg), więc szybko przestajemy gardzić kierowcami… po ok. 10 min. łapania zabieramy się z dwoma panami, którzy w zasadzie w trakcie jazdy z nami nie rozmawiają.

Jadą ok. 100 km w naszą stronę i dzięki nim udaje nam się uciec przed śnieżycą. Wysadzają nas za poborem opłat, skąd opiekę nad nami przejmuje pan kierowca żółtego tira (sera żółtego jednak w nim niestety nie wiezie). Przemieszczamy się z nim kolejne 150 km – pan kończy jazdę w Zanjan, czyli dokładnie w połowie naszej drogi. Wysadza nas pod przydrożnym rządkiem knajpek, gdzie zaczepia nas 3 panów, z których jeden krzyczy Polska? Polska? :-) panowie tirowcy z Turcji, zakładali się między sobą o naszą narodowość. Jadą do Tehranu i chętnie nas ze sobą zabierają. Każdy z nich żądny jest towarzystwa podczas jazdy i chcą nas na początku rozdielić, ale się nie dajemy i ostatecznie lądujemy razem u jednego z nich w tirze. Na wstępie zostajemy poczęstowani irańskimi babeczkami :-P po drodze robimy jeszcze dwa przystanki: jeden na kawę (moją „ulubioną” mega słodką 3w1) i na obiado-kolację w przydrożnej restauracji. Panowie wydają się być ze sobą bardzo zintegrowani, ciągle sobie z czegoś żartują i plotkują. A ja Helenka razem z 4 facetami, opatulona w chustę, beztrosko siedzę i zajadam swoje wegetariańskie menu :-) PS. nie przeszłam na wegetarianizm…jeszcze ;-)

20150109_192503 (Medium)

Ostatecznie do Teheranu przyjeżdżamy ok. 21. Jesteśmy w ciągłym kontakcie z naszym nowym hostem, więc luz – mamy gdzie spać. Pan tirowiec jednak rzuca propozycję, że gdybyśmy mieli jakieś problemy z noclegiem, to możemy spać u niego na górnej pryczy :-) ludzie w podróży szybko się zaprzyjaźniają :-) problemów jednak nie mamy – taksóweczką (co by nie przybyć ze zbyt dużym opóźnieniem) podjeżdżamy pod blok Behranga, który wychodzi po nas i zabiera do siebie na mieszkanko. Okazuję się, że Behrang i jego siostra bliźnieczka obchodzą tego dnia urodziny. Są urodziny – jest impreza. Zostajemy przywitani przez grupkę ich znajomych. Znajduje się nawet coś do wzniesienia toastu ;-) i tak spędzamy resztę wieczoru, poznając kolejnych ludzi i ich historie. Z kimkolwiek byśmy w Iranie nie rozmawiali, prawie zawsze pada zdanie: „Wasz paszport pozwala wam podróżować, dla nas nie jest to takie proste…” Zostało ono wypowiedziane także i tego wieczoru… Co nie znaczy, że było nas ono w stanie poróżnić :-)

20150109_233349 (Medium)

 

10 stycznia, sobota

Na śniadanie dostajemy herbatkę i po dwa kawałki tortu z wczorajszej imprezy :-) wszystko dobrze, tort pyszny, ale jak tak dalej pójdzie to wrócimy jak dwa pączki w maśle z tej podróży :-) już naprawdę mało co kupujemy do jedzenia za własne pieniądze, bo co rusz to ktoś nas czymś częstuje: a to batonik na drogę, a to obiad, a to słodki napój, a to owoce… Narzekać nie będziemy, no ale co za dużo to nie zdrowo. Z drugiej strony głupio jest nam odmawiać i mówić kategorycznie, że nie chcemy.
Wracając do Tehranu :-) zaliczyliśmy oczywiście bazar – nie urzekł nas jakoś bardzo jeśli chodzi o sklepiki (taka nasza tandeta), dopiero gdy spojrzy się w górę można dostrzec różnicę. Wszystkie bazary, które do tej pory odwiedziliśmy, umieszczone są w przepięknych korytarzach, które nadają klimat i dodają romantyzmu tym miejscom.
W trakcie przechadzki, oczywiście zgłodnieliśmy, a nasze nosy zawiodły nas do lokanty z falaflami w bułce – ludzi było tam tyle, że się pomieścić nie mogliśmy, znaczy że smakowało :-)

IMG_9011 (Medium) IMG_9017 (Medium) IMG_9047 (Medium) IMG_9060 (Medium)

 

20150110_125028 (Medium)

Oprócz bazaru udało nam się rownież wdrapać na tzw. Dach Tehranu (wzniesienie u podnóża gór Elbrus, które majestatycznie królują nad miastem), skąd rozpościerał się przepiękny widok. Mieliśmy okazję widzieć z tamtąd Tehran za dnia w różowo-szarym tonie zachodzącego akurat słońca i nocą (ciemno zrobiło się bardzo szybko). Obydwie wersje polecamy.

Po mieście przemieszczaliśmy się głównie metrem – zasada ta sama co w autobusach – panie zajmują przednie wagony, panowie resztę. Tam gdzie mogą wejść panowie, panie też są mile widziane (na własne życzenie). Do wagonów dla pań raczej rzadko jakiś pan się zapuszcza, choć widzieliśmy taki przypadek (w części dla mężczyzn był straszny ścisk, a u kobiet luzy – z tego powodu jak przypuszczam, jakiś starszy, bardzo elegancki pan postanowił jechać w wagonie dla kobiet). I przeżył ;-)

W Iranie bardzo dużo (jeśli nie większość) kobiet widujemy w czadorach – czarnych, długich do samej ziemi, zakrywających także głowę wdziankach. Czador spełnia zasadę skromnego ubierania się, czyli tzw. Hidżabu, o którym mowa jest w Koranie.
Muzułmanka albowiem powinna być bardzo skromna – swe piękno może ukazywać tylko swojemu mężowi i ewentualnie najbliższym jej osobom. Teraz w Teheranie jest zimno, więc luz, ale jak one są w stanie nosić czador w 40 stopniowym upale, jaki tu panuje latem – nie mam pojęcia.

Dzień zakończyliśmy w rodzinnym gronie naszych bliźniaków i ich znajomych, świętując po raz drugi ich urodziny. Nie obyło się też, bez drugiego torta, którego oczywiście nie mogliśmy odmówić ;-)

20150110_224546 (Medium)