16 marca, poniedziałek
/Agra/

Przed południem robimy wypad na śniadanko. Lądujemy w knajpce z „tarasem”, więc przy okazji możemy poobserwować z góry jak toczy się życie uliczne w tymże mieście. Dzieje się oczywiście dużo. Uliczka wąska, przecina się z inną równie wąską, więc wynika z tego niemały problem z płynnym ruchem wszystkich pojazdów począwszy od zwykłych samochodów, poprzez tuk-tuki, riksze rowerowe, stragany na kółkach, a do tego dochodzi jeszcze tłum przechodniów. Słychać oczywiście jedno wielkie trąbienie. Wszyscy na wszystkich. Każdy na każdego. Przecież to oczywiste kto ma pierwszeństwo ;-)

Do nas po zamówienie przychodzi chłopiec w wieku może 10 lat… Zapamiętuje wszystko, ciekawe czy pamięta jeszcze co odnacza słowo „szkoła”…

Po śniadaniu wracamy do hotelu. Główną atrakcję dnia dzisiejszego zostawiamy sobie na późniejsze popołunie. Podobno najlepiej wygląda o wschodzie lub zachodzie słońca. Na wschód nie udało nam się wstać :-P

Na teren Taj Mahal wchodzimy jedną z głównych bram (południową). Wcześniej oczywiście uiszczamy opłatę w wysokości bagatela 750 rupii (dla Hindusów 20 rupii, czyli prawie 40 razy mniej… ). Przechdzimy kontrolę, czy aby nie wnosimy niczego niebezpiecznego. Ja mam w szmacianej siatce buty na przebranie. Pan który skanuje torby, robi psikusa pani strażniczce i każe jej sprawdzić moją torebkę. Trzeba było widzieć, jej minę jak nurkuje ręką w tej mojej siatce i orientuje się, że to moje adidasy i skarpety…

Taj Mahal jest piękny…. Ale, ja osobiście nie nazwałabym tego cudem… Dla mnie cud, to coś czego wyjaśnić się nie da lub coś co nie mieści się w głowie. Na przykład organizm człowieka i to jak on pracuje, jest dla mnie cudem :-) Pamiętam, jak kiedyś na zajęciach z angielskiego padła nazwa Taj Mahal, a ja nie wiedziałam o co chodzi… Okazało się, że jest to jeden z cudów świata. „O kurczę” pomyślałam, „cud świata…, to musi być coś! A ja nawet nie wiem, że to istnieje…” No i teraz jestem tu, przed tym cudem świata. Tak jak pisałam wcześniej budowla jest pięka. Podobno bardzo symetryczna (linijki nie miałam, żeby sprawdzić ;-) ), temu kto ją zaprojektował i wszystkim wykonawcom należy się wielki szacunek za wykonaną pracę, za tą precyzyjność i trud w wykładaniu tych mozajek, i na dodatek, że to wszystko z marmuru… Dla mnie jednak większym cudem jest widok z wieży na Mogielicy. I kropka.

image

image

image

image

image

Po wyjściu z Taj Mahal (nie doczekaliśmy ostatecznie do samego zachodu słońca, bo słońce zachodziło hen daleko i promyki przestały padać na Taj Mahal zanim zaszło) chcieliśmy się jeszcze wybrać do Czerwonego Fortu (wejście było w cenie biletu na Taj Mahal). Zaczepił nam jednak pan z rikszy rowerowej i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy z nim jeździć po sklepach…

Pan przyznał się nam, że jeśli zawiezie nas do zaznajomionych sobie sklepów np. jubilerskich lub z pamiątkami dla turystów, lub z wyrobami ze skóry, to dostaje za to kilkadziesiąt rupii od sprzedawcy. Przywieziony przez niego nie musi niczego kupować. Ważne, że poogląda towary i da sprzedawcy nadzieję… Zawieramy z panem deal: może nas zawieść do takowych kilku sklepów i dzielimy się później kasą.

Tym sposobem w jednym ze sklepów z wyrobami z marmuru, dowiadujemy się jak się wykłada mozaikę, w innym przyłapujemy pana na haftowaniu pawi, w kolejnym poznajemy sympatycznego chłopaka (lat 30), który dobrze po angielsku i znał hiszpański, a co najlepsze podobno nigdy! nigdy! nie chodził do szkoły, gdyż od najmłodszego musiał pracować… Czytać i pisać nauczył się od kolegów…

image

Po kilku wizytach w różnych sklepach robimy się zmęczeni udawaniem zainteresowania i robieniem z siebie turysty, który koniecznie chce się obkupić.

Pan rikszarz, jak się okazuje, ma również zaznajomione restauracje, do których jak kogoś przywiezie to on dostaje posiłek za darmo… Idziemy w to.

W lokalu, do którego nas zawozi spotykamy Francuza, który mówi po polsku :-)
Miejscówka podzielona kotarą na dwie części. W jednej jedzą klienci, w drugiej rikszarze, ciekawe rozwiązanie :-) Do lokalu ciężko byłoby trafić samemu, bo był ukryty w jakimś zaułku, więc gdyby nie rikszarze, chyba nikt by tam nie jadł…

W międzyczasie ustalamy między sobą, że nie bierzemy kasy od rikszarza, za to że z nim jeździliśmy po tych sklepach. Mieliśmy z tego frajdę, a i mieliśmy okazję pogadać trochę ze ludźmi i czegoś się dowiedzieć. Z resztą jak każdy rikszarz rowerowy, pan się naprawdę musi napedałować, a zarobek z tego powiedzmy sobie szczerze i tak ma „taki se”.

Pan rikszarz jednak nawet nie wspomina o podziale… Odwozi nas pod nasz hotel i uśmięchnięty od ucha do ucha mówi „bye, bye…” Hmm…

17 marca, wtorek
/New Delhi/

Dzisiaj jedziemy do stolicy. Miasta o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu na świecie…

Ponieważ nie udało nam się zarezerwować biletów na pociąg przez internet, udajemy się na dworzec i liczymy na to, że będziemy mieć szczęście. I udało się… Bilet mamy na drugą klasę, bez gwarancji miejsca do siedzenia. To może nie brzmi jakoś przerażająco dla kogoś kto nigdy nie jechał indyjskim pociągiem. My jednak wiemy, że w przedziałach drugiej klasy, czasami jest tak gęsto, że cały przedział tworzy jakby jeden organizm… I tak właśnie było tym razem…

W naszym przedziale, miejsc siedzących było 10, a w sumie zmieściło się nas 25 dorosłych osób + 6 dzieciaków, wszyscy z tobołami, dwie panie z worami jakiegoś zboża… Do tego upał, doskwierający najbardziej na dłuższych postojach, wszędzie czyjeś zwisające brudne stopy (ludzie siedzieli też na górnych półkach), odur z toalet, gdyż siedzieliśmy na początku przedziału (z resztą w klimatach dworcowych zapach ten czuć zawsze i wszędzie, czasami tylko jest bardziej subtelny). No i oczywiście handlarze przeciskający się co chwila przez ten tłum ludzi… ta podróż była jednym zdaniem, kwintesencją indyjskiej kolejowej rzeczywistości… :-)

image

image

image

image

Dojechaliśmy, uff… Godzina ok. 16, a my jeszcze nawet nie po śniadaniu…
Zaraz po wyjściu z dworca, najpierw napada na nas zgraja rikszarzy, a gdy się już przez nich przeciskamy, napada na nas zgraja restauratorów :-) i po chwili zajadamy się już pysznym thali, z chlebkami chappatti wypiekanymi w takich specjalnych piecach niczym beczki, w których środku pali się ogień, a chlebki przyklejane są na wewnętrzne ścianki tego pieca.

Jeden z panów pracujących w tej lokancie, postanawia nam pomóc w znalezieniu noclegu. Ruszamy za nim poprzez wąskie uliczki, ale wszędzie gdzie nas zaprowadza nie ma wolnych miejsc… Postanawiamy szukać na własną rękę. Zaglądamy do Smile Inn, polecanego w przewodniku. Korytarz mieli faktycznie na wypasie, nawet jakimś przyjemnym zapachem skropione wnętrza, ale pokoje niczym nie różniły się od standardu. Gdy słyszymy cenę, uśmiechamy się szeroko i mówimy bye, bye…
Lądujemy w pobliskim hotelu za całkiem znośne pieniądze i z darmowym wi-fi. Jest git.

Wieczorem jeszcze wyskakujemy na równoległą do naszej ulicę, przy której znajduje się wiele sklepów i straganów. W końcu udaje mi się zakupić japonki :-)
image

image

18 marca, środa

Rano odwiedzamy kafjekę internetową, w której drukujemy podanie o wizę chińską i robimy kopie dokumentów. Sprawdzamy jeszcze raz, gdzie to mamy jechać złożyć… I doczytujemy, że podania o wizy składa się nie w samej ambasadzie, tylko w centrum wizowym, a okienko otwarte jest tylko przez 1,5 godziny, od 10:30… Czyli dzisiaj jest już za późno. Akcja przełożona na dzień następny :-)

Caly dzień włóczymy się po mieście. Szukamy nowego Kindla, bo ekran posiadanego przez nas egzemplarza uległ zniszczeniu :-( Znajdujemy market z tego typu rzeczami. Pobyt w nim trochę się nam przedłuża. Ja towarzyszę do momentu, gdy sprawa dotyczy kindla, później zasiadam na kanapie przed telewizorami i czytam książkę, a Łukasz robi rozeznanie w stylu: co mają, za ile, dlaczego tak drogo? :-) ostatecznie tak zaznajamia się z chłopakami tam pracującymi, że nawet udaje nam się zgrać wszystko ze starego kindla na nowego.

I już prawie opuszczamy sklep, gdy nagle podczas tego zgrywania, Łukasz dostrzega wydrukowaną karteczkę, włożoną w stojak, o tym, że na kindla mają dziś specjalną promocję. Tzn. Na ostatni egzemplarz. A nasz nowy nabytek, jak się okazało posiadał taki status…

Chłopcy z działu nie doczytali, jakie mają promocje, przez co policzono nam wyższą cenę. Kto jak, kto ale mój mąż uwielbia takie akcje i łatwo nie odpuszca. Ostatecznie zostaje wezwany główny menago i po dłuższych negocjacach wychdzimy ze sklepu z nowym kindlem i wypasionym pen-drivem, w ramach rekompensaty…

W drodze powrotnej zahaczamy o punkt z shake’ami. W takich wielkich szklanych butelkach dają bardzo tłuste smakowe mleko. Do wyboru czekoladowe, kawowe, ananasowe, truskawkowe, waniliowe… Doooobre :-) Pozwala zapomnieć na chwilę o obcierających japonkach ;-)
image

Na obiedzie lądujemy tam, gdzie dnia poprzedniego. Panowie cieszą się na nasz widok, klient wrócił, w związku z czym trzeba mu znowu dogodzić… To działa, bo w New Delhi jesteśmy jeszcze dwa kolejne dni i obiad jemy zawsze w tej właśnie knajpce :-)
image

image

19 marca, czwartek

Rano akcja wiza. Wskakujemy w metro, ale wcześniej musimy odstać swoje w kolejce po żetony… Chcemy być sprytni i kupujemy 4, żeby mieć na powrót. Ale gdzie tam! Jak się okazuje, na powrót trzeba kupić inne, gdyż żetony zakupione na danej stacji, działają tylko na tej danej stacji… Mało tego! Nie można takich żetonów zwrócić, tzn. można, ale tylko do 1,5 godziny od zakupu…

Po wyjściu z metra, podjeżdżamy jeszcze kawałek rikszą i robimy szybki spacer przez centrum handlowe, za którym znajdował się interesujący nas budynek, a w nim centrum wizowe.

Dokumenty są w porządku. Musimy tylko napisać ręcznie list do pracownika konsulatu i plan podróży. Sprawa się trochę komplikuje, bo pani dostrzega, że nasze wiza indyjska kończy się przed planowanym przez nas wjazdem do Chin, ale ostatecznie doradza nam co mamy napisać i podanie zostaje złożone.

20 marca, piątek

Wizy można odbierać od. 15 więc stawiamy się punkualnie. Wszystko gra. Pracownik konsulatu przystał na naszą prośbę i mamy 3 miesiące na to, żeby zawitać do Chin (przez to, że nasza wiza indyjska kończy się 29 kwietnia, teoretycznie mogliśmy dostać tylko 1 miesiąc na wjazd do Chin).
image

Dziś na półkuli północnej można podziwiać zaćmienie słońca. Nas jednak zjawisko to nie dosięga…

Wieczorem, gdy zmierzamy ponownie na obiad do naszej lokanty, spotykamy dziewczynę i chłopaka z Polski, mieszkających obecnie w Irlandii… Gaworzymy z nimi, ale tylko chwilkę bo są strasznie zmęczeni – właśnie wrócili z Nepalu, a wcześniej przez 3 miesiące jeździli po Azji… Jutro wracają do domu :-)

21 marca, sobota

O 12 30 mamy pociąg do Amristar, zarezerwowane miejsca i to nawet leżące :-) na dworzec idziemy piechotką, bo mamy nie daleko. Na spokojnie jemy jeszcze śniadanko… Docieramy na dworzec, wlepiamy oczy w tablicę odjazdów. Hmm… naszego pociągu nie ma. Do odjazdu teoretycznie mamy 30 min… Sprawdzamy jeszczecraz dane na bilecie… O nie! Nasz pociąg jedzie z innego dworca! Ze starego Delhi!

Łapiemy jakiegoś rikszarza. Próbujemy nie okazać zdenerwowania, żeby cena nie podskoczyła razy 5, ustalamy ile płacimy i dopiero wtedy mówimy, że nam się SPIESZY :-P do przejechania mamy ok. 8 km… Korki przy dworcu, zarówno jednym jak i drugim, nie dodawały otuchy. „Będzie co ma być” mówimy, choć trochę byłoby szkoda, bo wiemy jak ciężko dostać bilety na najbliższe dni…

Pan chcąc ominąć korki przy Starym Delhi wysadza nas z drugiej strony peronów, przez co mamy spory kawałek do przetruchtania na nogach. Docieramy w końcu do hali dworca, informacji o naszym pociągu brak… Spóźniliśmy się ok. 10 minut, więc jest możliwość, że już odjechał…

„Ale zaraz, zaraz! Jesteśmy przecież w Indiach! Tutaj 1 na 10 pociągów jest punktualny… Czy naprawdę tym razem trafiło właśnie na nasz?” Idziemy do okienka zapytać… Miła pani oznajmia: „Armitsar? 4 godziny spóźniony” uff… :-)

Mrożona kawa w Mc Donaldzie, można odetchnąć…
image

image

Całe popołudnie, wieczór i pół nocy spędzamy w pociągu…

Gdyby pociąg nie miał opóźnienia, w Armitsar bylibyśmy na 21. W rzeczywistości na miejscu byliśmy o 2 w nocy. Jedynym tego plusem było to, że w końcu zobaczyłam szczury wielkości kota, chodzące po peronach ;-)

Mimo późnych godzin nocnych, chętnych do zawiezienia nas do hotelu nie brakowało. Problem był tylko taki, że nie mieliśmy niczego zarezerwowanego. Po ominięciu rikszarzy, zaczęliśmy poszukiwania w przydworcowych hotelach. Wszystkie jednak były full…! Okazało się, że trafiliśmy na czas festiwalu i do miasta przybyło wielu hinduskich pielgrzymów…

Wracamy do panów rikszarzy. Jeden z rowerem chce nas zawieść za 20 rupii, gdzieś do centrum, gdzie nocleg na być niby w przystępnej cenie. Wstępnie się zgadzamy. Jednak po tym jak pan ładuje nasze plecaki na tą rikszę, i po stwierdzeniu, że riksza ta ledwo to wytrzymuje, szybko przerzucamy się na motoriksze, której właściciel proponuje nam tą samą cenę… Znając życie liczy na prowizje z hotelu, ale co nam do tego…chcemy spać…

Jeździmy z tym panem, a raczej młodym kolesiem, od hotelu/guest housu do hotelu/guest housu. Wszędzie pozajmowane… W jednym hotelu był pokój, ale chcieli od nas 1000 rupii za noc. Jako, że była już 3 w nocy, oczywiście nie mogliśmy się na to zgodzić…

Jeździliśmy, ale nic w naszym budżecie (500 rupii) nie było. Pan miał problem, bo obiecał nam hoteli do wyboru, do koloru, a tu kicha…

Ostatecznie wracamy do tego hotelu za 1000 rupii negocjować. Po ok. 30 minutach staje na tym, że za tą noc i za kolejną płacimy w sumie 1200 :-) Hotel był naprawdę niczego sobie, więc jak dla nas to niezły deal… Prysznic i do spania.

22 marca, niedziela
/Armitsar/

Do spania poszliśmy dopiero koło 3:00 w nocy, po wyczerpującej walce o „miejsce do spania”, tak wiec wstajemy dopiero około 12:30. Po zebraniu się do „stanu używalności” łapiemy zbiorczego tuktuka i udajemy się na miasto. (Oczywiście nie obyło się bez standardowego szoł pod tytułem „wcale nie jesteśmy bogaci pomimo, że tak wyglądamy, i nie chcemy zapłacić 3 razy tyle co normalnie”… takie już życie turysty w Indiach )

Armitsar to mista brodaczy ;) bo jest stolicą Sikhismu czyli pewnej odmiany Hinduizmu pomieszanego z Islamem. Znajduje się tutaj m.in. Złota świątynia do której pielgrzymują Sikhowie z całych Indii. Charakterystyczne więc dla tego regionu jest to, że większość mężczyzn nosi brody lub przynajmniej bujne wąsy, a na głowy przywdziwają misternie „uplecione” turbany. Nawet mali chłopcy mają takie mini turbaniki, zakrywające ich długie, ułożone na przodzie głowy kokon włosy. Niezależnie za to od płci, każdy tutaj posiada przypięty do pasa mały, lekko zakrzywiony nożyk/sztylet.

Wygłada to wszystko dosyć ciekawie i zdecydowanie wyróżnia ich na tle innych społeczności żyjących w Indiach.

Pozatym to miasto graniczne znajdujące się na styku dwóch niezbyt lubiących się i od wieków rywalizującuch ze sobą Państw: Indii i Pakistanu. Powoduje to m.in że na granicy przy codziennej zmianie warty, odbywa się iste szoł i właśnie dla niego tu przyjechaliśmy :)

No więc z pozyskanych informacji wynikało, że szoł odbywa się ok 17:00 i należy załapać się na taxi lub busik jadący z centrum, z pod Złotej świątyni. Do okoła Świątyni ruch jak w ulu. Tysiące osób i setki pojazdów, przemieszcza się w różnych kierunkach. W tych dniach jest jakieś święto, więc tym bardziej jest głośno, kolorowo i tłoczno.

Zbaczamy na chwile do przydrożnej knajpki na coś do jedzenia. Na południu królują piece tandoori, więc w wielu miejscach można dostać świeżo wypiekane roti/chapati. Do tego Dall Fry czyli sosik z pieczonej soczewicy, mini sałatka i jestesmy happy :) Całość ok 6 zł.

Kierowani przez lokalsów przedzieramy się na drugą stronę bazaru gdzie ma się znajdować postój taksówek. Po chwili zagaduje nas już jeden z kierowców. Odjazd za 20 min… cena 120 rupii od osoby. Pan chce zaliczkę, ale upieram się że zapłacimy po dojechaniu na miejsce. I to był dobry ruch, bo z 20 min robi się godzina, a samochód nadal nie odjechal bo nie ma kompletu. Zaczynamy sie denerwowac, bo szoł już za 1,5 h a jak bedziemy za późno to nic nie zobaczymy. W końcu tracimy cierpliwość i czmychamy się do innego auta, które faktycznie odjeżdza za minutę… Wtłoczeni jak sardynki w puszkę mkniemy wąskimi uliczkami Armitsar w stronę Atari, czyli granicy.

Dojeżdżamy 20 min przed rozpoczęciem, ale przed nami jeszcze 1,5 km spacer i kilka punktów kontrolnych gdzie tworzą się kolejki. Jeszcze pan kierowca opymistycznie informuje nas, że za godzinę powrót. Na szczęście okazuje się, że dla obcokrajowców są osobne wejścia i kolejka co trochę przyspiesza procedurę. Gdy docieramy do trubun znajdujących się przy bramie granicznej tłum już wiwatuje, a pan spiker podgrzewa atmosferę. Zasiadamy na skraju i …

Głównym punktem granicy jest brama dzieląca Indie od Pakistanu. Po jej obu stronach stoi warta honorowa, a nad nimi powiewają dwie flagi. Ponieważ oba państwa bardzo ze sobą rywalizują na wszelkich płaszczyznach, nie jest inaczej i tutaj.

I tak właśnie owa codzienna zmiana warty i flagi przerodziła się w pokaz pełen okrzyków, energicznego maszerowania, wymachiwania rękami i min mających pokazać siłę i waleczność zarówno Hindusów jak i Pakistańczyków. Wszystko to przyzdobione pięknymi mundurami, dźwiękiem werbli i wiwatami tłómów w narodowych barwach.

Całość trwa może 20-30 min, ale robi ogromne wrażenie i pokazuje jak dumni są zarówno jedni jak i drudzy. Bo należy zaznaczyć, że po stronie Pakistańskiej również jest tłum na trybunach i prężący się żołnierze. Naprawdę warto to zobaczyć.

image

image

image

image

image

image

Po pokazie razem z rzeką ludzi wylewamy się z powrotem na alejkę biegnącą w stronę parkingu i drogi. Szybko lokalizujemy nasze rzeczy (pozostawione w depozycie) i o dziwo pana taksówkarza. Czekamy na resztę ekipy z naszego pojazdu i w radosnych nastrojach udajemy się do centrum Amritsar.

W okolicy Złotej Świątyni, gdzie wysadza nas kierowca nadal sporo ludzi zwłaszcza przy wejściach do świętego kompleksu. My również się tam udajemy, choć cały dzień dał nam się już we znaki. Na wejściu lekkie zamieszanie. Jedni ściągają buty drudzy je ubierają. W wielu świątych miejscach w całych Indiach, spotkać, można zakaz wchodzenia w butach.

Duży prostokątny kompleks budynków z centralnie umieszczonym świętym jeziorem, na środku którego, znakduje soę owa najświętsza z najświęrszych: Złota Świątynia. Jak pewnie się domyślacie jest cała… złota i to prawfziwoe. Podpbno do jej ozdobienia wykożystano ok 80 kg. tego kruszcu.

Przechadzamy się dookoła wraz z innymi pielgrzymami. Jacyś młodzi ludzie chcą sobie z nami zrobić zdjęcie… potem jeszcze matka z córeczką :) Jakbyśmy kasowali po 5 rupi za zdjęcie to po kilku dniach bylibyśmy całkiem obłowieni.
W całej świątyni lidzie siedzą, kompoą się w świętej wodzie jeziorka lub stoją w kolejce do złotej świątyni.

image

image

image

Na kolację udajemy się do obadanej już wcześniej knajpki a potem spacerkiem przez stragany w poszukiwaniu herbaty. Sprawa okazuje się bardziej skomplikowana niż by się mogło wydawać. Ratuje nas dopiero Pan z apteki, który odsprzedaje nam własne pudełko.

Tak kończymy dzień i udajemy się motorikszą do naszego lukum. Jeśli ktoś jest w okolicy to Armitsar polecamy na 1-2 dni.

23 marca, poniedziałek.
/Daramsala/

Wysypiamy się wykorzystując dobę hotelową do ostatniej minuty ;)

Przed nami podróż do Daramsali, czyli siedziby tybetańskiego rządu na uchodźctwie, centrum tybetańskiej kultury i miejsce zamieszkiwane przez wielu tybetańczyków uciekających przed wielu laty przez Himalaje do Indii. Wszystko to w czasie okupacji przez Chiny ich państwa, która to okupacja trwa do dzisiaj.

Pierwszy krok ku szczęściu to przemieścić się na dworzec autobusowy, skąd odjeżdza autobus do Daramsali. Bilet 240 rupii od osoby, ale to prawie 180 km, wiec cena się zgadza. Czas ok. 7 godzin.

Będzie z nami jechała jeszcze jedna ekpia obcokrajowców: dwoje Hiszpanów i dwoje Francuzów. Przynajmniej nie bedziemy w centrum uwagi :) Jakiś pan podchodzi i bierze nasze plecaki wynosząc je na górny bagażnik autobusu. Myśleliśmy, że to jeden z „członków załogi”, a tu zonk, bo pan wyciąga rękę po pieniądze „za pomoc” … ehh
.. daliśmy mu w końcu 20 rupii, aby się w końcu odczepił, ale cała sytuacja dosyć nas zirytowała :/ z resztą nie tylko nas, bo pozostałych obcokrajowców postawił w tej samej sytuacji…

Podróż przebiega bez większych atrakcji, poza widokami za oknem, które stały się jeszcze bardziej górzystymi… ehh widać już Himalaje.

Tak naprawdę to siedzibą rządu i głównym celem wszystkich odwiedzających jest Macleodgajn, czyli miasteczko oddalone o jakieś 12 km od Daramsali. Jest już wieczór, a my zmieniamy autobus na bardziej lokalny i po kolejnych 20 minutach jesteśmy ok. 2 km od centrum Macleodganj. Niestety ostatni odcinek musimy albo pokonać tuktukiem albo drałować „drepcedesem” ;) Wybieramy opcję nr. 2. Wieczór jest przyjemny, więc spacerek dobrze nam zrobi, zwłaszcza po tak długiej drodze w pozycji siedzącej.

Po dojściu do okolic pierwszego dużego parkingu stoją jeepy i garstka ludzi. Jeden pan zagaduje nas o nocleg i prowadzi do hostelu w celu zabaczenia pokoi. Ma być 5-7 min piechotą. Jest bardziej 10, no ale nich będzie ;) Przechodzimy przez mini centrum i jedną z głównych ulic. Dochodzimy do dużych schodów prowadzących w dół. Spotkana para turystów po cichu odradza nam, mówiąc że to sporo w dół, ale po chwili namysłu ryzykujemy zejście. Pan twierdzi zachęcająco, że to już tutaj zaraz, za tą latarnią. No dobra jesteśmy faktycznie od centrum jakieś 5 min szybkim spacerem, co testujemy klikukrotnie w kolejnych dniach. Jest spory pokój, ciepła woda, tanio (350 rupii za dobę – po zbiciu z 500) i jest wifi, które podobno działa. Nie wybrzydzamy i bieżemy. Zrzucamy plecaki i udajemy sie do centrum na kolację.

Czuć i widać tybetański klimat. Sporo kręcących się mnichów, stoiska z momosami i tybetańskimi rękodziełami. Panie też jakby takie bardziej tybetańskie z owianymi, górskim rysami twarzy i w charakterystycznych kolorowych fartuszkach.

Na kolację trafiamy do Tibet Kitchen, knajpki polecanej przez Lonely Planet i Wikipedię :) Wygląda spoko, pachnie też ładnie, a porcje chyba spore. Idziemy w tradycyjną tybetańską zupę Thukpa z makaronem i warzywami – bardzo duża micha plus tybetański chleb gotowany na parze (bardziej na spróbowanie). Dwie zupy i chleb wystarczyły, aby nasze żołądki poczuły błogi stan, ale dojadamy jeszcze… smażonymi momosami (tybetańskie pierożki gotowane na parze z nadziemiem warzywnym lub mięsnym, podawane z sosem chili, w wersji normalnej i smażonej po uparowaniu). Z takim pakietem można spokojnie udać się na leżakowanie ;)

image

image

24 marca, wtorek

Cały poprzedni wieczór i kawałek nocy walczyliśmy z wipsem na blogu, więc nie było mowy o wstawaniu skoro świt. Ehh… gdzie te czasy jak w Trondheim wstawaliśmy codziennie o 5:30 ? :)

Poranne atrakcje obejmują owsiankę bananową Helenkowego autortwa i herbatę.

Nasze pierwsze kroki, kierujemy do domu… ale nie byle jakiego, bo to rezydencja Dalai Lamy. Znajduje się ona na tyłach kompleksu świątynnego na niewielkim wzgórzu. Najważniejszy człowiek Tybety krąży non stop po świecie z różnego rodzaju wystąpieniami, prelekcjami lub spotkaniami. Akurat teraz chyba nie ma go w Daramsali.

Zaglądamy zatem do świątyni, wokół której przechadzają się mnisi i inni odwiedzający, przekręcając specjalne kołowrotki modlitewne. Wyczuwa się tu pewnego rodzaju spokój i „moc”. Jedni się modlą, inni medytują, inni jeszcze przygotowują świątynię do jakiejś ceremonii. Życie płynie… ;)

Zaglądamy następnie do muzeum historii Tybetu, gdzie oglądamy m.in dokument o inwazji Chin i niszczeniu wszystkiego co związane z kulturą i religią Tybetu, po podpisaniu „zgniłego porozumienia” z przedstawicielami tybetańskich władz.
Film pokazuje też protesty ludności lojalnej m.in przez samopodpalenia… czytamy też trochę o historii konfliktu, kilkudziesięcioletniej represji ze strony Chin i masowej ucieczce ludności w tym m.in Dalai Lamy do pobliskich Indii. Historia jest okrutna, ale bardzo ciekawa.

Naprawdę Tybetańczykom musi być ciężko na ich własnej ziemi, z obcym najeźćcą chcącym wymieść wszystko co tybetańskie łącznie z językiem (obecnie oficjalnym językiem w Tybecie jest chiński).

Po tylu wrażeniach, czas na szybki obiad, czyli znowu momosy i coś do picia, aby zabić tzw. pierwszy głód.

Wracamy w sam raz na coś większego do jedzenia. Tym razem w ruch idzie ryż z sosami. Ambitnie podjęliśmy się zjedzenia go pałeczkami, ale pan kelner profilaktycznie zaopatrzył nas również w łyżki ;) Ja zamawiam kurczaka z zieloną papryką, a Helenka ryż z tofu. Smaczne i pożywne. Optowaliśmy jescze za dużą michą zupy, ale pan z obsługi stanowczo nam odradził, twierdząc, że to za duża porcja jak dla nas i żebyśmy wrócili jutro.

Korzystając zatem z wczorajszych doświadczeń szukamy smażonych momosów na „deser”. Znajdujemy jednego pana, ale ten tak się zestresował naszą uwagą, że coś czarnego pływa mu w oleju, że przelewa rozgrzany olej przez plastikowe sitko roztapiając je kompletnie :) I tak odpuszczamy sobie „deser”, zostawiając pana z olejem pełnym przypalonych momosów i plastiku z sitka ;)

Tym „radosnym” akcentem kończymy wieczór i udajemy się spacerkiem do naszego lokum, by resztę wieczoru kontemplować w pokoju :)

Ahh jeszcze rzutem na taśmę kypujemy dwa kocyki wełniane „made in Tybet”, które od tamtej pory wiernie nam służą w chłodniejsze wieczory.

25 marca, środa

Dzień rozpoczynamy po królewsku ;) zamawiając śniadanie do pokoju. Omlety, tosty i kawa. Bez rewelacji, ale na początek wystarczy. Była to też miła odmiana od codziennego zestawy bardziej indyjskiego, typu Dosa lub chiapati ze smażoną soczewicą ;).

Dzisiaj trochę więcej aktywności w planach. Przedpołudnie spędzamy na przechadzce pod wodospoad, który znajduje się ok 2-3 km od centrum. Po drodze mijamy mini basen (połączone ze świątynią (więc to taki bardziej święty basen)). Przyjemna górska ścieżka i dosyć ładna pogoda tworzą dobry klkmat do szumiącej w oddali spadającej ze skał wody. Kilka foci i odwrót.. za dużo tu ludzi ;)

Wracamy do centrum (w zasadzie centrum to taki większy placyk i dwie główne uliczki ;)) na tradycyjny już posiłek regeneracyjny, czyli momosy i obieramy przeciwny kierunek w stronę kolejnego świętego tu miejsca, czyli jeziora Dal. Droga zajmuje nam dobre 2 godziny, a po drodze podziwiamy rododendronowy las i buszujące na drzewach małpy. „Ścigamy” się z parą przystarszawych tybetańskich mnichów, którzy co jakiś czas nas wyprzedzają, gdy przystajemy porobić zdjęcia lub próbujemy odnaleść szlak :)

Przyjemnie płynie popołudnie, obserwujemy lokalne dzieciaki grające w piłkę i wspominamy własne dzieciństwo na podwórku. Wtedy jeszcze nie było komórek i internetu. Wracamy w sam raz na kolacyjną porę i tym razem idziemy do knajpki z pierwszego dnia zamawiając kolejną pyszną porcję tybetańskiej zupy i jakiś makaron. Muszę przyznać, że tybetańskie jedzenie całkiem mi smakuje. I jest przy tym dosyć zdrowe. Spacerujemy jeszcze chwile po mieście i udajemy się w kierunku hostelu.

To nasz ostani wieczór w Daramsali (a dokładniej z Macleodganj) jutro ruszamy do Rishikesh czyli stolicy Yogi. Te kilka dni tutaj było naprawdę odprężające.

image

image

image

image

image

26 marca, czwartek

Wyruszamy ok 10:00 i śladami drogi którą tu dotarliśmy, wychodzimy z miasta ok 1,5 km, aby złapać autobus… niepotrzebnie :) okazało się, że autobusy jechały z tego małego ryneczku i mogliśmy poczekać właśnie tam. No nic, trochę sportu z rana jeszcze nikomu nie zaszkodziło ;)

Resztę dnia spędzamy w autobusie (7,5 godziny ekstremalnej jazdy do Ludhiany), wieczór spędzamy na dworcu w poczekalni dla pasażerów z biletami sleeper class, a nocą mkniemy pociągiem do Rishikesh…

27 marca, piątek
/Rishikesh/

Rano przyjeżdżamy do Rishikesh „lekko” wymęczeni… Ja w zasadzie mało co spałam tej nocy… Jako, że wczorajszy dzień nie należał do wypasionych pod względem jedzenia, postanawiamy najpierw coś zjeść, albo raczej nasze żołądki nie pozwalają myśleć o czym innym…

Ruszamy więc na nogach przez miasto. Myślimy, że idziemy w kierunku części bardziej turystycznej, tam gdzie znajdują się wszystkie ashramy, ale mylimy się i lądujemy w części bardziej, jak by to ująć, swojskiej. Wzbudzamy lekkie zinteresowanie lokalnej społeczności. Standardowy turysta bierze bowiem tuk-tuka z dworca i jedzie odrazu tam gdzie trzeba… My prawie zawsze mamy nadzieję dojść na nogach i czasem zachodzimy właśnie w takie swojskie miejsca (które oczywiście lubimy zwiedzać najbardziej) ;-)

Przy ulicy co rusz to wysypisko śmieci. Jedno, trochę bardziej w
oddali było nawet całkiem sporych rozmiarów. Niesamowici są ci Hindusi z tym ich brakiem porządku…

Mijamy stragany na kółkach z owocami. Owoce? Nie tym razem… Chce nam się czegoś konkretnego…

Trafiamy do rodzinnej „knajpki” tzn. ściany i dach z falistej blachy, na suficie zamontowany wiatrak. Dobrze, bo muchy dzięki niemu nie siadają ;-) pani smaży placki z farszem z ziemniakami i cebulką. Idziemy w to. Na porcję przypadają dwa takie placki, a że pani oleju nie żałuje, to stanowią one nie mały pod względem energetycznym posiłek. I dobrze. Będziemy mieć spokój na cały dzień.

image

Po dokładniejszym sprawdzeniu, gdzie my to mamy iść, okazuje się, że bez tuk-tuka się nie obejdzie. Przed nami 8 km. Negocjujemy cenę. Jeśli poczekamy, aż pan zbierze większą ilość osób, jest szansa, że wszyscy będą zadowoleni. Tak się też dzieje. Inni pasażerowie szybko się znajdują i jedziemy do dzielnicy Laxman Juhla nad samym Gangesem.

Tam zaczepia nas jakiś chłopak, oczywiście w sprawie noclegu, czy nie poszukujemy… Razem idziemy w jedno miejsce, ale hostel ten jest zbyt daleko od rzeki. Marzy nam się jakaś ładniejsza sceneria. Włóczymy się więc po dzielnicy. Jest dość ciepło, przez co spacerowanie z plecakami nie należy do najprzyjemniejszych, w szczególności jeszcze, że zejście uliczkami w stronę rzeki bylo dość strome. i gdy się okazało, że na dole wszystko zajęte lub drogie, to później trzeba było z powrotem drałować pod górę…

Ostatecznie lądujemy w guest-housie prowadzonym przez 3 kobitki – mamę i dwie córki. Mamy widok na rzekę, więc jesteśmy zadowoleni :-) W błogim nastroju zapadamy w dżemkę, w kilkugodzinną dżemkę…

Budzimy się po 17… Robimy wieczorny wypad na miasto. Dużo turystów. Widać, że wszyscy zajawieni na jogę i te klimaty… Idziemy nad Ganges. Zaczepiają nas dzieciaki, z którymi dajemy się wciągnąć w krótką pogawędkę. Handlują stroikami (miseczka zrobiona z wysuszonych liści, w niej kwiaty i świeczuszka), które można puścić sobie po rzece. Na początku krzyczą sobie po 100 rupii za stroiczek. Mali Biznesmeni :-) mocno się z nimi targujemy i staje na 20 rupiach za 2…

image

28 marca, sobota

Dziś główną atrakcją dnia był wypad nad wodospad. Okazało się, że był to jednak bardziej wypad nad rzekę… Jako, że wyszliśmy na spacer popołudniu, było już zbyt późno żeby zapuszczać się bardziej w głąb lasu (tak doradził nam jakiś lokalny chłopak spotkany na szlaku). A ponieważ parcia w nas jakiegoś większego nie było, to grzecznie go posłuchaliśmy i posiedzieliśmy sobie nad rzeką, korzystając z naturalnego hydromasażu stóp :-P

Zanim jednak weszliśmy w las, kilka kilometrów szliśmy drogą wzdłuż Gangesu. A w tym czasie Gangesem spływały grupy turystów na pontonach…

Po powrocie do miasta, zrobiliśmy rozenznanie jak sprawa wygląda z raftingiem, bo jakoś tak spodobał nam się pomysł wykorzystania tej okazji…

Jako, że spływ (18 km) okazał się być w przystępnej cenie (ok. 25 zł za osobę) zapisaliśmy się na dzień następny na godzinę 13 :-D

image

image

29 marca, niedziela

Dzień pełen emocji. Stawiamy się punktualnie u chłopaków w biurze turystycznym. Byliśmy nawet trochę wcześniej, żeby skorzystać z ich kafejki internetowej i kupić bilet do naszego następnego celu. Cieszymy się z wyboru godziny – chcieliśmy uniknąć największego skwaru (spływ o 13 był najpóźniejszą opcją), a okazało się, że uniknęliśmy porannego deszczu :-)

Chłopcy średnio ogarniają temat :-P wogóle nie kojarzą, że my to my, i dobiero o 13 jeden oreintuje się, że miał nas dołączyć do jakiejś grupy… Akcja się przedłuża. Chłopak dzwoni po firmach organizujących spływy. Ostatecznie znajduje dla nas miejsce i wysyła z 3 młodzieńcami do siedziby firmy, z którą mamy płynąć.

Razem z nami do jeepa ładuje się 6 chłopaków, trochę młodszych od nas. Wszyscy w modnych okularach, jest lansik ;-) zostajemy wywiezieni 18 km w górę rzeki. Tam dostajemy kaski i kamizelki ratunkowe. Następuje krótkie szkolenie na temat komend wydawanych przez przewodnika i tego co robić, gdy wypadnie się za burtę…

Ponton zostaje zniesiony na dół do rzeki, wskakujemy, i płyniemy. Razem z nami, w tym samym czasie wypływa kilka grup. Wszyscy w radosnych nastrojach, zagrzewają się do walki z żywiołem, wyśpiewując gangesowe szanty…

Pierwszy odcinek to spokojny nurt rzeki, wiosłujemy żeby się wogóle poruszać. Przewodnik (młody chłopak, ale widać, że ogarnięty) mówi, że jak ktoś chce popływać to można wskakiwać do rzeki. Ja zrozumiałam, że każdy ma wskoczyć :-P pomyślałam, że to jakaś próba wciągania nas później na ponton czy coś ;-) i wskoczyłam jako pierwsza :-D Ze mną wskoczył jeden chłopak z załogi, popływaliśmi chwilę, wytargali nas (dosłownie) z powrotem na ponton i wiosłowaliśmy dalej… Woda była zimna, jakby ktoś pytał.

Przed nami pierwszy ostrzejszy odcinek rzeki… Osobiście nie spodziewałam się aż takich atrakcji – naszym pontonem rzucało dość mocno i nie ukrywam, że serduszko zaczęło bić szybciej… daliśmy radę, z tym, że to był dopiero pierwszy taki nurt…

Dla mnie najgorsze były odcinki na zakrętach, gdy nasz ponton z impetem sunął na jakąś wielką skałę, po to by w ostatniej chwili zmienić bieg, razem z nurtem rzeki. Te momenty naprawdę przypawały mnie o dreszcze… Tym bardziej, że w trakcie spływu siedzi się mocno na brzegu pontonu i aby móc jakoś wiosłować trzeba się z niego wychylić. Pasażerowie innych pontonów wydawali się jakoś mniej przerażeni. Wszyscy byli tacy „łahahaha”…

Sytuacja się zmieniła, gdy na jednym z zakrętów jeden ponton nie wyrobił i cała załoga poszła pod wodę. „Mhm…” pomyślałam… To było zaraz przed tym jak my wchodziliśmy w ten zakręt i odwrotu dla nas już nie było. Śpiewy zamilkły, zapadła cisza i czekanie, aż ludzie wyłonią się spod wody. Gdy my byliśmy na tym zakręcie, widziałam tylko pływające wiosła tych ludzi, którzy wypadli. Oczywiście wszystko działo się bardzo szybko. Zaraz za zakrętem z naszego pontonu wypał jeden z naszych chłopaków. Tzn. wypał na zakręcie, a jego brak odnotowałam dopiero po walce z nurtem. Na szczęście rzeka poniosła go zaraz za nami. Nasz przewodnik wydawał nam komendy i jednocześnie wyciągał go z wody. Respect.

Ludzie z wywróconego pontonu też się odnaleźli. Ich przewodnikowi udało się skierować ponton do brzegu i członkowie załogi po koleji się na niego wdrapywali. Widać było, że trochę się wystraszyli. No nie dziwię się… Później widzieliśmy jak ich przewodnik sam spływa tym pontonem, przewróconym do góry dnem. Nie wiemy, czy chcieli go odwrócić i im się nie udało, czy poprostu musiał nim jakoś spłynąć, bo nie miał innego wyjścia. Tak czy inaczej ludzie nie mieli swoich wioseł, więc musieli już zostać na brzegu…

Po tej wywrotce zdaliśmy sobie sprawę, że zartów nie ma i cała ekipa wiosłowała ile sił w rękach. Jeśli fale były w stanie przewrócić ponton, znaczy, że nie były małe. Nam udało się szczęśliwie dopłynąć do samego końca, z krótkim przystankiem w miejscu, w którym można sobie było wskoczyć do wody ze skały na wysokości kilku metrów. Ja wrażeń miałam dość, Łukasz pokusił się o skok :-) Ludzi na skale była masa, jedni wskakiwali bez zastanowienia, innych powstrzymywał strach i się cofali. Łukasz przyjął tą pierwszą taktykę, wyszedł na skałę, pomachał do mnie i zrobił bęc do wody :-) miałam kręcić filmik, ale zaczął padać deszcz i ekran telefonu nie zadziałał :-( złośliwość rzeczy martwych.

image

image

image

Przygoda z raftingiem dostarczyła nam wielu emocji, których chyba potrzebowaliśmy, bo już dawno nie czuliśmy takiej satysfakcji z dokonania czegoś bardziej ekstamalnego. Dobrze oczywiście, że nikomu nic się nie stało…

30 marca, poniedziałek

Nasz ostatni dzień w Rishikesh – stolicy Jogi, więc nie możemy stąd wyjechać bez zaliczenia choć jednych zajęć :-) Wstajemy o świcie, a nawet trochę przed i ruszamy na poszukiwania zajęć dla początkujących. Włócząc się wcześniej po okolicy widzieliśmy ogłoszenia na wielu guest-housach, że zajęcia są np. o 6:30. Teoria jednak różni się od praktyki i jedyną sensowną dla nas opcją okazuje się być sesja jogi o 8:30 w hotelu obok naszego lokum. Wracamy więc do pokoju, robimy jeszcze krótką drzemkę, by półtorej godziny później, w stanie „zombi” udać się na jogę ;-)

Na zajęciach oprócz nas były jeszcze dwie osoby. Prowadził je młody chłopak. Nastrojowa muzyczka, kadzidełka.. Nie ukrywam, że na początku miałam momenty, że nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Jak zwykle w takich sytuacjach, gdy wie się, że nie wypada i gdy wszyscy się mocno wczuwają. Opanowałam jednak chochlika w głowie i udałam pełne zaangażowanie. Myślę, że joga to naprawdę fajna sprawa. Zajęcia uświadomiły nam jak bardzo jesteśmy nierozciągnięci ehhh…

Łukaszowi podobało się do momentu, w którym trzeba było za zajęcia zapłacić ;-) Pani zbierająca opłaty krzyknęła sobie od nas po 200 rupii od osoby (czyli po 12 zł). My byliśmy przygotowani na góra 100 rupii, z tym, że wiedzieliśmy, że podobno są miejsca, gdzie można odbyć pierwsze zajęcia za darmo. Tylko, że nie rozeznaliśmy się w temacie…

Resztę dnia spędzamy na poszukiwaniu aszramu (czyli takiego centrum medytacji), w którym urzędowali The Beatles i tworzyli teksty piosenek. Najpierw spacer przez całe miasto, później ok. 2 km lasem. Dobrze, że spotykamy jakiegoś pana siedzącego pod drzewem, który uświadamia nam, że przeszliśmy ścieżkę, w którą należało skręcić.

Na miejscu zastajemy cały kompleks budynków, jakby opuszczoną część miasta. Teren ogrodzony murem. Brama zamknięta. Wiemy, że teoretycznie powinien być jakiś strażnik, który jeśli mu się zapłaci, wpuszcza do środka. Krzyczymy halo, halo, ale bezskutecznie. Na murze dostrzegamy strzałkę z napisem „free”. Podążamy za nią. Prowadzi ona do dziury w murze, przez którą dostajemy się do środka.

Budynki w stanie mocno przyniszczałym. Zaglądamy to tu to tam, ale jakiś charakterystycznych znaków, związanych z Beatelsami nie dostrzegamy… Spotykamy chłopaka z Chorwacji-Roberta, który szuka tego co my. Dalej szukamy więc razem. I po zaczerpnięciu informacji od jakiś dwóch innych pań, znajdujemy w końcu salę koncertową, na której ścianach wymalowane są charakterystyczne grafitti.

Dochodzimy do wniosku, że gdyby ktoś odremontował te budynki, to mógłby tam robić naprawdę niezłą kasę. No bo czy nie znaleźliby się chętni, żeby pomedytować tam gdzie robili to Beatlesi?

Pozwiedzane, można ruszać w kierunku miasta. Okazuje się, że była jeszcze jedna brama, przez którą można się było dostać na teren tego opuszczonego osiedla, i przy tej to właśnie bramie stał pan strażnik. Teraz mamy problem, bo nie chce nas wypuścić – pamięta, że nie dostał od nas kasy… Mówimy „ok” i udajemy się do wyjścia, którym przyszliśmy… Pan jednak zmienia zdanie, gdy na horyzoncie pojawiają się 4 panie, po których widać, że napewno bezproblemu wręczą mu łapówkę, i że tego dnia jednak zarobi.

Razem z Robertem zwiedzamy jeszcze jeden ashram, który jest na naszej drodze do centrum. Robert po tym, jak pracował w korporacji i go zwolnili, postanowił nie szukać pracy, tylko odetchnąć i popodróżować. Ma trochę pieniędzy odłożonych, a zwiedza za te z zasiłku dla bezrobotnych. Choć wspominał coś, że dobrze mu się podróżuje i być może będzie musiał zaczerpnąć kasy z tych odłożonych zapasów. Tak wiemy, podróżowanie wciąga :-)

Rozstajemy się przy jednym z mostów, gdzie Robert odbija w swoją stronę, a my wygłodniali szukamy miejsca na obiad. Chcemy dotrzeć do znajomej już nam lokanty, ale wiemy, że lunch wydają tam tylko do 16:30, a później jest przerwa do obiadu (do 18:30) i w drodze stwierdzamy, że jednak nie zdążymy. Lądujemy w innej knajpce, gdzie dochodzi do pomyłki i zamiast normalnego thali, serwują nam thali na wypasie… Duuużo energii… Wolimy jednak standardową, czyli mniej tłustą wersję :-) oczywiście dochodzi do draki przy płaceniu… Staje jednak ma naszym – zamawialiśmy w końcu wersję tańszą…

Po obiadku odbieramy nasze plecaki z guest-house’u w którym spaliśmy i drałujemy na nogach do głównej ulicy, by złapać coś najpierw na dworzec, a później do Haridwar, skąd mamy nocny pociąg do Varanasi.

Po zawiłych negocjacjach łapiemy ostatecznie rikszę jadącą odrazu do Haridwar. I tym sposobem mkniemy 20 km dziurawymi ulicami w rikszy, z indyjską rodzinką, której wszyscy członkowie mieli naprawdę niezłe spanie i mimo wyboistej drogi potrafili przespać cały odcinek jazdy…

Na dworcu zasiadamy w poczekalni dla posiadaczy biletów sleeper class, by ostatecznie wskoczyć w pociąg, przykryć się kocykiem i spać.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

31 marca, wtorek
/Varanasi/

Do Varanasi docieramy ok 14:00 czyli w porze obiadowej. Wysiadamy raz z poznanym w pociągu Amerykaninem i rozglądamy się za głównym wyjściem… nasz cel to zlokalizowanie jakiejś knajpki na obiad, bo dosyć zgłodnieliśmy, a nie załapaliśmy się na śniadanie w pociągu.

Tak więc rozstajemy się przed dworcem z poznanym kolegą. On bierze riksze do hostelu, my przedzieramy się przez taksówkarzy chcących nas uszczęśliwić swoją „specjalną ofertą dojazdu do centrum” i wchodzimy w uliczkę z kilkoma przydworcowymi kanjpkami.

Nie był to może najlepszy indyjski posiłek jaki przyszło nam spożywać, ale mieli chiapati z pieca i nieśmiertelne „dal fry” więc nie narzekajmy ;).

Pojedzeni możemy zacząć szukanie lokum na najbliższe kilka dni. Podchodzimy do panów rikszarzy i negocjujemy.. od 200 w dół, aż jeden rzuca propozycje nie do odrzucenia 50 rupii za 2 osoby. Podejrzanie tanio, ale dajemy się skusić. Zabiera ze sobą kolegę, który zna jakieś tanie opcje guesthousów. Jedziemy w okolice jednego z ghatów czyli świętych nabrzeży Gangesu, na których to ludzie modlą się, medytują, piorą i palą zwłoki…

No właśnie. Varanasi jest jednym z najstarszym miast na świecie i najświętszym miejscem Indii, do którego każdy „porządny” Hindus przybywa chociaż raz w życiu. To tu, w wodach świętej rzeki Ganges można, kąpiąc się, otrzymać dodatkowe łaski i pogłębić swoją wiarę. Najważniejszy jest jednak obrządek pogrzebowy, który jest tu odprawiany. Każdy Hindus marzy o tym, aby jego ciało zostało spalone własnie tutaj w Varanasi, a prochy wrzucone do Gangesu. Specjalnie w tym celu poza mnóstwem świątyń i nadbrzeżnych miejsc do modlitwy, znajdują się tutaj dwa miejsca specjalnie wyznaczone do palenia zwłok. I to głównie dla tych dwóch miejsc przybywa tu co roku spora rzesza turystów.

Wróćmy jednak do naszych poszukiwań noclegu. Dojeżdżamy na miejsce, czyli w okolice świątyń i samego Gangesu, i rozpoczynamy oględziny miejsc proponowanych przez Panów. Oczywiście już na wstępie pada pytanie jaki jest nasz budżet ? ;) Jak namniejszy oczywiście, ale jesteśmy wstanie zapłacić ok 400-500 rupii. Helenka z kierowcą zostają opiekować się naszymi plecakami, a ja z kolegą krążymy po okolicy zaglądając to tu to tam… aha zaraz po wyjściu z rikszy zauważam szyld „Mamas Guesthouse” z darmowym wifi, ciepłą wodą itd.. ale pan kolega twierdzi, że to niezbyt dobra miejscówka, a pozatym mają full. Ok, idziemy dalej… ceny od 500 do 1500. Bardzo dużo miejsc jest całkowicie zajęte i nie mają nic wolnego. Szału nie ma. Opcja za 500 rupii jest w miarę okej ma wifi, ale pokój raczej obskórny, nie wspominając o lekkim grzybie w łazience. Pan mocno naciska żebyśmy skorzystali z tej opcji. Chyba dostanie za nią niezłą prowizję… Właściciel to jego znajomy. Na jedną noc może by obleciało. Wracamy do naszej rikszy, bez zbytniego optymizmu.

Konsultuje opcje z Helenką, ale oboje nie jesteśmy przekonani co czynić. Panowie chcieliby już się zwijać, więc proponuje, że im zapłacę te umówione 50 rupii, a my już sami pochodzimy po okolicy :) Nalegają żeby nam „pomóc” licząc że zgarną za nas prowizję. No i tak to właśnie działa. Panowie dają niską cenę za przejazd, licząc na sporą prowizje od znajomych właścicieli hosteli. Wszystko ok, szkoda tylko że nie informują nas o takim układzie wcześniej…

W odległości 50 m od nas jest jeszcze jedna brama z szyldem o pokojach. Razem ze mną obstawa w formie kolegi rikszarza. W środku piękny ogród i spory budynek z pokojami. Pytam siedzących tam turystów jakie ceny. Ok. 200 rupii od osoby. To by była fajna opcja. Niestety pan na recepcji twierdzi, że tych tanich pokoi nie mają, a jedyna opcja to taki za 800 rupii. Chyba mój towarzysz coś już panom szepnął, żeby mi taniej opcji nie proponowali. Normalnie cyrki…

Coś mnie tknęło, żeby raz jeszcze zaglądnąć do „Mamas Geasthouse”. Pan cały czas powtarza, że to zła opcja. W środku prawie nikogo. Pan kolega sugeruje żebyśmy stąd znikali. Jakiś młody chłopak dzwoni do właścicielki… i co się okazuje ? Pokoje są (chyba z 5 wolnych), a cena to 250 rupii za dwie osoby! Nic dziwnego, że Rikszarze nie chcieli abyśmy tu trafili. Z takiej kwoty zbyt dużej prowizjii nie będzie, o ile jakakolwiek… ;)

Czekamy na Panią 10 min, oglądamy pokój i bieżemy. Jest przyjemnie i schludnie, a właścicielka bardzo sympatyczna. Panowie rikszarze bardzo niezadowoleni uderzają z pretensjami do pani, czemu nam tak tanio sprzedała pokój. Pani twierdzi że to normalna cena i że nie zawyża, tylko po to, aby zedrzeć z turystów. Panowie wykłócają się z nią przez kolejne 30 min. Ja co jakiś czas włączam się w dyskusje i straszę ich policją.. w końcu opuszczają hostel wielce naburmiszeni, gdyż nie zgarneli żadnej prowizji, a my mamy pokój o połowę tańszy niż opcja wskazywana przez nich. Ehh..

Wieczorem idziemy jeszcze po jakieś owoce i drobne zakupy, a resztę spędzamy w zaciszu naszego hostelu.

1 kwietnia, środa

Po śniadanie postanawiamy wyruszyć na miasto. Nadal za nami chodzą świeżo wypiekane chlebki chiapati z prowizorycznych pieców tandoori. Niestety takowych brak w okolicy. Próbujemy szczęścia w jednej knajpce, bez skutku, bo zero ludzi i nie wyglądało to zachęcająco. Zwykle staraliśmy się jadać tam gdzie są inni klienci, a najlepiej lokalsi. Dreptamy główną ulicą szukając restauracji Shiva, zasugerowanej przez właścicelkę naszego hostelu. Dochodzimy aż do okolic głównego Ghatu (czyli nadbrzeża gdzie pali się zwłoki). Tam w końcu upragniony posiłek w mikro lokancie. Chiapati, ryż, Dal Fry (soczewica), Alu-Gobi (carry z kalafiora i ziemniaków) i jeszcze jeden bliżej nieokreślony sosik – dosyć smacznie i tanio.

Dochodząc do brzegów rzeki obserwujemy coraz większy ruch ludzi. W wielu miejscach sprzedają zestawy owoców i kadzideł które można „spławić” rzeką zyskując sobie przychylność któregoś z bogów. Dużo tu też elementów niezbędnych w uroczystościach pogrzebowych, w tym stosy drzewa potrzebnego do ułożenia pogrzebowych stosów. Przysiadamy przy głównym Ghacie i obserwujemy…

Co kilka minut przybywają na miejsce kolejne orszaki żałobne niosące na specjalnej bambusowej platformie ciało zmarłego. W tym samym czasie układany jest specjalny stos drzewa, którego jest w sam raz tyle, aby ciało zostało dokładnie spalone. Wspomnieć trzeba że taka akcja to spory wydatek dla rodziny (chyba podobnie jak u nas), bo zakup drzewa i opłacenie osoby obsługującej stos, to kilka do kilkunastu tysięcy rupii. Najdroższe, ale i najbardziej szlachetne jest drzewo sandałowe (podobno pochłania zapach).

Jedne stosy płoną, inne są dopiero układane. Jest ich 5-6. Siedzimy 20 metrów od wszystkiego, tak że dociera do nas zapach i ciepło płonących ognisk (zapach o dziwo był naprawdę znośny).

Widać palące się ciała i panów, którzy bambusowymi patykami je zagarniają, tak aby dokładnie się spaliły. Widok na pograniczu makabry i czegoś mistycznego. Daje człowiekowi do myślenia. Wszyscy jesteśmy w gruncie rzeczy takimi samymi stworzeniami…

W uroczystości biorą udział jedynie panowie, panie podobno zbytnio lamentowały ;) Resztki prochów i spalonych ciał wrzuca się do rzeki.

Całość klimatu tworzą wszendobylskie psy i krowy które przechadzają się w okolicy i kąpią w rzece. Podobno niektórzy widywali je zjadające resztki tego co pływało w rzece… noł koment.

Siedzimy i nie wierzymy własnym oczom… razem z nami siedzą rodziny zmarłych, przyglądające się wszystkiem z jakimś takim spokojem. To chyba dla nich faktycznie coś „dobrego”, być spalonym właśnie tutaj…

Wieczorem, przepełnieni nadal całodniowymi wrażeniami wracamy do hostelu rikszą rowerową i odpoczywamy. Mieliśmy w planie odwiedzenie jeszcze miejsca, w którym codziennie odbywają się jakieś tradycyjne występy, ale przykładamy to na dzień kolejny…

Umawiamy się jeszcze z właścicielką, która rezerwuje dla nas poranny rejs Gangesem, który o wschodzie słońca wygląda podobno klimatycznie. Szykuje się pobudka o 5:30.

2 kwietnia, czwartek

Dzyń dzyń.. dzwoni budzik. Jest po piątej. Na polu jeszcze ciemno, a my na wpół przytomni zwlekamy się z łóżka. Pan od łódki przychodzi po nas do samego hostelu. Startujemy o 6:00 w dwugodzinny rejs. Koszt 400 rupii. Łódka jest wiosłowa, więc nie musimy słuchać warkotu silnika.

Po drodze obserwujemy poranny Ganges. Wstające słońce oświetla nabrzeża, na których ludzie kompią się lub tylko obmywają twarz, medytują i uprawiają jogę, jacyś panowie piorą mnóstwo kolorowych szat i rozkładają je tworząc „kolorowy dywan” na brzegu. Wszystko to wygląda niesamowicie.

Stosy już lub nadal płoną…

To ciekawe, że Ganges (ale też inne rzeki w Indiach) to miejsca gdzie toczy się tak duża część ich życia.

Apropo chcemy zdementować informacje jakoby Ganges, zwłaszcza w Varanasi był wyjątkowo zanieczyszczony. Jest naprawdę okej – przynajmniej na pierwszy rzut oka, tzn. nie ma tony śmieci, pływających zwłok, itp. Są w nim nawet ryby. Nie wiemy jak pod względem ilości bakterii…

Wracamy do miejsca skąd wyruszyliśmy, warto było skorzystać z opcji rejsowej bo z wody wygląda to jeszcze ciekawiej, zwłaszcza przy promieniach wschodzącego słońca.

Jesteśmy lekko nieprzytomni z uwagi na wczesną pobudkę, więc idziemy spać…

Wstajemy ok 13:00 :) i idziemy do poleconej kanjpki, którą tym razem udaje nam się zlokalizować.

Popołudniu udajemy się w okolice mniejszego z pogrzebowych ghatów, aby raz jeszcze móc poobserwować wszystko z bliska, obok odbywało się spotkanie z jakimś ważnym guru połączone z występami. Sporo ludzi, bębny, śpiewy, tańce i entuzjastyczne przemówienia. Aż się pod tłumem załamuje platforma ustawiona na wodzie. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Ganges w tym miejscu nie jest zbyt głęboki…

To nasz ostatni wieczór w Varanasi. Jutro ruszamy do Derjeeling… Tam spędzimy Wielkanoc.

3 kwietnia, piątek

Cały dzień w drodze. Nie udało nam się zakupić biletów na pierwszy odcinek podróży pociągiem, więc musieliśmy lekko improwizować, co skończyło się jechaniem w klasie „second seating” czyli z dzikim tłumem innych podróżujących.

Na szczęście 13 godzinny odcinek z Patny do Siliguri mamy wykupiony w klasie Sleeper, więc możemy się bezstresowo zdrzemnąć…

image

image

image

image

image

image

image

image

image

4 kwietnia, sobota
/Derjeeling/

Pociąg o dziwo przyjeżdża w miarę o czasie, czyli ok 13:00. Z Siligiri do Derjeeling mamy jeszcze 6 godzin jazdy jeepem. Szybkie negocjacje cenowe i za 400 rupii zmierzamy zapakowanym do pełna (10 osób plus kierowca) jeepem do stolicy herbaty i himalajskich kilmatów.

Suma sumarum od Varamasi do dotarcia na miejsce w Derjeeling spędzamy bite 30 godzin w podróży. Myślimy już tylko o wygodnym łóżku.

Derjeeling wydaje się być bardzo sympatyczne. Usytuowane na zboczach gór, rozpościera się na kilkaset metrów w dół i w górę i kilka kilometrów w szerz. To jakby miasto na kilku poziomach. Na dole część handlowa i centrum komunikacyjne (jeepy, busy itp.), a na górze raj dla turystów – hostele, restauracje, stragany z pamiątkami i przepiękne widoki na otaczające miasto góry.

Niestety tym razem jakoś nie możemy liczyć na pomoc taksówkarzy w znalezieniu taniej opcji noclegowej.
Wdrapujemy się na górę i podpytujemy w kilku hoteleach.. 2500, 1500, 1800, brak wolnych miejsc.. hmm nie wygląda to dobrze. Zapuszczamy się dalej w górę i docieramy do bardziej przystępnych cenowo przybytków. Niestety z uwagi na weekend wiekszość pełna.

W końcu docieramy do Andy’s Guest House. Na drzwiach kartka „Brak miejsc”, ale spotkany w drzwiach Kanadyjczyk sugeruje żebyśmy jednak zapytali.

Właścicielką jeat sympatyczna Pani Matylda. Informacja się potwierdza, pokoi wolnych brak. Sugeruje zapytać gdzie indziej :( W tym momencie nadchodzi oberwanie chmury… leje jak z cebra, a dodatkowo wysiada elektryczność w całym mieście. Stoimy na klatce schodowej w Andy’s Guest Hause i czekamy, aż przestanie padać.

Po kilkunastu minutach schodzi do nas Matylda i mówi, że mają dodatkowy, prywatny pokój dla swoich znajomych i gości, i że możemy w nim dzisiaj przenocować, bo nie chą nas zostawiać na lodzie w taką pogodę :)

Dogadujemy się również co do dnia następnego, czyli niedzieli Wielkanocnej. Oboje z mężem są Katolikami i wybiarają się jutro do kościoła na mszę o 8:00 (tzn. wybiera się mąż, bo Matylda musi zostać oporządzić gości, którzy opuszczają rano hostel). Pojedziemy więc razem, samochodem.

Pomimo braku prądu, dzieki dodatkowemu akumlatorowi, możemy co nieco podładować telefony i ipada. Grzejemy sobie wodę na palniczku i udaje nam się wziąść prowizoryczny prysznic. Jesteśmy z lekka wykończeni.

5 kwietnia, niedziela

Rano byliśmy w kościele, który również nieco ucierpiał podczas wczorajszej burzy. Msza bardzo sympatyczna, wszyscy śpiewali i było bardzo uroczyście. Aż miło…

W drodze powrotnej robimy zakupy na mini śniadanie wielkanocne.

Resztę dnia świętujemy…

6 kwietnia, poniedziałek

Świętujemy….

image

image

image

7 kwietnia, wtorek

Wpadliśmy na pomysł, że jeśli jesteśmy już w Darjeeling, to może fajnie byłoby zrobić sobie jakiś trekking w indyjskich Himalajach, taką rozgrzewkę przed Nepalem.

Jedną z opcji jest wyprawa na Dzongrii, czyli punkt widokowy na Kondzejungę, czyli najwyższy szczyt Indii i trzeci pod względem wielkości na świecie. Z informacji w internecie wywiadujemy się, że teoretycznie możemy iść indywidualnie, bez przewodnika. Postanawiamy spróbować. Punktem startowym jest Yuksom, oddalone od Darjeeling o 80 km. Tylko 80 km, a aż 6 godzin jazdy jeepem. Yuksom leży w regionie Sikkim. Aby wjechać na teran Sikkim trzeba wyrobić sobie pozwolenie, jest to bowiem region graniczący z Tybetem, Nepalem i Butanem i ze względu na to, jest bardziej strzeżony.

Postanawiamy więc dziś wyrobić sobie to pozwolenie. W drodze do urzędu rozpytujemy taksówkarzy od jeepów ile chcą za przejazd do Yuksom. Tak just in case. Jeden ma dla nas specjalną ofertę: jedziemy tam z nim dzisiaj (ma tam do odebrania grupę turystów) i płacimy mu 4000 rupii za nas dwóch. Twierdzi, że taniej tam nie dojedziemy i że nie możemy jechać lokalnym busem, bo dla turystów jest jakaś okrężna droga. Hmm… Brzmi to dla nas podejrzanie i oczywiście, nie mylimy sie, informacja ta jest wielką ściemą. Gdy pytamy później na dworcu, jak możemy dojechać do Yuksom, okazuje się, że co prawda musimy się dwa razy przesiąść z jeepa do jeepa, ale większego problemu nie ma, a jeśli chodzi o koszty to wyniesie nas to po 500 rupii od osoby… Potwierdza się kolejny raz to, że w Indiach nie należy wierzyć nikomu związanemu z turystyką, a już napewno nie taksówkarzom :-P

Wyrabiamy tego dnia pozwolenia na wjazd do Sikkim. Oprócz tych pozwoleń podobno trzeba mieć jeszcze jakieś inne, na trekking po parku narodowym, ale tym zajmiemy się juz w Yuksom.

8 kwietnia, środa

Rano wskakujemy w jeepa do Melli, czyli miejsca naszej pierwszej przesiadki w drodze do Yuksom. W Melli mamy zamiar przesiąść się na jeepa do Jotrang, a tam w kolejnego już do samego Yuksom. Część naszych rzeczy zostawiamy w Dajreeling, w naszym Andys Guest House, by nie dzwigać niepotrzebnych kilogramów.

Całkiem niechcąco przejeżdżamy Melli – pan kierowca nie wiedział, że chcemy tam wysiąść (bilety kupowaliśmy na dworcu, nie u kierowcy), a my myśleliśmy, że Melli to ostatni przystanek. Szybko jednak łapiemy coś z powrotem i w niedługim czasie jesteśmy w Melli. Tam stoi już bus do Jortang. My jednak nie możemy na niego załapać, zanim nie udamy się do punktu kontrolnego, w celu sprawdzenia naszych pozwoleń i paszportów – przekraczamy bowiem w tym miejscu granicę regionów i wkraczamy do Sikkim.

Zajmuje nam to ok. 30 minut. Gdy docieramy z powrotem do jeepa, ten zapakowany jest już po sam sufit i odjeżdża nam z przed nosa… Do kolejnego muszą nazbierać się ludzie. Zasiadamy na schodkach jakiegoś przydrożnego budynku i czekamy. Dołącza do nas para z Polski, z tym, że oni czekają na coś w przeciwną stronę.

Ostatecznie, po ok. 1 godzinie, nasz jeep się zapełnia i ruszamy do Jortang. Droga wiedzie zboczem góry i nie ma na niej prawie wogóle asfaltu, przez co kurzy się tak strasznie, że momentami nic nie widać. Siedzimy obok kierowcy. Ja pełnię rolę otwierającego i zamykającego okno, by uchronić nas przed dostaniem się kłębów kurzu do wnętrza pojazdu…

Do Jortang dojeżdżamy ok. 15 i okazuje się, że tego dnia do Yuksom już nic nie jedzie… Nie chcemy tam jednak zostawać na noc… Drobimy jeszcze jeepami, byle jak najdalej. Ostatecznie dojeżdżamy do Pelling, gdzie śpimy w sympatycznym hotelu Darbur, gdzie pracuje chłopak z Nepalu, dzięki czemu zaczerpujemy już trochę infromacji o naszym następnym celu podróży :-)

image

image

image

9 kwietnia, czwartek

Poranek spędzamy w knajpce naszego hotelu – czekamy bowiem na zamówionego jeepa, który ma nas zawieść do Yuksom (podobno w Pelling ciężko byłoby nam złapać coś przy drodze, ze względu na to, że wszysko jeździ już załadowane z poprzedniej miejscowości).

W międzyczasie poznajemy ekipę kobitek z RPA na wakacjach w Nepalu, z wypadem właśnie do indyjskiego regionu Sikkim. Jedna pani ma ok. 80 lat :-) Przyjechał nasz jeep. Wskakujemy i odbywamy 2 godzinną podróż (30 km) krętą uliczką, raz w górę, raz w dół, z krótkim przystankiem na podziwianie wodospadu o niebagatelnej nazwie Kondzedzunga. W ostatnim etapie podróży, nadrabiamy trochę drogi i rozwozimy poszczególnych pasażerów po domach :-)

W Yuksom zaczynamy oczywiście od lunchu, by mieć siłę na rozmowy w agencjach turystycznych i zbieranie informacji o wyprawie, którą chcemy odbyć. Jako, że gdy byliśmy jeszcze w Pelling, pan z recepcji hotelu w którym spaliśmy, definitywnie odradził nam przechadzkę bez przewodnika, zaczęliśmy rozważać wynajęcie takowego. Że podobno ktoś poszedł sam i się nie odnalazł i tego typu historie. Wiadomo wszędzie można się zgubić, ale jeśli łamie się przepisy, to czasem prawdopodobieństwo niemiłego zdarzenia jest jakby większe…

Ogólnie, żeby iść do Dzongri, czyli obranego przez nas celu, trzeba obowiązkowo mieć przewodnika. Postanowiliśmy więc wywiedzieć się co, jak i za ile.

Rozmowy w agencjach turystycznych przyniosły tylko jeden skutek – odpuszczamy bo za drogo, a po drugie trasa podobno nie jest ciężka, a obowiązek wynajęcia przewodnika, ma „przyczynić się do rozwoju regionu i wzbogacenia mieszkańców”, czyli jednym słowem postanowili robić kasę na zagranicznych turystach. Wynajęcie przewodnika to jakieś 800 rupii (ok. 50 zł) za dzień (nasz trekking miał trwać 4-5 dni). Ponadto oprócz przewodnika trzeba wyrobić sobie specjalne pozwolenie tzn. agencja robi to za turystę w pobliskim Gangtok i kosztuje to 2500 rupii (ok. 150 zł) za dwie osoby i zapłacić kolejne 2500 rupii za wstęp do parku narodowego w którym znajduje się nasze Dzongi. Nie, nie, nie…

Śpimy w sympatycznym guest-housie, któremu uroku dodaje brak prądu tego wieczoru…

10 kwietnia, piątek

Cały dzień zwiedzamy Yoksum i rozkminiamy co z tym naszym trekkingiem, bo nie daje nam to spokoju, że przyjechaliśmy taki kawał drogi na marne.

W trakcie wielkich rozkmin, odwiedzamy dwie buddyjskie świątynie, malutkie jezioro oraz jeszcze jedną buddyjską świątynię, znajdującą się na pobliskim wzniesieniu… Ponadto wywiadujemy się w informacji turystycznej ile kosztują: wstęp do parku narodowego i pozwolenia. A więc tak: wstęp do parku kosztuje 250 rupii od osoby (a nie 1250 jak chcieli w agencji) a wyrobienie pozwolenia jest darmowe, z tym, że można to zrobić tylko za pośrednictwem agencjii…(Agencja ponosi więc tylko koszty dojazdu do Gangtok).

Pod wieczór zasiadamy w naszym pokoju i rozważamy dalej co robić… ? Łukasz postanawia iść i negocjować ceny za przewodnika i pozwolenie. Wraca z ofertą: 500 rupii/dzień za przewodnika (z tym, że musimy mu zapewnić jedzenie), 1500 rupii za wyrobienie pozwoleń i po 250 rupii za wstęp do parku. Czyli w sumie 500×4+1500+500 = 4000 rupii, a nie tak jak chcieli od nas wcześniej 8200 rupii.

Postanawiamy, że idziemy :-) Z przewodnikiem umawiamy się na 8 rano dnia następnego. Nasze pozwolenia mają zostać wyrobione i dostarczone do punktu kontrolnego w dniu następnym, a nas mają wpuścić do parku po przekupieniu policjantów (podobno to standardowa procedura ;-) )

image

image

image

image

11 kwietnia, sobota

Budzi nas deszcz… O nie!!! Nie chcemy iść w deszczu… Jest 6 rano… Zaczynamy analizować wszystko jeszcze raz… Może znacie to uczucie, jak człowiek już się tak zagmatwa w tym, co ma robić, że ręcę opadają.

Powody:
– wydamy kasę na trek, który bylibyśmy w stanie zrobić sami za darmo
– pogoda na najbliższe 3 dni nie zapowiada się na słoneczną, przez co jeśli rozkleimy nasze buty przed Nepalem, dojdą do tego dodatkowe koszty zakupu nowych
– spędziliśmy w Indiach 2,5 miesiąca – za długo ;-)
– jeszcze wczoraj, jak rzucaliśmy monetą, wyszło, że nie idziemy – może coś w tym było?
– itd. Itp. ;-D

Ostatecznie odwołujemy całą akcję… Pani z recepcji pomaga nam dodzwonić się do tego chłopaka z agencji i odebrać od niego zaliczkę.

Wracamy tego dnia do Darjeeling. Odbieramy pozostawione w Andys Guest House rzeczy i przenosimy się do pobliskiego, prawie 3 razy tańszego hostelu (warunki jednak też były 3 razy gorsze, ale było wi-fi ;-))

Kolejnego dnia ruszamy już ku następnej, długo wyczekiwanej przygodzie – przed nami Nepal!!! :-D ale o tym w kolejnym odcinku…

image