13 lipca, poniedziałek

/z Zamen-Ud do Ułan-Ude/

Razem z brazylijskimi towarzyszami podróży dojeżdżamy pociągiem do Zamen-Ud (Rosja), gdzie mamy zamiar złapać coś do Ułan-Ude. Stamtąd bowiem odjeżdża jutro nasza transsyberyjska kolej, aż do samego Władywostoku.

Na przydworcowym placu szajka bezdomnych psów toczy ze sobą walkę. Taki zbieg okoliczności, bo właśnie skończyliśmy wspominać jak to w Turcji ugryzł mnie pies. Wywołaliśmy wilka z lasu ;-)

Na dworcu robimy rozeznanie jakie mamy opcje. Oprócz nas i Brazylijczyków, do Ułan-Ude chcą się także dostać dwaj Czesi i chłopak z Litwy (jego plecak ważył ponad 40 kg, gdyż miał w nim m.in. ponton oraz przypięte wiosła). Do wyboru mamy możliwość jechania busem, z przesiadką w …, lub czekanie 3 godziny na pociąg. Cenowo wychodzi podobnie. Nam zależy, żeby być w Ułan-Ude jak najwcześniej. Chcemy jeszcze zrobić zakupy na podróż (do Władywostoku będziemy jechać 3 dni), oporządzić się trochę i ewentualnie odpocząć. Zapada decyzja, że wszyscy jedziemy pociągiem. Na miejscu teoretycznie będziemy tylko godzinę później, niż gdybyśmy jechali busem, ale za to podróż będzie bezpośrednia i tym samym mniej męcząca (Rosja przywitała nas piekielnie upalną pogodą).

W czasie czekania na pociąg robimy polowanie na pirożki, czyli bułeczki nadziewane mięsem/kapustą/ziemniakami. Na dworcu bowiem spotkaliśmy panią Mongołkę z córką, którym udało się zakupić kilka sztuk i od razu spowodowały pragnienie w każdym z nas, by zjeść pirożka. Niestety jak się okazało wykupiły wszystko, co było w przydworcowym sklepiku. Pozostaliśmy z żołądkami pełnymi soków trawiennych i trzeba było szukać dalej.

Dotarliśmy z Łukaszem do pobliskiej knajpki. Ponieważ mieli akurat nalot australijskich turystów, byliśmy dla pań zza baru niewidoczni (nie wiedzieć czemu) :-) W końcu jednak udało się zamówić czerwony barszcz, a do tego pajdy chleba i sałatkę ziemniaczaną z majonezem! Chleb był naprawdę dooobry… Poczuliśmy, że Polska jest tuż, tuż. Wystarczyłoby wsiąść w pociąg w przeciwną stronę :-)
image

image

W drodze powrotnej na dworzec szukaliśmy sposobu na wymienienie pieniędzy. Teoretycznie miało z tym nie być problemu, ale okazało się być inaczej… Nie było ani kantora, ani panów, którzy prowadzili wymianę. Z pomocą przyszli nam szwedzcy turyści jadący do Ułan Bator oraz personel pociągu (panie z pociągu prosiliśmy o wymianę jeszcze po przyjeździe do Ułan-Ude, ale w końcu się zgodziły i pozbyliśmy się mongolskich tugruków uff).

Na stacji w Ułan-Ude pożegnaliśmy się z naszymi znajomymi, wymieniliśmy się kontaktami i poszliśmy każdy w swoją stronę. Ponieważ była już godzina 21, a nasz pociąg do Władywostoku rano odjeżdżał o 6:50, nie mieliśmy zbyt dużo czasu. Chcieliśmy spać gdzieś w pobliżu dworca. Niestety jedyny sensowny hotel nie miał nam niczego do zaoferowania. Miła pani z recepcji pomogła nam jednak ze znalezieniem guest-housu, oddalonego tylko o 10 minut piechotą. Przyjechał po nas nawet pan właściciel, żebyśmy nie błądzili.

Chcieliśmy jeszcze tego wieczoru zrobić zakupy. Zapytaliśmy pana o jakiś pobliski market, a on bezproblemowo stwierdził, że możemy zostawić plecaki w pokoju, a później on nas zawiezie do sklepu i na nas poczeka. Pan nie mówił po angielsku, więc dogadywaliśmy się z nim naszym polskim zaciąganym na rosyjski ;-) Nie było z tym jednak większych problemów. Po Prostu obie strony chciały się porozumieć, co nie rzadko jest kluczem do sukcesu.

Oprócz zakupów musieliśmy jeszcze wydrukować bilety na pociąg. Jak zwykle wszystko na ostatnią chwilę ;-P Ostatecznie stanęło na tym, że ja robiłam zakupy, a Łukasz został zabrany przez Pana do domu, w celu skorzystania z drukarki. Byliśmy naprawdę zdumieni życzliwością i bezinteresownością tego człowieka.

Spać położyliśmy się dobrze po 1 w nocy, czyli mieliśmy przed sobą tylko 4 godziny snu. Bywa i tak :-) Na szczęście podczas naszej podróży zazwyczaj całkiem nieźle się wysypiamy :-)))

14 – 17 lipca

/Kolej transsyberyjska/

Wstajemy o świcie, żegnamy się z ekipą hostelową i dreptamy chodnikami, śpiącego jeszcze Ułan-Ude, na dworzec kolejowy.

Pociąg stał już na peronie. Bilety zostały nam sprawdzone już przy wejściu przez dziewczynę w służbowym, granatowym mundurku, która wraz ze swoim chłopakiem sprawowała pieczę nad naszym przedziałem. Połączenie przyjemności z pożytecznym ;-)

Odnajdujemy nasze miejsca, czyli dwie górne prycze, w dwóch różnych pod-przedziałach, ale obok siebie. Niestety, gdy kupowaliśmy bilet, nie było już zbyt dużego wyboru miejsc… Teoretycznie zarezerwowaliśmy jedno łóżko na dole, ale zanim nasza agencja turystyczna podjęła działania, miejsce to było już niedostępne.

Godzina dosyć wczesna, więc większość pasażerów smacznie sobie spała. Nie pozostało nam nic innego jak rozłożyć prześcieradła, owinąć przydzielone nam kołdry i poduszki w pościel, wdrapać się na górę i uciąć sobie drzemkę…

Około południa przyszedł czas na śniadanie. Jako że mieliśmy górne łóżka, musieliśmy liczyć na udostępnienie miejsca przy stoliku przez innych pasażerów. Wydawałoby się, że powinno to być oczywiste, że ludzie będą się dzielić stolikiem… (Dolne boczne łóżka miały możliwość przeistoczenia się w dwa siedzenia i stolik). Za pierwszym razem nam się udało, ale np. w dniu następnym, rozłożył się pode mną pan, który miał na ten temat inne zdanie. Najpierw siedział przy stoliczku, a na drugim siedzeniu poukładał swoje torby. Jakaś miła pani zwróciła mu uwagę, że powinien pozwolić mi usiąść przy stoliku, bo być może będę chciała zjeść śniadanie. A co pan zrobił? Odburknął, po czym złożył stolik i poszedł spać…

Strasznie nas rozbawiło jego zachowanie :-) Pod Łukaszem też spał jakiś chłopak, więc skorzystaliśmy ze stolika innych towarzyszy. Z tego względu naprawdę warto wcześniej rezerwować bilety, tak by choć jedna z osób mogła legalnie siedzieć na dole, co jest o wiele wygodniejsze. Choć z drugiej strony na górze też się można dobrze urządzić, bez presji psychicznej, że z kimś trzeba się dzielić…

Po kilku miesiącach podróżowania, po krajach zamieszkiwanych przez ludzi o innym typie urody niż nasza, tutaj w Rosji, wprost nie mogliśmy się napatrzyć na ludzi, którzy byli do nas tak strasznie podobni. Z urody i z zachowania, ze sposobu bycia oraz języka brzmiącego prawie jak nasz :-)

Całe trzy dni i prawie trzy noce minęły nam na niewyobrażalnym leniuchowaniu. Spodziewaliśmy się ostrej imprezy, wódki lejącej się strumieniami, potężnego kaca każdego kolejnego ranka, a co się okazało? Większość pasażerów cały ten czas spała/czytała/patrzyła w okno/coś jadła… Czytniki Kindle, tablety, wypasione smartfony spotykaliśmy w rękach nie tylko tych najmłodszych pasażerów.

To nic, że specjalnie kupiliśmy bilety na trzecią klasę, które o dziwo były nawet trochę droższe niż te na drugą (w dwóch różnych agencjach turystycznych). Tak jakoś dziwnie utarło się w naszych głowach, że podróż koleją transsyberyjską, to coś, co z pewnością dostarczy nam wrażeń niczym z imprezy u Guriego z Gruzji. Jakże inna okazała się  rzeczywistość…

Przedział był czysty, gdyż dwa razy dziennie sprzątali go na zmianę nasi zakochani w sobie opiekunowie. Zaraz na wstępie każdy dostawał czystą pościel. Łazienki były niczego sobie, na dodatek zamykane na 30 minut przed i po odjeździe z kolejnych stacji, by uchronić je przed zanieczyszczeniem.

W każdym przedziale do dyspozycji pasażerów był wielki garnek wrzącej wody z kureczkiem, by można było sobie zrobić coś do picia lub zalać chińską zupkę. Ponadto w kanciapie u opiekunów przedziału można było zaopatrzyć się w różnego rodzaju łakocie, a jeśli ktoś nie miał kubeczka, to mógł zakupić u nich kawę lub herbatę i dostawał ją w szklance z jakże uroczym, metalowym uchwytem (pozdrowienia dla Pani Ilonki Lasoty :-) ). Zimne napoje i inne cuda sprzedawała też pani z wagonu restauracyjnego jeżdżąca po przedziałach, trochę zbyt niskim jak dla niej, wózeczkiem. À propos restauracji pociągowej, wybraliśmy się raz na 1 piwko, żeby trochę „zaszaleć” ;-)

Co nam się na pewno będzie kojarzyć z tą podróżą to zapach chleba z konserwą, który co jakiś czas dolatywał do nas na „drugie piętro” :-) Widoki za oknem były prawie przez całą podróż takie same: duuuużo lasów i zieleni na tle błękitnego nieba, oświetlone na zmianę wschodzącym lub zachodzącym słońcem. Od czasu do czasu przejeżdżaliśmy przez jakąś wioskę. Każdy dom w takiej wiosce ogrodzony był drewnianym płotem (całkowite przeciwieństwo do mongolskich jurt), a w ogródkach rosły różne warzywa lub kwitły kwiaty. Często też przejeżdżaliśmy nieopodal cmentarzy z niebieskimi ogrodzeniami. Kolor przypominał mi Wesoły Cmentarz w Rumunii, choć w tym przypadku kolorowe było tylko ogrodzenie.

Co jakiś czas na naszej drodze wyrastało jakieś większe miasto (najdłuższy postój odbyliśmy w miejscowości Kabarowsk). Mogliśmy się wtedy zaopatrzyć w jedzonko. Nie rzadko na peronach urzędowały sympatyczne panie, sprzedające swoje specjały. I tak zazwyczaj były to wspomniane już wcześniej pirożki, ale trafiliśmy też na normalne pierogi z kapustą, młode ziemniaczki z masełkiem i koperkiem, Łukasz skusił się nawet na coś w stylu kotleta mielonego z serem żółtym. Oprócz tego można było kupić ciasta niczym torty, przekładane różnego rodzaju masami, a to wszystko w 30-stopniowym upale…

Na nieco krótszych postojach, większość osób wychodziła zapalić lub pooddychać świeżym powietrzem. Nawiązałam wtedy rozmowę z sympatyczną panią z naszego przedziału, która okazała się być dziennikarką. Wracała z córką z Ułan-Ude. Były tam na wakacjach, których głównym punktem było odwiedzenie świątyni, w której spoczywa jakiś słynny lama Itigelov. Pani twierdziła, że ekshumacja przeprowadzona 75 lat po jego śmierci tego człowieka wykazała szokująco wysoką temperaturę jego ciała ok. 34 stopni Celsjusza. Zgadzało się to z tym, co mówiła mi córka Mongołki, która wykupiła wszystkie pirożki w Zamen-Ud (dziewczyna mówiła po angielsku). Nie znalazłam informacji w internecie o temperaturze, ale podobno ciało tego lamy nie ulega rozkładowi i porównywalne jest ze stanem organizmu, który osiąga się 36 godzin po śmierci. Lama Itigelov umarł, medytując w pozycji lotosu i tak też został pochowany. Ekshumacji dokonano na jego życzenie, co zapisał w swoim testamencie…
image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

18 lipca, sobota

/Władywostok/
image

image

Do celu tej podróży dotarliśmy o 3 w nocy. Trochę mało optymistyczna godzina… W planach mieliśmy znalezienie jakiegoś guest-housu w pobliżu dworca. Niestety nie mieliśmy w pociągu internetu, więc niczego nie zarezerwowaliśmy. Pobłądziliśmy trochę po okolicy, ale niczego w przystępnej cenie nie było. Wróciliśmy na dworzec, by skorzystać z wi-fi i czegoś poszukać. Zeszło nam do godziny 5, czyli z jednej strony jak dla nas było późno, biorąc pod uwagę to, że nie spaliśmy tej nocy (po dojechaniu do Władywostoku musieliśmy zmienić godzinę z 2 na 3, a od godziny 1 kazano nam się już pakować i szykować do wyjścia), a z drugiej strony było za wcześnie, żeby się meldować w hotelu.

Nauczeni jednak doświadczeniem, że nieprzespane noce skutkują dwoma dniami „do tyłu”, postanowiliśmy iść do znalezionego w internecie hotelu i położyć spać, nawet gdybyśmy musieli zapłacić za dwie doby. Problem polegał na tym, że nie mogliśmy już zarezerwować tej „nocy”, gdyż teoretycznie był to już nowy dzień. I tak po dotarciu do hotelu okazało się, że nie mają wolnych pokoi i musimy czekać do 10 rano…

Nie pozostało nam nic innego jak zostawić tam plecaki i iść na poranny spacer po Władywostoku. Słońce dopiero wschodziło, na ulicach było pusto i ostatecznie okazało się, że przechadzka przyniosła wiele miłych naszym oczom wrażeń. Miasto położone jest częściowo na wzniesieniu, więc mogliśmy podziwiać z wysokości piękny widok na zatokę oraz port.

Na śniadanie zakupiliśmy świeży chleb i dwie różne sałatki z majonezem :-))) Sklep był dość specyficzny niczym nasze dawne Społem. Panie miały swoje rejony, które obsługiwały i nie było mowy o tym, żeby za wszystko zapłacić za jednym razem.

Piknik zrobiliśmy sobie w parku nieopodal małej cerkwi prawosławnej. Obserwowaliśmy jak jakaś kobitka wprost nie może odejść od tej cerkwi, ciągle wracała, aby jeszcze raz się przeżegnać… Na koniec rozsypała mnóstwo chleba na trawniku obok, dla urzędujących tam gołębi :-) Z jednej strony chwali się, ale z drugiej widzieliśmy później ogłoszenia zakazujące dokarmiania tych ptaków z wiadomych względów ;-)

Ostatecznie wróciliśmy do hotelu i zalegliśmy w upragnionym łóżku :-) Wieczorem wybraliśmy się jeszcze na rosyjskie bliny, które okazały się być zwykłymi naleśnikami (byliśmy w lokalu słynącym z najlepszych blin w mieście, ale i tak w naszym przeświadczeniu miały to być nie naleśniki, ale takie grubsze placuszki).

Zakupiliśmy też bilety na poranny pociąg na lotnisko i na tym skończyło się zwiedzanie Władywostoku :-)
image

image

image