Udało się! Pozdrawiamy z Australii!

Od ostatniej notki nasze plany nieco się zmieniły, drogi pozakręcały w zupełnie nieplanowane miejsca, a podróżnicze życie wystawiło na zupełnie nowe doświadczenia. Ale w skrócie i po kolei, bo na dłuższy wpis musicie jeszcze chwilkę poczekać :)

Każdy dzień to kolejna przygoda.

Czasem to jeden spotkany człowiek, który zagaduje do ciebie na ulicy, czasem dwa wieloryby widziane na morzu, a innym razem nocny pokaz delfiniej akrobatyki. Są jednak takie dni, gdy splot wydarzeń układa się w niesamowity scenariusz uśmiechów, dobrych energii i niesamowicie przyjaznych ludzi. To właśnie te momenty są warte zapamiętania.

2 stycznia 2016

Nasze dni w Malezji upływały błogo w nadmorskim mieszkaniu naszego znajomego Asima (przypadkowo poznany na stacji benzynowej milioner, zajmujący się handlem nieruchomościami). Plan podstawowy zakładał znalezienie jachtostopa (czyli jachtu na stopa) do Australii. Poza tym nieco porządków, basen, zakupy, gotowanie i inne przyjemności wynikające z posiadania przez chwilę „własnego lokum”.

12507143_1664292197152645_3968776571562533994_n 10295798_1665634260351772_3513304771143254864_n 12510277_1664292167152648_6555741324687829437_n

Początkowo zakładaliśmy przemieszczenie się do Singapuru, potem do Indonezji, aby gdzieś z okolic Bali próbować znaleźć kapitana, który zgodziłby się zabrać nas do kraju kangurów. Jako port docelowy zakładaliśmy Darwin lub Perth. Jak się łapie jachtostopa? O tym napiszemy nieco więcej w dłuższym wpisie, ale są do tego odpowiednie strony internetowe (w takich to cyfrowych czasach żyjemy ;)).

Niestety sezon na pływanie do Australii się skończył i większość jachtów płynęła w przeciwnym kierunku. Poza tym opcje pojawiają się i szybko znikają, jako, że chętnych „załogantów” jest więcej niż potencjalnych jachtów. Po kilku dniach śledzenia portali i wysyłania maili, udało nam się załapać na chyba jedyną opcję w tamtym kierunku. Mark planował rejs z Filipin do Australii i chciał wypływać jak najszybciej. Strzał w dziesiątkę, ale i nagła zmiana planów, bo nie odwiedzimy Indonezji z wulkanami i magicznymi plażami, ani tętniącego życiem Singapuru, którym wielu się zachwyca. No ale to jeszcze kiedyś można nadrobić, a na jachtostopa może już nie starczyć determinacji ;) No więc „akcja sponton”. Dogadujemy szczegóły z Markiem-kapitanem, kupujemy bilety lotnicze na Filipiny i przygotowujemy się nieco z teorii żeglowania (warto znać kilka podstawowych nazw po angielsku).

Tym sposobem 13 stycznia docieramy na wyspę Palawan do Puerta Princessa, skąd na katamaranie „LAVA” mamy wyruszyć w kilkutygodniowy rejs. Początkowo plan był ambitny (przyznamy, że to był jeden z argumentów, dla których wybraliśmy tą nieco skomplikowaną opcję ;)). Mieliśmy przepłynąć przez Filipiny, archipelag wysp Palau, Papuę Nową Gwineę, Wyspy Salomona i dotrzeć do Brisbane. Ostatecznie z uwagi na pogodę i priorytety kapitana nasza 5 tygodniowa trasa, przebiegła przez Filipiny, Indonezję, wzdłuż Papui aż do Wyspy Czwartkowej (Australia) – gdzie zeszliśmy na ląd. Jak widać w przypadku tej formy podróżowania warto być elastycznym – na każdym etapie :)

Co działo się po drodze to temat na osobny wpis, ale była to zdecydowanie kolejna wielka przygoda w naszej podróży i szkoła życia. Było wesoło, smacznie, inspirująco, ale i stresująco, wyczerpująco, a czasem niebezpiecznie. Od cudownie położonych magicznych wysp z rafami koralowymi, po 6 metrowe fale, chorobę morską i burze. Ciągnące się jak makaron 6 godzinne nocne wachty, wynagradzały nam wschody i zachody słońca, spotkania z delfinami, tuńczykami lub skaczący w oddali wieloryb. Polecamy wszystkim, którzy chcą „czegoś innego”, ale ostrzegamy, że to nie tylko cud, miód i orzeszki :)

12541095_1670398226542042_3964820277866772400_n(1) 12657166_1674549766126888_3661072824446457055_o 12573236_1670398313208700_7629199365136666897_n 12694513_1674549819460216_6023431059519088090_o 12573161_1667103223538209_8620120885886279321_n 12657283_1674549986126866_1621574244561312583_o IMG_6477 12710803_1674549909460207_3760783092369653577_o 12698558_1674550036126861_3908607875129723963_o IMG_6840 IMG_6850 IMG_6718 IMG_7003 IMG_6914 IMG_7262IMG_20160218_185523IMG_20160216_170042IMG_20160211_111737

 

 

IMG_7296 IMG_7228

I tak oto splotem różnych wydarzeń i przypadków 23 lutego 2016, stawiamy stopy na australijskiej ziemi, a w zasadzie to na Wyspie Czwartkowej, czyli jednej z najbardziej wysuniętych na północ wysp. Bliżej stąd do Papui Nowej Gwinei, niż do najbliższego dużego miasta. Myślicie, uff teraz już z górki, ale kolejne przygody przed nami, bo jest pora deszczowa i droga lądowa do „cywilizacji”, czyli Cooktown, Cairns i dalej na południe jest zamknięta z uwagi na zalania wodą. Jedyna opcja to samolot. I tu spotkanie z rzeczywistością australijską :) Bilet lotniczy 500 dolarów/osobę, najtańszy nocleg 170 dolarów/osobę… hmm jak na nasz niskobudżetowy sposób podróży, to kosmiczne ceny. Już nam się rysowała wizja spania gdzieś pod mostem, ale perspektywa wizyty policji (na tej wyspie nie wolno było campingować) lub krokodyli, które nie są tu rzadkością, nieco nas powstrzymywała :) I tu następuje kolejny nieoczekiwany zwrot akcji, który jak każda taka sytuacja, zupełnie nas zaskakuje, przekonuje że na świecie jest mnóstwo dobrych ludzi, a nawet największy problem czasem potrafi przerodzić się w kolejną wielką przygodę.

Siadamy zrezygnowani przed jedyną w mieście agencją turystyczną, z której właśnie otrzymaliśmy informacje o cenie biletów. Zagaduje do nas przesympatyczna pani („tutejsza mieszkanka, z wyglądu pół-aborygenka, jak większość lokalsów). Po kilkunastu minutach rozmowy, wypytywania o nasze przygody, opowiadania o wyspie i tutejszych okolicach, postanawia nam koniecznie pomóc :) Najpierw wydzwania po rodzinie i znajomych, potem angażuje swoją córkę (pracownicę wspomnianego biura podróży) i jej szefową. Ostatecznie nocleg oferuje nam siostra szefowej – nauczycielka w tutejszym liceum, a dzięki specjalnemu pismu do linii lotniczych Quantas, bilety lotnicze otrzymujemy w cenie dla lokalsów – 167 dolarów/osoby.

Ostatecznie na wyspie zostajemy 5 dni, w ciągu których rodzina Lilly Jane pokazuje nam okolicę, żywi (pierwszy posiłek-smażone mięso żółwia-mina Helenki przy przełykaniu niezapomniana, ale odmówić nie wypada), a nawet zabiera na 2-dniowy, szkolny camping na pobliską wyspę. Takich atrakcji nie da się zaplanować…

10334427_1679876565594208_8308946266489537775_n

IMG_7309

IMG_7327

IMG_20160224_184707 IMG_7391 IMG_7406 IMG_7382 IMG_7378 IMG_7464 IMG_7361

IMG_20160227_083640

Wczoraj wylądowaliśmy w Cairns, skąd wschodnim wybrzeżem zmierzać będziemy w kierunku Gold Coast. Tam czekają już na nas znajomi, Gosia i Igor. Co będzie dalej, czas pokaże, ale przed nami jeszcze zapewne przygód kilka…

Dziękujemy wszystkim, którzy trzymają za nas kciuki, udostępniaj nasze posty, piszą do nas maile, komentarze lub wiadomości na facebooku! Każdy taki „uśmiech” w naszą stronę, dodaje nam skrzydeł, motywacji do pisania i chęci dzielenia się naszymi doświadczeniami.

Już w niedługim czasie postaramy się przelać „na komputer” nasze notatki i przemyślenia m.in. o Birmie, Malezji, przygodzie z żeglowaniem i Wyspie Czwartkowej. Zatem do zobaczenia!

Wilczki Morskie,
czyli Helenka i Wilk