12 kwietnia, niedziela

Dziś opuszczamy Indie! Spędziliśmy tu aż 2,5 miesiąca, czyli wystarczająco dużo, aby objechać ten kraj dookoła i zobaczyć prawie wszystko, co warte zobaczenia, ale przede wszystkim, aby poznać choć trochę tę jakże inną od naszej kulturę, która, choć bardzo ciekawa i intrygująca, bywała dla nas również momentami bardzo męcząca :-P

Bo z jednej strony Indie to tysiące klimatycznych świątyń, intensywnie zielone plantacje herbaty, tropikalne owoce, wcinające się w ryżowe pola kanały rzeczne, mięciutkie, piaszczyste plaże, orientalne smaki i zapachy oraz nietrudne do spotkania, zaskakująco do nas podobne małpy :-) no i cała masa innych egzotycznych stworzeń.

A z drugiej: ciągły hałas, brud i smród na ulicach, bieda, którą ciężko pojąć i tłuuuumy ludzi, którym do dbania o środowiska baaardzo daleko. I jeszcze to uczucie, jakby się było chodzącym bankomatem…

Nasyceni indyjskim klimatem, nie żałując ani dnia tam spędzonego, a jednocześnie pozbawieni sił na indyjski ciąg dalszy ruszamy na Nepal!

Tam mamy w planach wyruszyć na dłuuugi trekking, by zmęczyć się fizycznie i odpocząć psychicznie przed naszym kolejnym etapem podróży, podczas którego ryżu nam raczej nie braknie… Ale to dopiero za 1,5 miesiąca… Teraz Nepal!

Rano pakujemy manatki i wyruszamy w poszukiwaniu Jeepa do Siliguri, czyli punktu przesiadkowego w drodze do granicy. To nasz ostatni spacer uliczkami Darjeeling. Polubiliśmy nawet to miasteczko, ale bliska perspektywa hasania pomiędzy najwyższymi górami na ziemi, powoduje, że nie jest nam specjalnie żal wyjeżdżać :-P

Jeepa do Siliguri łapiemy już w drodze na najniższy poziom miasta, gdzie znajdowała się a’la zajezdnia. Pan zgarnia nas do samochodu, ale zanim wyruszymy w trasę, robimy z nim 3 okrążenia miasta, aby zgarnąć jeszcze innych pasażerów.

Jazda do Siliguri trwa ok. 3 godzin. Przy wysiadaniu staczamy ostatnią walkę o sprawiedliwe traktowanie turysty – chłopakowi, który jechał z nam z Darjeeling, pan kierowca policzył 150 rupii, a nam po 200… Walkę wygrywamy, mimo tego, że pan szuka pomocy wśród innych pasażerów. Ci jednak nie do końca popierają jego zagrywki, bo żaden z nich ostatecznie nie zawiera w tej sprawie głosu…

Zostajemy wysadzeni przy jednej z głównych ulic, gdzie w zasadzie w ciągu dwóch minut łapiemy autobus na granicę. Przystanek końcowy oddalony jest od samego przejścia o ok. 1 km. Zanim jednak wyruszymy w tamtym kierunku, udajemy się na nasze ostatnie thali, jak się później dowiedzieliśmy, już w wersji nepalskiej…

Kiść małych bananków na deser i maszerujemy na granicę. Po drodze panowie mundurowi kierują nas do budynku, w którym przybita zostaje nam pieczęć, że opuściliśmy Indie.

Granica indyjsko-nepalska jest dość specyficzna. Przyjmuje postać kilometrowego mostu, zawieszonego teoretycznie nad rzeką, a praktycznie nad polami, bo wody w rzece akurat nie było. A polami tymi, wydawało się, że dość beztrosko, przemieszczali się lokalni ludzie, tam i z powrotem…

Plecaki nam trochę ciążą – pod koniec mostu stwierdzamy, że trzeba było wziąć rikszę… Ale gdybyśmy ją wzięli, nie mielibyśmy zapewne okazji zobaczenia walki pomiędzy policjantką, a jakąś indyjską kobietą. Nie wiemy, co przewiniła, ale tak się razem szarpały, że Hinduska ostatecznie została pozbawiona jednej części sari (czyli tradycyjnego kobiecego stroju indyjskiego).

image

Idziemy dalej. Jesteśmy już w Nepalu! Jakiś pan goni z kijem jakiegoś drugiego pana. Ale o co chodzi? „Indyjski wariat” – podpowiadają Nepalczycy. Czyli standardowa nagonka na sąsiada zza granicy :-)

Zaraz przed budynkiem, w którym musimy zameldować wejście na nepalską ziemię, zaczepia nas wystrojony w elegancką koszulę i modne okulary chłopak, proponując ranny autobus do stolicy, czyli Kathmandu. My owszem chcemy tam jechać, ale jeszcze dzisiaj w nocy… Chłopak twierdzi, że dzisiaj już żadnych autobusów nie ma, ostatni pojechał o 17, czyli 15 minut temu… Nie wierzymy mu oczywiście. Najpierw jednak i tak musimy załatwić formalności.

Wypełniamy formularze, w paszport wklejona zostaje nam naklejka z informacją od kiedy, do kiedy możemy oddychać nepalskim powietrzem. Wiza kosztowała nas po 40 dolarów (na 30 dni). Pytamy panów o te autobusy. Twierdzą to samo co ten chłopak…hmm…

Idziemy na dworzec. Chłopak nas nie opuszcza, twierdząc, że pracuje dla autobusowego stowarzyszenia, że aktualnie budują w tym miejscu dworzec (faktycznie był tam tylko parking), że nie ma jeszcze kas biletowych, ani żadnej informacji, i że on tu właśnie po to jest, żeby nam pomóc. Następny autobus do Kathmandu jest o 4:30 rano. Innych opcji dla nas nie ma…

Nie z nami te numery. Mówimy mu, że chcemy się trochę rozejrzeć i że jeśli będziemy zainteresowani jego propozycją, to się zgłosimy. Umawiamy się w jakimś hotelu, w którym ten chłopak ma być za 1,5 godziny.

Oczywiście przeszliśmy kawałek i znaleźliśmy drugą część dworca. Bezpośrednich autobusów do Kathmandu faktycznie już tego dnia nie było :-( ale pojawiły się opcje przesiadkowe…

I tak: najpierw mamy jechać jakimś autobusem, który teoretycznie może dogonić ten ostatni do Kathmandu, gdy będzie robił postój na obiad (o 22:30!). Później okazuje się, że ten autobus jednak pojedzie później, bo pasażerowie, którzy go zamówili, nie mogą dotrzeć.

Kolejną opcją jest jakiś inny autobus, który na 5 rano dojeżdża do miejscowości w połowie drogi do Kathmandu, skąd musimy złapać kolejny. Jakiś starszy pan chodzi za nami i powtarza, że ten autobus to „too many problems”, ale nie chcemy go słuchać, bo jednocześnie namawia nas na spanie w jego guest-housie i jazdę porannym autobusem z firmy, w której pracuje. Biznesmen.

Upewniamy się, że do tego autobusu, którym chcemy jechać, ładują tylko tyle osób, ile jest miejsc siedzących (słyszeliśmy, że zdarza się ładować autobusy na fulla po sam sufit). Pan ogarniający bilety twierdzi, że „tak, oczywiście, tylko miejsca siedzące…” To jak tak, to ok! Ryzykujemy. Spanie w tej miejscowości i wstawanie na 4:30, przyniosłoby prawdopodobnie takie samo zmęczenie.

Dostajemy miejsca zaraz za kierowcą. To znaczy za kabiną kierowcy. W autobusie tym, istniał bowiem jakby kokpit, do którego oprócz kierowcy, władowało się jakieś VIP towarzystwo w składzie 2 panie, dzieciak i 1 kolega. Z tego co udało nam się podejrzeć, były tam chyba nawet miejsca leżące…

Ruszamy… W autobusie pasażerów, tyle ile siedzeń… Sytuacja jednak ulega zmianie w kilka sekund po rozpoczęciu jazdy. Około dwudziestu osób wskakuje w biegu do środka pojazdu, z czego może dwie osoby to jakieś panie, a reszta to młodzi mężczyźni. Co się okazuje: rozwozimy towarzystwo po domach. Jeden chłopak, który jedzie najdalej z nich co chwila przyjmuje zamówienie na przystanek po kolei od wszystkich pasażerów na gapę i daje znać kierowcy, waląc (dosłownie) ręką w ścianę „kokpitu”… Kilka uderzeń znaczy „zatrzymaj się”, jedno „możemy jechać dalej”. I tak mija pierwsza godzina naszej jazdy… Na dodatek pada deszcz…

Później jest już spokojniej i udaje nam się nawet trochę zdrzemnąć… W międzyczasie o 22:30 jest przerwa w jeździe na „obiad”, a w środku nocy zatrzymujemy się na chwilę, prawdopodobnie dlatego, że kierowca chce się zdrzemnąć…

13 kwietnia, poniedziałek

Ok. 5 rano budzi nas jakiś pan, pytając „Kathmandu? Kathmandu?”. „Yes, yes…”. Robimy przesiadkę. Wyciągamy nasze plecaki ze schowka. Całe mokre i brudne… Masakra…

W kolejnym autobusie przypadają nam miejsca „na tylnym kole”. Negocjujemy cenę, bo wiemy, że takie są reguły. W Nepalu bowiem drogi są jeszcze o wiele bardziej wybrakowane niż w Indiach i nikt nie chce jeździć na tyłach. Pan spuszcza nam na bilecie z 650 rupii na 600, czyli o jakieś 2 złote…

Jedziemy. W Kathmandu mamy być teoretycznie o 11. Przynajmniej tak twierdził pan zapraszający nas do autobusu. Prawdopodobnie tylko ze względu na to, żeby nas zachęcić. Na miejscu byliśmy bowiem dopiero ok. 16… Spędziliśmy w drodze ponad 20 godzin, więc możecie sobie wyobrazić, jak wyglądaliśmy. A tego, jak dziurawe są drogi w Nepalu, nie da się opisać. No może jedynie literką małe u i duże U, czyli u u U u u U U u u u U u U u u U U u u :-)

Droga wydłużyła się też co prawda z powodu zatoru, spowodowanego stłuczką, gdzie straciliśmy ok. godziny, jadąc w korku.

Trudy jazdy rekompensowały nam choć trochę widoki za oknem. Jadąc przez różne miejscowości i wioski, mogliśmy oglądać sceny z życia codziennego Nepalczyków, a raczej głównie Nepalek, gdyż panów było mniej widać. Najczęściej odchodziło oczywiście pranie w miednicach przed domem i siedzenie na progu w zamyśleniu lub bawienie dzieci.

Pod koniec jazdy, jeszcze w autobusie, zaczepił nas jakiś pan z ofertą noclegową. Przystaliśmy na jego propozycję i podzieliśmy koszty taksówki do centrum. Hotel okazał się w porządku (ciepła woda, internet) i w przystępnej cenie. Zostajemy.
Robimy pranie, bo jesteśmy cali skurzeni. Właśnie, jeszcze a propos dróg, należy nadmienić, że nie dość, że są dziurawe, to w trakcie jazdy tak bardzo kurzy się z jezdni, że nos broni się przed oddychaniem. Nie mówiąc o tym, jak się zanieczyszcza w środku nosa… Większość lokalsów nosi tu maseczki zasłaniające nos i usta. Zresztą powietrze na północy Indii było nie wiele lepsze. Nawet Darjeeling przypawało nas momentami o mdłości.

14 kwietnia, wtorek

/Kathmandu/
image

Jako, że ostatnim czasem narodził się w naszych głowach pomysł przejechania przez Tybet do Chin, robimy dzisiaj rozeznanie za ile możemy to zrobić. Sprawa bowiem nie jest taka prosta. To znaczy nie dla kogoś, kto nie może sobie pozwolić na wydanie fortuny.

Aby przejechać przez Tybet, trzeba udać się do agencji turystycznej i wykupić wycieczkę. Innego wyjścia nie ma. Przemieszczanie się po tym rejonie Chin indywidualnie jest niedopuszczalne… Ponadto trzeba wyrobić specjalną wizę grupową. I wtedy nasze wizy chińskie, które już wyrobiliśmy, ulegają anulacji. Z tym jednak jesteśmy się w stanie pogodzić. Żeby tylko udało się znaleźć tanią wycieczkę…

Rozpytujemy po agencjach. Wszyscy rzucają ceny w okolicach 1500 dolarów… Znaleźliśmy co prawda jakąś ofertę w internecie za ok. 400 dolarów, ale jak się okazało, nie wchodziły w to koszty wizy oraz przylotu i wylotu z Tybetu. A była to wycieczka 4-dniowa i jazda pociągiem odpadała, bo pozwolenie na pobyt w Tybecie obejmowało tylko te 4 dni.

Jesteśmy w kropce. Co tu robić? Nie wydamy tyla kasy za 4 dni pobytu w Tybecie…

Podejmujemy decyzję o szukaniu połączeń do Chin….

Temat co po Nepalu prawie rozwiązany. Zostaje teraz określić się co z trekkingiem. Do wyboru mamy kilka opcji, od kilkudniowych do kilkutygodniowych… Skłaniamy się raczej ku tym dłuższym…

Włócząc się po Kathmandu spotykamy chłopaka z Czech, którego poznaliśmy w Iranie! Być może pamiętacie incydent z Lee, którego poznaliśmy w Turcji, a następnie spotkaliśmy przypadkowo w Esfahanie. Lee podróżował w tym czasie właśnie z tym chłopakiem z Czech!

Okazuje się, że nasz kolega Czech ma już za sobą trekking po nepalskich Himalajach. Przez dwa tygodnie maszerował trasą zwaną Lantang i szczerze nam ją polecał. Jest to trzecia pod względem popularności trasa, przez co mniej oblegana przez turystów, niż trasa pod Everest czy Annapurnę.

Przez chwilę zastanawiamy się nad tą jego trasą. Chodzi nam jednak cały czas po głowie chęć zobaczenia najwyższej góry świata! Jedynym minusem jest to, że trasą tą podąża wielu turystów, co trochę odejmuje uroku górskiej wędrówce…

Jest jednak opcja startu z miejsca, gdzie przez pierwszych kilka dni idzie się podobno praktycznie samemu, gdyż tylko 5% turystów rozpoczyna stamtąd wędrówkę, ze względu na ograniczony czas. A my przecież mamy czas :-)

Po obliczeniu ile może nam w sumie zająć ta trasa, wychodzi dwadzieścia kilka dni. Biorąc pod uwagę, że trzeba sobie wcześniej załatwić pozwolenia na trekking i dojechać do Jiri, a później jeszcze stamtąd wrócić do Kathmandu i doprowadzić się do porządku przed dalszym etapem podróży, wychodzi na to, że musimy przedłużyć nepalską wizę… Jak mus to mus :-) Jutro działamy…

15 kwietnia, środa

/Kathmandu/

Dzień formalności i szał zakupów. Po śniadaniu, którym w Kathmandu była dla nas standardowo Tuphka (tybetańska zupa), ruszyliśmy w poszukiwaniu centrum turystycznego, w którym można wyrobić pozwolenia na trek i kupić bilety wstępów do parków narodowych, przez które będziemy przechodzić. Po lekkim zagubieniu się wśród uliczek Kathmandu, odwiedzeniu całkiem przypadkowo Durbar Square, w końcu trafiamy pod właściwy adres. Droga lekka nie była. Powietrze, aż gęste od spalin…

Centrum Turystyczne zrobiło na nas pozytywne wrażenie. Robili za darmo zdjęcia potrzebne do wyrobienia pozwoleń, a ponadto była dobra kawa też za free :-) Pozwolenia i wstępy kosztowały nas w sumie za dwie osoby 560 zł.

W Centrum Wizowym, oddalonym o ok. 20 minut drogi na nogach, też poszło dosyć sprawnie. Płacisz i masz przedłużoną wizę. 15 dodatkowych dni to koszt 20 dolarów.

Formalności załatwione, pora coś zjeść. Jak człowiek głodny to nie wybrzydza. Trafiamy do małej lokanty serwującej chowmein, czyli makaron podsmażony z warzywami, a ta wersja była akurat nawet z ziarnami ciecierzycy. Dobre i tanie. Porcja kosztowała nas po 25 nepalskich rupii, czyli po 1 zł :-)

W powrotnej drodze do centrum zahaczamy jeszcze o dworzec autobusowy, z którego jeżdżą busy do Jiri. Jest jeden tzw. ekspres o 6 rano. Nie kupujemy jeszcze biletów, bo jeśli nie zdążymy to szkoda kasy. Później są jeszcze jakieś dwa połączenia, ale na nie obowiązują inne bilety…

Przy okazji należy wspomnieć, że w Kathmandu na ulicach panuje chyba większy syf niż w Indiach. Dworzec wołał o pomstę po nieba. Dlaczego oni tak śmiecą?

image

Reszta dnia to zakupy wyprawowe: jedzenie, materacyk do spania w namiocie (wciąż nie zastąpiliśmy tego podziurawionego igłą), podkładka pod namiot (żeby nam się podłoga nie zużywała), kijki, mapa itd. Kupujemy też nepalską kartę sim. Może zadziała czasem internet, a ponadto w naszym hotelu przepaliło jakieś kable, zaraz na następny dzień jak się tam zamontowaliśmy. I choć prąd wrócił, to internet siadł… A my musimy jeszcze kupić te bilety do Chin… I kupujemy :-) 18 maja lecimy do Urumqi, czyli stolicy wschodniego stanu Sinciang…

image

16 kwietnia, czwartek

/Kathmandu – Jiri 1995 m.npm./

Rano pobudka o 4 rano… nie ma lekko… Jesteśmy umówieni z chłopakami z recepcji, że na 5-tą zamówią nam jakąś tanią taksówkę. Oczywiście chłopaki reprezentują sobą jak my to nazywamy „Nepal quality” i zapominają. Jeden próbuje dzwonić po taksówkarzach, ale żaden się na nas nie łakomi…

Zostawiamy w hotelowej kanciapie część naszych rzeczy (aby odciążyć trochę plecaki) i ruszamy w poszukiwaniu podwózki na dworzec. Jest ok. 5:15.

Udaje nam się złapać młodego kierowcę i nawet negocjujemy cenę z 500 na 300 rupii. To i tak sporo, ale biorąc pod uwagę godzinę i to, że nam się spieszy, musimy ten wydatek jakoś przetrawić.

Dojeżdżamy na dworzec. Idziemy do okienka po bilety. Zostały tylko miejsca na samym tyle. Cóż możemy zrobić. Lekko nie będzie, ale pociesza nas myśl, że jak już wysiądziemy z busa, to przez następny miesiąc nasze tyłki nie zaszczycą żadnego tego typu pojazdu :-)

image

Jazda miała trwać 6 godzin, bus w końcu nazywał się ekspres. Oczywiście podróż musiała się przedłużyć… O jedyne 3 godziny ;-) Ściśnięci na tyłach z czwórką innych pasażerów, podskakując na każdej dziurze od 3 do 30 centymetrów w górę, próbowaliśmy nie tracić entuzjazmu i delektować się widokami za oknem. W końcu przemierzamy nowy kraj, poznajemy kolejną kulturę… Oj ciężko o takie podejście, gdy co chwilę, przy kolejnej dziurze, czuje się jak kręgi w kręgosłupie wbijają się jeden w drugi, zza okna wlatuje gęsta chmura spalin, która sprawia, że się dusisz, a z głośników leci piszcząca muza regionalna…

(PS. To co wydobywało się z rury wydechowej naszego busa sprawiało, że miałam wyrzuty sumienia, że nim jadę. Gdy musieliśmy się gdzieś zatrzymać, a później ruszyć, a obok na poboczu stali ludzie, to gdy kierowca dodawał gazu, z naszej rury wydechowej wylatywała tak strasznie czarna chmura spalin, że ci ludzie nie wiedzieli gdzie uciekać :-( masakra )

Pierwszy etap jazdy to przejazd przez Kathmandu. Wietrznie i chłodno. Bardzo, ale to bardzo zanieczyszczone powietrze. Brudno. Kolejny etap to przejazd przez wioski, te same, przez które przejeżdżaliśmy w drodze z granicy do Kathmandu i ostatecznie odbicie w stronę Jiri i jazda w bardziej górskim krajobrazie. Serpentyny, dziury w jezdni, chmura spalin z naszego busa… Otuchy dodaje przystanek na lunch w jakiejś lokancie :-)

W okolicach Jiri zatrzymujemy się na chwilę przy check-poincie, by nasze nazwiska wpisane zostały do zeszytu, że tacy a tacy turyści znajdują się na danym terenie…

Zaraz przed samym Jiri do busa wsiada jakiś pan, który oferuje nam nocleg. Cena (tak jak słyszeliśmy wcześniej) dość atrakcyjna. Na nasze wychodzi 4 zł za pokój. Postanawiamy sprawdzić lokum. W międzyczasie znajduje się drugi pan z taką samą ofertą. Po szybkim rekonesansie wybieramy jedną miejscówkę i odpoczywamy po ciężkiej jeździe busem…

Deal z tanimi noclegami polega na tym, że właściciele liczą na to, że turyści będą się stołować w ich jadłodajni. Nie zawodzimy pana i raczymy się tukhpa wieczorową porą.

image

17 kwietnia, piątek

/Jiri 1995 m.npm. – Shivalaya 1790 m.npm./

Wstajemy dosyć wcześnie, bo ok. 6:30, ale gramolimy się dosyć długo, bo przed nami „tylko” 3 godziny marszu. W sam raz na rozgrzewkę ;)

Pogoda wydaje się nie najgorsza, choć w nocy całkiem nieźle padało i podobnie zapowiada się dzisiejsze popołudnie.

Śniadanie w hostelowej mini restauracji – musli z mlekiem – daje nam sporego kopa energetycznego.

Czas wyruszyć śladami Hillarego i Tenzinga, którzy właśnie z Jiri startowali w 1953 r., aby jako pierwsi w historii zdobyć szczyt Mt. Everestu czyli Chomolungmy lub Sagarmathy jak nazywają tą górę lokalsi. My planujemy dotrzeć „jedynie” do Everest Base Camp na wysokości 5340 m. npm.

Wejście na sam szczyt to droga przyjemność dla bardziej wprawionych górołazów. Koszt uczestnictwa w wyprawie to ok. 60000 $. Może innym razem… ;-)

Cała nasza trasa zwana jest potocznie „Klasyczną drogą” ponieważ większość turystów korzysta z ułatwienia w postaci lotu samolotem do miejscowości Lukla, co skraca trasę do połowy. My jednak wybieramy opcję klasyczną jak za dawnych czasów, która mierzy ok. 190 km…

Przechodzimy przez miasteczko, które już od świtu tętni życiem. Jak zwykle wzbudzamy zainteresowanie lokalsów, a szczególnie dzieci, które przyglądają nam się i z uśmiechem wołają do nas „Namaste”.

 

Do Shivalaya, gdzie zmierzamy, można dojechać autobusem, co oznacza, że prowadzi tam droga. Trwa to, co prawda praktycznie tyle samo co marsz przez góry, ale dla „wygodnych” istnieje taka opcja. My z niej nie skorzystaliśmy, bo trasa piesza wydawała się dobrym przetarciem na początek wędrówki.

Zaraz za ostatnimi zabudowaniami od głównej drogi odchodzi górska ścieżka oznaczona drogowskazem Shivalaya. Profilaktycznie pytamy jeszcze wcześniej lokalsów, czy to dobry kierunek i zaczynamy dreptanie pod górę. Co jakiś czas na drzewach lub kamieniach widzimy pomarańczowe kółko oznaczające szlak.

 

Na początku pogoda zgodnie z planem dopisywała i wspinanie się szło nam dosyć sprawnie. Trasa wiodła przez wzgórze o wysokości 2340 m., aby zejść do Shivalaya na wysokość 1790 m.

Lasek, zielone pola, gdzieniegdzie jakieś domki lub pasące się zwierzęta… bardzo przyjemnie i relaksująco. Obserwujemy wiejskie życie i odpoczywamy psychicznie po „indyjskim zgiełku”.

 

Po ok. 1,5 godzinie przysiadamy w jednym z rozsianych po drodze „Tea Houseów” czyli domków, w których można się napić herbaty lub coś zjeść. Okazuje się, że pan ogarniający chatkę jechał z nami dzień wcześniej busem z Kathmandu do Jiri :) Pijemy pyszną czarną herbatę i raczymy się towarzystwem lokalsów, którzy wpadli do pana na … wino. No właśnie. W co drugim gospodarstwie tutaj pędzi się domowe wino lub piwo tzw. Thongbe.

Czas mija szybko, a pogoda robi się coraz bardziej pochmurna. Pan żegna nas, informując, że do celu jeszcze ok 1,5 h. Idziemy zygzakowatą, kamienistą ścieżką w dół. Zakupione w Kathmandu kijki bardzo nam się przydają. Mijamy kolejne zabudowania i zaczyna pokropywać, a w oddali słychać grzmoty. Przyspieszamy kroku. Kiedy zaczyna się regularna ulewa, chowamy się pod daszkiem jednego z domów. W oczekiwaniu na lepszą pogodę towarzyszy nam mała kózka, z którą Helenka się bardzo zaprzyjaźniła. Po chwili dociera również przemoczona pani właścicielka.

 

 

Przenosimy się do domu obok, który okazuje się „Tea Housem” i kolejne 20 min spędzamy na herbatce. Na poprawę pogody raczej nie ma szans, a do celu jeszcze dobra godzina drogi. Ubieramy kurtki, pokrowce na plecaki i ruszamy.

Gdy docieramy do Shivalaya jest już 15:30 i zaczyna się przejaśniać. Postanawiamy nocować w Gest housie poleconym przez pana w Jiri, który jest pierwszym po wyjściu ze szlaku. Warunki w miarę okej, choć w wersji spartańskiej ;) Koszt 100 rupii, czyli 3,50 PLN za dwójkę. Za to jedzenie meega drogie.

 

Noclegi są bardzo tanie, licząc na to, że zarabiają na jedzeniu. Niestety nie tym razem, bo pan lekko przesadził…

Dla porównania zupa Thukpa z makaronem 250 rupii, a kilka domów dalej w „lokalnej knajpce” 30 rupii. Dlatego akurat tego dnia stołujemy się poza miejscem noclegu, zajadając smaczne Chowmain i Momosy z wołowinką.

 

Po zamontowaniu się w hostelu rozwieszamy mokre rzeczy na balkonie. Niestety zostawiamy je aż do zmroku, a osiadająca wieczorem rosa sprawia, że stają się jeszcze bardziej mokre :( Ponieważ kluczowe były dla nas buty, to w ramach inwencji suszymy je nad… świeczkami. Ot taka „romantyczna” chwila ;)

 

Wieczorem całe miasto zbiera się na mini ryneczku/placu przy, zaaranżowanej na szybko scenie. Wszystko to z okazji imprezy noworocznej. Dzisiaj witamy rok 2072! Są śpiewy, tańce i konkursy. Jest nawet jakaś znana lokalna piosenkarka.
Siadamy na ławce i obserwujemy. Klimatu dodaje fakt, że w całym mieście nie ma prądu. W wielu oknach świeczki lub lampki na baterie, tylko scena porządnie oświetlona, dzięki generatorowi. Gdyby nie on, nie działałby też głośnik i mikrofon…

Spotykamy jeszcze Amerykanina, który jutro tak jak my wyrusza na trasę, z tym że z przewodnikiem i tragarzem. Kosztować go to będzie 40 $/dzień.

Impreza nieźle się rozkręciła, a my postanawiamy dokończyć nasz wpis blogowy o Indiach. Wszystko to poskutkowało tym, że idziemy spać dopiero ok 1:00.

18 kwietnia, sobota

/Shivalaya 1790 – Deurali 2715 m.npm./

Alarm budzi nas o 6:00. Śniadanie serwuje Helenka. W menu owsianka z rodzynkami i kawa :) „Procedury startowe” nadal lekko niedopracowane, więc ruszamy dopiero o 8:00 :) Ja odwiedzam pana strażnika, który sprawdza nasze pozwolenia na wejście do parku, a Helenka szukając owsianki, zapoznaje się z sympatyczną parą czesko-niemiecką (Kristiną i Samem), którą od tamtego dnia mijaliśmy wielokrotnie.

Tego dnia planowaliśmy dotrzeć do Bandhar, jednak pogoda znów pokrzyżowała nam plany.

Początek trasy to prawie 3,5 godziny podejścia na 2730 m. Zaraz na początku robimy długi postój na pobliskim wzniesieniu. Wszystko dlatego, że akurat tam działał internet z naszej nepalskiej karty i mogliśmy wrzucić nasz wpis.

W dalszej trasie towarzyszy nam sympatyczna pani, która co rusz dopytuje się, czy nie jest nam za ciężko i czy nie przejąć od Helenki plecaka ;) Pani po angielsku znała jedynie słowo „Yes”, co nie przeszkodziło jej w ciągłych próbach nawiązania z nami konwersacji.

 

Tak się zresztą zawzięła za pomaganie nam i opiekowanie się, że w pewnym momencie poczuliśmy się jej towarzystwem lekko „przytłoczeni”. Niemniej jednak w trójkę dotarliśmy aż na samą górę przesmyku zwanego Deurali. Droga wiodła przez kolejną porcję wiejskich widoków, kwitnących rododendronów (te z czerwonymi kwiatami to jeden z symboli Nepalu) i rozsianych po trasie „Tea Houseów”.

Po dotarciu do Deurali, marzy nam się jakaś dobra zupa. Dosyć nas to podejście wyczerpało. Na szczęście do dyspozycji mamy aż 3 miejsca gdzie można coś zjeść :) Pani rekomenduje nam jedno z nich, a sama podąża dalej ścieżką w stronę Bhandar.

Dookoła widać szczyty gór oprószonych śniegiem, a my zajadamy się pyszną zupką z makaronem, przyrządzoną na naszych oczach.

 

 

Lokal, w którym się stołowaliśmy, był równie urokliwy. Z zewnątrz zbudowany z kamienia, w środku cały w drewnie, z piecem typu koza na środku jadalni. Ale najfajniejszym miejscem do siedzenia były 3 stoliki, znajdujące się w kuchni. Półki obstawione przetworami różnej maści, ogromny piec ulepiony z gliny i krzątające się za ladą panie. Cokolwiek by tam nie przyrządziły z pewnością byłoby pyszne. My dostaliśmy zupę z makaronem, podsmażonymi warzywami i pokrojonym w paski omletem. Do tego obowiązkowa herbatka z cytryną. Lokal ten pełnił też funkcję mini fabryki serów. A ser nie byle jaki, bo z mleka Jaka. No więc nie omieszkaliśmy spróbować zestawu ze świeżo upieczonymi chapati. Pycha!

 

Ok 14:30 znowu zaczęło padać, a potem nawet sypać gradem. Tak więc postanowiliśmy nie schodzić już do Bandhar tylko nocować tutaj. Zresztą do Bandhar była tylko godzina, więc stwierdziliśmy, że nadrobimy to rano dnia następnego. Resztę dnia spędzamy na czytaniu książek i poprawianiu błędów w świeżo wrzuconym wpisie. Pogoda za oknem deszczowo-burzowa, więc idziemy spać trochę wcześniej niż zwykle. Zwłaszcza że jutro czeka nas ponad 7 godzin drogi…

19 kwietnia, niedziela

/Deurali 2715 – Bhandar 2190 – Kinja 1630 – Sete 2985 m.npm./

 

 

Poranek wita nas wyłaniającymi się z mgły pięknymi widokami. Ponieważ w planie mamy nadrobienie wczorajszych „zaległości” to już o 6:15 siedzimy na porannej kawce z paniami, które oporządzają lokal. Po raz kolejny zachwycamy się wystrojem kuchni, przetworami na ścianach i lepionym z gliny piecem.

Czeka nas godzinka spaceru w dół do Bandhar gdzie planowaliśmy śniadanie. Wioska znajduje się w dolince, a ścieżka wiedzie dosyć mocno w dół. Wiedzeni porannym głodem docieramy tam raz dwa. Główna uliczka, przy której znajduje się większość guest housów o 7:45 tętni już życiem. Jakieś dzieci bawią się w najlepsze, panowie handlują, a panie krzątają się w restauracyjnych kuchniach. Przystajemy w pierwszym z brzegu i zamawiamy cztery „suche” naleśniki, planując polać je posiadanym miodem. Naleśniki okazują się plackami grubości 0,5 cm, więc najadamy się do syta. To dobra baza na kolejne godziny wędrówki.. :)

 

 

 

Przy wyjściu z Bandhar w oddali widzimy już pierwsze ośnieżone szczyty Himalajów, wyłaniające się zza chmur. Taki widok powoduje, że chce się iść dalej i obejrzeć to wszystko z bliska. Najpierw jednak czeka nas kilka sporych podejść. 500 m w górę i 500 w dół… a potem kolejne 900 m w górę… żeby wylądować na podobnej wysokości z jakiej wystartowaliśmy rano, czyli ok. 2700 m npm.

 

 

 

Po drodze zatrzymujemy się w kolejnej sympatycznej wioseczce Konjia, wciśniętej gdzieś między zbocza gór. Życie toczy się tutaj swoim, nieco wolniejszym torem. Kilka mini straganów, oferuje najpotrzebniejsze produkty, trzech panów rozłożyło, przyniesione do miasta (na własnych plecach) produkty na głównym placu. Część ludzi z zainteresowaniem śledzi dwóch białych turystów przemierzających miasto… dzień jak co dzień. Nie widać tu zbytniego pośpiechu ani nerwowości dnia codziennego. Ludzie wydają się szczęśliwi z tego, co mają i sposobu życia, jaki przyszło im prowadzić. Herbatka cytrynowa w jednym z lokali plus wcześniej zakupiony imbir dają nam dodatkową energię na ostatnie podejście do Sete… czyli 900 m wyżej od Konji.

 

 

 

To był bardzo wyczerpujący fizycznie dzień z blisko 9 godzinami wędrówki. Kierujemy kroki do pierwszego na trasie guesthousu i korzystamy z wliczonego w cenę (8 zł za 2 os.) pokoju, gorącego prysznica. Zamawiamy też gorącą Thukpę. Nie była ona może tak „wypasiona” jak dzień wcześniej, ale dała radę.

Wymaglowani porcją aktywności fizycznej padamy znużeni…

20 kwietnia, poniedziałek

/Sete 2985 – Lamjura Pass 3736 – Junbesi 2700 m.npm/

Wpadliśmy w rytm wczesnego wstawania i to jest super opcja, zwłaszcza przy kapryśnej nepalskiej pogodzie, która popołudniami lubi zaserwować deszcz.

Tak wiec pobudka 5:30. Kawa, owsianka i pakowanie. Ok 7:00 startujemy :) Co do wystawiania to przydał się też trening z łososiowej fabryki…
image

image

Poranek przymglony, ale z każdą godziną pogoda staje się coraz lepsza, a temperatura wyższa. Przed nami kolejne 6-7 godzin marszu przez rododendronowe lasy i gospodarstwa porozrzucane na stokach himalajskich wzgórz.

Droga z Sete wiedzie lekko w górę i tak z 2700 m npm, wspinamy się aż na 3700 m. na Lamjura Pass, co stanowi punkt przełomowy z którego zaczyna się schodzić w dół. Docieramy tam w godzinach południowych i zdążyliśmy już zaliczyć dwie herbatki w tea housach. Chodzenie przychodzi nam coraz łatwiej i pomimo sporych odległości i czasem ponad 1000 metrów przewyższenia, nie męczymy się już tak bardzo. Jedyne o co należy dbać to picie i odpowiednia dawka pożywienia.
image

image
image

image

Mijamy też po drodze spore stadko pasących się jaków. Długowłose, podobne do bawołów stworzenia sprawiają wrażenie jakby przeniosły się tutaj z czasów prehistorycznych. Przyglądamy się im chwilkę i robimy zdjęcia. Góry, jaki, ścieżka, modlitewne stupy… wszystko to tworzy bajkowo-magiczny klimat. A przecież najlepsze jeszcze przed nami :)

Lamjura Pass to pierwsze na naszej trasie tak wysoko położone miejsce, ale nie czujemy żadnych oznak choroby wysokościowej.

Rozpoczynamy ostre zejście w dół do położonego o 1000 m. niżej Junbesi. Kolana znów dostają lekko w kość i gdyby nie kijki byłoby dużo ciężej. Spotykamy po drodze dwie 50-60 letnie panie z Zakopanego. One wraz ze swoim przewodnikiem idą w przeciwnym kierunku, czyli w górę. Panie są tu już 5 raz i gdyby nie choroba jednej, zmierzały by właśnie tam gdzie my, czyli do Everest Base Camp. Rispekt :) Zamieniamy kilka zdań i życzymy sobie powodzenia w dalszej wędrówce. Panie udają się do Pokhary na rekonwalescencję i może jakiś mniej wymagający trek.

Po wyjściu z lasu mijamy całą karawanę tragarzy oraz kilku nepalskich przewodników szukających… no właśnie nie wiadomo czego ;) Na początku nam się zdawało, że szukają jakiejś „tajnej ścieżki”, ale okazało się, że poszukują miejsca na obozowisko. Jakieś pół godziny za nimi podążała grupa ok 10 „hamerykańskich” turistas wraz z kolejnym przewodnikiem. Nie wyobrażamy sobie aby ktoś inny tachał za nas namiot i pozostały ekwipunek, ale być może za 30 lat zmienimy zdanie ;)

Mijamy kilka domów i świątynie buddyjską w wiosce Taktor, a ostatni odcinek przebywamy w towarzystwie zbiegających z umiejscowionego powyżej Junbesi klasztoru, młodych buddyjskich mnichów. My z kijeczkami i w trekingowych butach ostrożnie stawiamy kroki na stromej kamienistej ścieżce, a oni w zwykłych klapkach, bawiąc się w najlepsze, biegną na „złamanie karku” :)
image

image

Po dotarciu do celu zastanawiamy się który by tu lokal wybrać na dzisiejszą noc. Trafiamy do Apple Garden Guest House gdzie nocleg mamy za 100 rupii czyli 3,5 zł, znów jednak kluczem do wszystkiego okazują się ceny jedzenia, a te nie były najniższe.

Zamawiamy jakiś smażony ryż i zapiekane ziemniaki wraz z obowiązkową herbatką. Wszystko za ok 30 zł. Plusem lokalu było to, że w jadalni była koza (piec a nie zwierzę ;)) przy której można się było ogrzać.

Wraz z nami, mieszkańcami lokalu była jeszcze dwójka turystów ze Stanów Zjednoczonych, w wieku naszych rodziców. Po krótkiej rozmowie okazało się jednak, że pani jest Polką, która do USA wyjechała w latach 80. Oboje z mężem mieszkają w Kalifornii, a obecnie są w trakcie swoich 3 miesięcznych wakacji. Zresztą ich pobyt w Nepalu to lekki przypadek, bo po prostu znudziła im się Tajlandia i stwierdzili, że chcą się udać w nieco zimniejsze górskie klimaty… i tak właśnie tu wylądowali :)

Ponieważ wcześniej podróżowali głównie po ciepłych rejonach (Tajlandia, Australia, Nowa Zelandia), nie mieli ze sobą żadnych sprzętów do turystyki górskiej, nie mówiąc już o przygotowaniu fizycznym. To jednak nie stanowiło zbyt dużej przeszkody i wszystko co potrzebne dokupili w Kathmandu :) I tak z tajskich plaż przenieśli się w himalajskie klimaty co było dla nich nie lada wyzwaniem. Na szczęście (dla nich – jak sami twierdzili), kiedy się spotkaliśmy, oni kończyli już swój trek (przeszli z Jiri do Junbesi), a Everest planowali zobaczyć z pokładu samolotu widokowego :).

Niemniej jednak było to miłe spotkanie zakończone zaproszeniem nas do Kalifornii, gdybyśmy byli w okolicy.

Ok 21:00 jesteśmy już w pozycjach horyzontalnych i witamy się z Orfeuszem ;)

21 kwietnia, wtorek

/Junbesi 2700 – Ringmu 2720 – Taksindu 3070- Nunthala 2194 m.npm./

Tym razem wyruszamy z godzinnym poślizgiem robiąc jeszcze zakupy i przyglądając się szkole ufundowanej przez pierwszego zdobywcę Everestu Sir Edmunda Hillarego.

Najpierw lekko w dół do rzeki i przez mostek a potem łagodnie wspinamy się w górę ścieżką wijącą się wzdłuż zbocza. Rozmowy schodzą na tematy okołobiznesowe, więc czas płynie nadzwyczaj szybko i nie wiedzieć kiedy jest już 10:00. Czas na tradycyjną przedpołudniową herbatkę, którą raczymy się patrząc na wyłaniające się z chmur Himalaje.

Do standardowego „zestawu regeneracyjnego” (krakersy, bakalie i ciastka) dokupujemy trochę lokalnego sera żółtego i podziwiamy roztaczające się dookoła widoki. Przy bezchmurnej pogodzie widać stąd również najwyższy szczyt świata, ale tym razem nie udało się go jeszcze dostrzec. Właściciel chatki pokazuje nam jednak zdjęcie wykonane właśnie z tego miejsca z widokiem na Everest.

W oddali widać spory ruch przy stupie znajdującej się około 20 min drogi od nas. Po chwili ląduje tam też helikopter. W pierwszym momencie wydaje się, że to jakiś wypadek i ewakuują rannego. Lokalsi tłumaczą nam jednak, że to jeden z ważnych duchownych – Lama, przybył tu aby się pomodlić.

Kilka lat temu, w tamtym miejscu, spadła ze skarpy pewna mieszkanka pobliskiej wioski. Na pamiątkę tego tragicznego zdarzenia, jej syn wzniósł w tym miejscu stupę. Aby podnieść rangę tego miejsca i jeszcze bardziej je uświęcić, zaprosił on właśnie tegoż Lamę, aby się tu pomodlił i pobłogosławił to miejsce. A że Lama na nogach miałby tu daleko i jest już wiekowy, to przyleciał helikopterem… Takie rzeczy tylko w Nepalu ;)

Maszerujemy więc, aby przyjrzeć się „akcji” z bliska. Sporo lokalsów, mini ołtarzyk, namiot do modlitwy i gratisowa herbatka z mlekiem :) Całości klimatu dodaje fakt, że straszliwie wieje co chwilę zwiewając jakiś element wyposażenia.

Siedzimy może 30 min., obserwując przychodzących i odchodzących mieszkańców. Widać, że cała ceremonia ma dosyć luźny charakter.
image

image

image

image

Przed nami kawał drogi, więc po pewnym czasie opuszczamy „ekipę” i ruszamy dalej. Tzn prawie ;), bo właśnie zza chmur wyjrzało kilka ośnieżonych szczytów. A jako że znajdowaliśmy się w miejscu skąd teoretycznie można było zobaczyć Mt. Everest, postanowiliśmy poczekać chwilkę i zobaczyć czy się bardziej nie przejaśni.

Po 20 minutach pojawiają się zza naszych pleców Kristina i Sam (poznani w Shivalaya), którzy witają nas swoim „hey” :). Kilka minut zajmuje nam wymiana informacji co i jak. Oni szli alternatywną do nas drogą do Bandhar, omijając przy tym konieczność kupna wejściówki do parku za 2000 rupii od osoby. Wszystko dobrze, gdyby się lekko nie pogubili co wydłużyło trochę ich trasę. Ruszają kilka minut przed nami..

Trasa wiedzie wzdłuż zbocza lekko w dół przez kolejne 40 min. Tak docieramy do rzeki i kolejnego podwieszonego nad nią mostu. Każde przejście po takim moście, z szumiącą 100 m niżej, pod stopami wodą, podnosi lekko poziom adrenaliny. Maszerujemy bez większych przystanków i pokonujemy każdy taki most w miarę sprawnie.

Przed nami 200 m podejścia do wioski Ringmo, w którym znajduje się m.in. mini wytwórnia serów (to już kolejne takie miejsce na naszej trasie, a sery z mleka jaka są naprawdę smaczne). Na podejściu doganiamy naszą znajomą ekipę i razem robimy przystanek pod centralnie położoną stupą.

My pijemy tylko wodę i ruszamy dalej. Kristina i Sam zatrzymują się na jakieś zakupy. Kluczowym elementem dnia było kolejne, blisko 400 m. podejście do Taksindu Pass na 3070 m npm. Początkowo wśród domów, potem wśród znanych już nam rododendronów.

Człap człap pod górkę… po drodze spotykamy idących w przeciwnym kierunku Amerykanów. Pytają jaki jest nasz cel i opowiadają jak wygląda droga do Everest Base Camp. Oni trafili na ładną pogodę, widoki i tylko ciut śniegu już na ostatnim odcinku. Mówią, że w ostatnich dwóch miejscowościach (Lobuche i Gorak Shep) jest strasznie drogo i im przyszło zapłacić za nocleg aż 3000 rupii. Dużo. Na pożegnanie dostajemy prezent: końcówkę do korzystania z prądu przez kinkiet z żarówką. Bardzo, ale to bardzo przydatna sprawa, która w kolejnych dniach oszczędziła nam sporo pieniędzy (jako że w wielu pokojach jest tylko światło, a ładowanie sprzętów jest płatne np. 200 rupii/h).

Jeszcze 30 min „wspinaczki” i dochodzimy do buddyjskiej bramy wyznaczającej „przełamanie” ścieżki, która od tamtego miejsca zaczyna biec w dół. Jeszcze na górze, przez bramę widać kolejne juz dzisiejszego dnia ośnieżone szczyty pięcio- i sześciotysieczników. Robimy kilka zdjęć i znów dołącza do nas ekipa czesko-niemiecka :) (trochę jak regaty, bo raz oni nas, a raz my ich doganiamy).

image

image

image

Zaczyna kropić, więc przywdziewamy kurtki i pokrowce na plecaki. Zanosi się na większą ulewę, choć do Nunthala gdzie dziś planujemy spać, tylko 1,5 godziny. My przystajemy na herbatę w mini teahouse prowadzonym przez jakąś rodzinkę. Pytamy po ile Lemon tea? 30 rupii (w komunikacji pomaga nam zatrzymujący się tam młody gość). Potwierdzamy cenę raz jeszcze i zaraz potem popijamy już ciepły, lekko kwaskowaty napój. Faktycznie się rozpadało, a że jest dopiero 14:00, możemy oszczędzić sobie iście w deszczu. W czasie jak pijemy, Kristina i Sam maszerują w deszczu dalej, obok naszego teahouse i nas zachęcają do tego samego ;)

Kończymy herbatę i chcemy płacić. Wg. moich obliczeń wychodzi 60 rupii, ale lekko znieczulony lokalnym winem Pan właściciel (który notabene nagle odzyskał zdolność komunikacji po angielsku) twierdzi że 100 rupii, bo jedna herbatka kosztowała 50. Mówię, że przecież pytałem wcześniej i mówił wyraźnie 30. Tree.. zero… Ja swoje a on swoje. Na domiar złego wyciąga jakieś „tajne” menu w którym jest napisane lemon tea – 50. Nasz kolega/tłumacz tylko się uśmiecha i wzrusza ramionami. Płacimy 100 i lekko poirytowani wychodzimy.

Ścieżka wije się i opada raz lekko raz bardziej stromo. Co jakiś czas mijamy Geasthouse lub teahouse, w jakimś opuszczonym domu „koczuje” dwóch turystów czekających na koniec opadów. ok 15:40 docieramy do Nunthala. Kilkanaście domów, szeroka ścieżka, z której wyłania się mini placyk stanowiący centrum. Kilka sklepików, reszta to przybytki dla turystów i innych wędrowców.

Pytamy w pierwszym, nauczeni doświadczeniem o: cenę pokoju i dhal bath (ryż z soczewicą i warzywnym curry). Pokój 100 rupii jak weźmiemy dal bhat za 300. Idziemy „obadać inne opcje”. W ttm czasie Kristina i Sam oblecieli już wszystkie „spaniowe przybytki” w okolicy i znaleźli miejsce gdzie pokój jest gratis jak tylko zakupią obiad i śniadanie. My dogadujemy się z właścicielką podobnie (z tym że bez śniadania, które chcieliśmy przygotować sami).

Pokoje oddzielone jedynie grubością płyty pilśniowej, a ściany obklejone lekko obdartym papierem. Szału nie ma, ale „darowanemu koniowi…” po godzinie zasiadamy w jadalni oczekując na dal bhat. W międzyczasie rozwija się dyskusja a raczej opowieść o naszych poprzednich wojażach i przygodach. Nasi znajomi również podróżują od kilku miesięcy i wcześniej byli m.in w Nowej Zelandii, Malezji i Indonezji.

Wieczór mija nam przyjemnie i szybko. Nie psuje go nawet lekko „podrabiany” obiad zaserwowany przez panią, bo bez warzywnego curry (które zawsze w tej lub innej formie jest w standardzie).

Jutro kolejny raz pobudka wcześnie rano, więc ok. 21:00 każdy jest już w swoim pokoju. Lulu.

22 kwietnia, środa

/Nunthala 2194 – Jubhing 1680 – Bupsa 2360 m.npm./

„Procedury startowe” i tym razem nie zawiodły. W promieniach wschodzącego słońca już o 6:45 jesteśmy gotowi do wymarszu.

Najpierw 1,5 stromego zejścia po naszych nieulubionych kamyczkach (duże obciążenie dla kolan i łatwa możliwość zwichnięcia sobie nogi), aż do płynącej dolinką rzeki, a potem blisko 700 m podejścia do wioski Bupsa na wys. 2350 m npm.

W połowie drogi w miejscowości Kharikhola zatrzymujemy się na herbatkę i „posiłek regeneracyjny”. Mija nas przy okazji sporo ekip z osłami wracającymi z Namche. Wielu poganiaczy (pewnie świętując pozbycie się swojego ładunku) mocno „zawianych”… ;) Mieścinka ciągnie się wzdłuż zbocza i wbija lekko w kotlinę, którą płynie rzeka. Jest bardzo malownicza i wydaje się być sympatyczna (ze stupą górującą na szczycie cypelka w oddali i ułożonymi na kilku poziomach polami uprawnymi).

Panie z miejscówki gdzie raczymy się herbatką polecają nam znajomy guesthouse w Bupsie o nazwie Everest View.

Rach ciach i ruszamy dalej. Jeszcze godzina przed nami a to dopiero 12:30. Jeśli wszystko pójdzie sprawnie, będziemy mieli całe popołudnie na relaks. Tak też się dzieje :) już o 13:30 jesteśmy na miejscu i negocjujemy warunki podobnie jak w Nunthala. Nocleg gratis jeśli zjemy obiad. Jest nawet ciepły prysznic za 100 rupii/osobę i darmowe wi-fi (choć bardzo wolne). Czego chcieć więcej :) Bupsa to tylko kilka domów, w których zjeść i przespać mogą się turyści i mini świątynia buddyjska usytuowana na wzgórzu.

Nasi znajomi (tym razem to my przetarliśmy noclegowy szlak) docierają jedynie godzinę później i tak znów w naszym czteroosobowym gronie spędzamy popołudnie i wieczór.

23 kwietnia, czwartek

/Bupsa 2360 – Churikhurka 2687 m.npm./

7:00, plecaki na plecach, ruszamy jak zwykle wcześnie, tak aby planowane 6-7 godzin chodzenia, pozwoliło nam jeszcze na kilka godzin popołudniowego odpoczynku. W momencie wychodzenia mijamy się z Kristiną, która właśnie zeszła na dół na śniadanie. Razem z Samem wyruszą godzinę po nas.

Najpierw niewielkie 200 -300 metrowe podejście a potem lekko opadająca długa ścieżka wzdłuż wzgórza. W oddali majaczy już dolina Khumbu a nad nią latające co chwile samoloty i helikoptery doworzące setki turystów do Namche. Przed nami jeszcze kilka godzin i wzgórz do ominięcia.
image

image

image

Idzie się bardzo przyjemnie bo nie jest mega stromo, a ścieżka jest dobrze utrzymana. Jedyne utrudnienie to cała masa lub cały „pociąg towarowy” osłów niosących na swoim grzbiecie towary na sobotni targ w Namche. Strasznie je ciężko wyminąć na wąskiej ścieżce (zwłaszcza że jak się taki jeden zestresuje, to może Ci odwinąć kopytkiem;)), a dodatkowo strasznie smrodzą i zostawiają „miny poślizgowe”…

Po kilku godzinach marszu, mijamy sympatyczną starszą Angielkę wraz z tragarzem i przewodnikiem. Wraca właśnie z rejonu Everestu i mówi, że bardzo tam ładnie. Po chwili rozmowy wynika, że jest Angielką, a dowiedziawszy się skąd jesteśmy wspomina, że była w Polsce … 50 lat temu :). Skoro 70-letnia pani dała radę wydrapać się do Everest Base Camp, to i może my damy radę (przyznam, że to zdeprecjonowało trochę ten trek w moich oczach).

Ok 12:00 przechodząc obok jednej z nimi restauracji, zauważamy dwóch poganiaczy osłów, jedzących jakiś „wypasiony” dal bhat. Dwa razy nie trzeba zapraszać, więc zamawiamy dwie porcje. Fura ryżu, pyszny sosik z soczewicy, ziemniaki plus zieleninka w przyprawie curry i mini omlet jajeczny… no czego chieć więcej? Spędzamy u pani kolejne 1,5 godziny popijając herbatkę i czekając aż „się ułoży”. Rozrywki dostarcza nam kanał National Geographic lecący w TV. W tym czasie, po raz kolejny już w ostatnich dniach, mija nas… czesko-niemiecka ekipa :)
image

Po posiłku jakby tak ciężej przekłada się nogi. Za kolejnym zakrętem niewielkie podejście i widać już w dole Surke, a nad nim majaczy w oddali Lukla, czyli początek trasy dla wielu, co bardziej wygodnych turystów… Raczymy się cytrynową herbatką z widokiem na himalajskie zbocza. Helenka serwuje kolejną porcję słodkości mających nam dodać energii na ostatni odcinek naszej trasy.
image

Zejście do Surke to prawdziwe zabójstwo dla kolan. Stromo, duże stopnie i praktycznie non stop w dół. Ponieważ jest jeszcze w miarę wcześnie, a my czujemy się dobrze, postanawiamy nadgonić jeszcze kawałek. Ponieważ w teorii mamy się piąć w górę, to tyle samo ile zeszliśmy, musimy spowrotem wydreptać. Tak mijają kolejne godziny, a my mozolnie wspinamy się wśród domów, skał i drzew, aż do Churikhurka, gdzie nasze „akumlatory” ulegają wyczerpaniu. Jest ok 16:00 czyli jesteśmy w drodze już 9 godzin.

Szukamy zatem opcji noclegowych. Tu drogo, tam pustawo. Dużo hosteli pozamykanych, bo główny sezon dopiero we wrześniu. W końcu trafiamy do pani, która proponuje pokój za 100 rupii. Do tego negocjujemy chiapati na śniadanie i imieninowe piwo za 200 rupii (ok 7 zł). No bo tak się złożyło, że miałem akurat tamtego dnia imieniny, o czym przypomnieli mi smsem rodzice :)

Pozostały wieczór to relaks w pozycji leżącej, czytanie książek i próby łapania zasięgu komórkowego ;)

24 kwietnia, piątek

/Churikhurka 2687 – Namche 3400 m.npm./

Na śniadanie umawiamy się o 6:30. Pani krząta się już w kuchni a jeszcze nieupieczone chiapati leżą gotowe już na stole. Cała akcja poprzedzona zostaje kawą zrobioną w pokoju i raz dwa tym razem kilka minut po siódmej wyruszamy.

Dzisiejszy plan zakładał dotarcie przed Namche i rozbicie namiotu. Pozwoliło by to kolejnego dnia z rana, spokojnie wydrapać się na 3400 m npm na jakich znajduje się Namche Bazar i rozpoczęcie aklimatyzacji.

Cały czas podąża się wzdłuż rzeki, którą czasem przekraczamy no drugą stronę, za pomocą mostów linowych.

Na szlaku zaczyna się pojawiać coraz więcej turystów wraz z ekipami tragarzy i przewodników. To znak, że dołączyliśmy już do głównego szlaku idącego z Lukli. Wraz z turystami widzimy coraz większy wysyp guesthousów, piekarń, sklepów i tea housów. Ceny wydają się być nadal całkiem rozsądne, choć czasem ktoś wyskoczy np. z herbatą za 150 rupii (normalna cena to ok 30-50 rupii).

Jak ktoś dopiero co przyleciał z zagranicy i po przesiadce w Kathmandu wysiadł w Lukli to pewnie myśli, że to mega tanio…
image

Na jednym z kolejnych podejść, spotykamy pana z Polski w wieku ok 50 lat z dwuosobową „obstawą”. Jego cel to Kalla Lathar i Everest Base Camp, czyli to co u nas. Wygląda na dobrze przygotowanego i zorganizowanego, ale troszkę inny styl niż nasz (lot do Lukli, przewodnicy, mały plecak – gruby portfel ;)). Zamieniamy parę słów i puszczamy ich przodem.

Gdzieś w okolicy wioski Ghat zaczynamy rozglądać się za czymś do jedzenia i herbatą. Podpytujemy w kilku miejscach i w końcu lądujemy na Thukpie u sympatycznego nepalskiego małżeństwa. Pan był skory do negocjacji, więc wytargowaliśmy po 150 rupii od osoby, z czego chyba pani była mniej zadowolona, ale słowo się rzekło i dwie zupy plus herbata kosztuje nas 14 PLN :)
image

Zamieniamy z panem dwa słowa o dalszej trasie – jest szerpą i zna te okolice dosyć dobrze. Pytamy też czy jest opcja rozbicia namiotu jeszcze gdzieś przed Namche? Podobo jak poszukamy to jest możliwe… (choć stwierdzenie to pada bez przekonania). Obmyślamy plan, który zakłada rozbicie się w miejscu gdzie jest widok na Everest i poranne wyruszenie do Namche. Tym sposobem moglibyśmy zaoszczędzić nieco na noclegu i wykorzystać w końcu namiot, który „tachamy” ze sobą od początku treku.

Niestety plany krzyżują się, gdy docieramy w okolice Monjo, a z miejscem na namiot słabo… dodatkowo zaczyna się psuć pogoda co tym bardziej zachęca nas do zaniechania naszego planu. Los zatem wpycha nas na wspinaczkę do samego Namche, które oddalone jest o 2 h drogi równo… pod górkę (ok. 600 m wyżej). I tak przechodzimy koło rzeki, mijamy kolejny most linowy i zaczynamy mozolną wspinaczkę, uzbrojeni w parasole i kurtki przeciwdeszczowe (taki patent, który pozwala zaoszczędzić sobie przemoczonych butów i spodni).

Do celu docieramy na „resztkach paliwa” bo to w końcu 10 godzina naszej dzisiejszej wędrówki. Normalnie ludzie dzielą tę trasę na dwa dni, ale jakoś tak wyszło ;)

Namche położone jest na 3400 m npm i jest głównym miejscem wypadowym na trasy do Everestu, Lothse, Gokyo, Island Peak i inne pomniejsze trasy. Miasteczko jest sporych rozmiarów i mieści się w kotlince zawieszonej na jednym ze zboczy. Kształtem przypomina amfiteatr, gdzie budynki ułożone są na wielu poziomach tworząc półkole otwarte w stronę zbocza góry, z widokiem na kilka szczytów. Jest tu sporo hosteli, restauracji, sklepów ze sprzętem turystycznym, jedzeniem i straganów z pamiątkami. Słowem wszystko co potrzebne turystom, których kotłuje się tutaj całkiem sporo. Jest to także miejsce w którym rekomendowany jest tzw. dzień aklimatyzacji, czyli przyzwyczajenia organizmu do wysokości, co było też i w naszych planach.

Chwilę rozglądamy się po okolicy obmyślając gdzie by tu zlokalizować jakiś tani nocleg, po czym ni stąd ni z owąd zjawia się jakiś pan i prowadzi nas do „zaprzyjaźnionego ” hoteliku” z noclegiem za 200 rupii (my wcześniej odwiedziliśmy m.in. Nest hostel w którym krzyczą sobie z pokój 1800!). Czasem warto się na taką pomoc otworzyć. Pokój czysty, jest internet i porządna łazienka, no i te widoki…

Kolejnym intensywmy dzień zmusza nas do w miarę wszesnego położenia się spać.
image

25 kwietnia, sobota

/Namche 3400 m.npm/

Za nami leniwy poranek. Dziś robimy dzień aklimatyzacji w Namche. Jesteśmy na wysokości 3400 m. npm, więc możliwym jest wystąpienie choroby wysokościowej. Dlatego stosujemy się do zaleceń i odpoczywamy…

Wchodzę do pokoju z garnuszkiem dopiero co zagotowanej na korytarzu wody (tylko na korytarzach są kontakty, a korzystamy z grzałki). Podchodzę do parapetu, żeby postawić garnuszek i wrzucić do niego torebkę herbaty. Nagle okna zaczynają się trząść. „Ale wiatr” – komentujemy. Zostawiłam otwarte dzrzwi, pewnie przeciąg… Matko, ale wieje… Ale dlaczego budynek zaczyna chwiać się na boki… Natychmiastowo powiedzeni intuicją rzucamy się ku wyjściu z budynku. Długa droga, najpierw korytarz, telepiący się na boki, później drewniana klatka schodowa, dwa piętra w dół i w końcu drzwi. Po dotarciu do wyścia w zasadzie jest już po trzęsieniu. Razem z nami przed budynkiem grupka ludzi. Jakieś młode Nepalki panikują. Pytamy, czy zdarzały się takie wstrząsy wcześniej. Mowią że tak, ale nie aż takie silne…

Łukasz bez butów, na bosaka. Ja w skarpetkach i japonkach. Oboje w piżamach. Stoimy tak kilka minut. Nikt nie wie co robić. Postanawiamy szybko wrócić do pokoju, ubrać się i wziąść najpotrzebniejsze rzeczy. Dwie tabliczki czekolady lądują w wewnętrznej kieszeni kurtki, do plecaka wrzucamy ciepłe rzeczy, apteczkę, butelkę wody i sruuu na zewnątrz…

Dobiega nas dzwięk ostrzegającej syreny… No dobra, ale co on tak naprawdę oznacza??? Poza tym, że wprowadza jeszcze większe poczucie strachu…

Ludzie zbierają się na centralnym placyku miasteczka. Lepiej nie stać pod budynkami, to zrozumiałe… Zagadujemy do pary młodych ludzi z Rosji. Chłopakowi udaje się dodzwonić do brata. Przekazuje nam informacje, że epicentrum znajduje się pomiędzy Kathmandu i Pokorą oraz że trzęsienie miało 7,9 stopni w skali Richtera… Nam, mimo pewnych trudności ze złapaniem zasięgu, też udaje się w końcu dodzwonić do rodziców :-)
image

Postaliśmy na tym placyku ok. 1,5 godziny, nie wiemy co dalej, postanowiliśmy szukać internetu, żeby zaczerpnąć jakiś informacji… Zasiedliśmy w piekarnio/cukierni na herbacie. Internet działał, ale tylko przez pierwsze 5 minut. Ledwo nam herbatę podali i już go nie było…

Godzina ok. 15:30. Siedzimy i pijemy herbatę. Rozmawiamy z jakimiś ludzmi, których trzęsienie zastało jak byli w górach, mówią o jakiś zawalonych domach (problem w tym, że większość lokalnych ludzi buduje tu domy z kamieni i zlepia je tylko prowizorycznie jakąś a’la cementową papką, tak żeby powstały w miarę płaskie ściany od zewnątrz, a wewnątrz zwykle wstawiają jakieś dykty – przez to takie domy, w trakcie trzesięsia mają naprawdę małe szanse na przetrwanie).

Nagle znowu akcja. Drewniana restauracja cała się telepie… Wszyscy rzucają się do wyjścia… Czmychamy znowu na placyk i czekamy co się będzie działo. Spotykamy naszych znajomych Kristinę i Sama :-) Dotarli do Namche w tym samym dniu co my. Goszczą w guest-housie prowadzonym przez młodą kobietę z dwójką dzieci (Kobieta ta, tak bardzo się boi wracać do domu, że następnej nocy organizuje na placyku namiot z folii i drewnianych szczebli, w którym śpi jej rodzina, przy czym mogą też spać inni ludzie, jeśli chcą. Nawet gotuje w tym namiocie posiłki).

My na noc postanawiamy wrócić do naszego hotelu. Zamawiamy kolację. W jadalni zjawia się sympatyczna pani lat 60, Rosjanka z okolic Mandżurii. Wdajemy się z nią w pogawędkę. Dziś są jej urodziny. Czeka na resztę swojej grupy, która obecnie schodzi z gór.

W tym momencie muszę też wspomnieć o chłopakach ogarniających hotel. Było ich dwóch, lat kilkanaście, ciągle chichrający się żartownisie, dosłownie wszystko wywoływało na ich twarzach głupi uśmieszek :-) Z jednej strony pozazdrościć podejścia, z drugiej momentami trochę nas irytowali…

Ostatecznie w jadalni zjawiła się rosyjska grupa kilkunastu osób. Zrobiło się naprawdę sympatycznie, gdy póścili muzyczkę i nawet coś tam śpiewali. Poszedł nawet utwór polskiej piosenkarki Anny German. Pani solenizantka częstowała krakersami z kawiorem (w tym dniu oprócz pierwszego w moim życiu trzęsienia ziemi, także pierwszy raz jadłam prawdziwy kawior – cóż za zbieg okoliczności, że mogłam w tym samym dniu doświadczyć energii życia tak skrajnie różnych pod względem wielkości kulek ;-) )
Oprócz kawiorowych krakresów były też czekoladki :-) My sprezentowaliśmy Pani Solenizantce różowy długopis z Myszką Miki, który akurat mieliśmy w plecaku ;-) Plecak był cały czas z nami, no bo oczywiście nie wiadomo kiedy zatrzęsie…

Po lekko odprężającym wieczorze z rosyjkim narodem (wszystko dobrze, tylko czemu Ukrainie Krym zabrali?), poprosiliśmy chłopaków z hotelu o zmianę pokoju, żeby mieć blisko wyjścia i w zasadzie w ubraniu poszliśmy spać…

Udało mi się nawet zasnąć, gdy o 12 w nocy znowu nami zatrzęsło… Zebraliśmy się do wyjścia dosłownie w kilka sekund… Plecak razem z nami ;-) przed budynkiem spotkaliśmy ponownie naszych rosyjskich znajomych. Ich przewodnik, stwierdził że zostaje w pokoju i śpi… Taka metoda na nie wprowadzanie paniki wśród uczestników wyprawy…hmm… Chyba działa, bo panie bez większego wahania, twierdziły, że jutro wyruszają w górę..

Pogadaliśmy chwilę z paniami i wróciliśmy do pokoju. Reszta nocy była już spokojna, choć ciężko było ponownie zasnąć…

26 kwietnia, niedziela

/dalej Namche/

Rankiem zbieram się na odwagę i idę na drugie piętro zagotować nam wodę na kawę, bo tylko tam są kontakty. Udało się :-) Ale ile w tym emocji… Nie mówiąc już o pójściu do ubikacji z obawą, że w tym czasie zatrzęsie…

Zamawiamy momosy na śniadanie w naszym hotelu i korzystamy z internetu, który jakimś cudem powrócił. Sytuacja wydaje się być trochę spokojniejsza.

Jest 13:30 czasu nepalskiego. Łączymy się nawet z rodzicami na skype. Tyle co wspominam o tym, jakie szczęście mieliśmy wybierając tą trasę wędrówki, a tu masz… Trzęsie hotelem. Bez butów, w samych skarpetkach (ja, bo Łukasz miał buty) wybiegamy na zewnątrz, pozostawiając rodziców z rzuconym na odchodne zdaniem „kolejny wstrząs, musimy uciekać…”. Powrócił strach, ten największy. Bo choć popołudniem tego dnia czuliśmy się już w miarę bezpiecznie, mając nadzieję, że wszystko co najgorsze za nami, to strach ściskający klatkę piersiową pozostał. Ten który przychodzi wraz z realnym wstrząsem nie ściska, tylko daje ci TAAAAKIEGOOOO kopa do ucieczki…

W naszym hotelu wydawaloby się, że byliśmy tylko my. Nikt poza nami nie wybiegł na zewnątrz. Przeczekaliśmy wstrząs. Nauczeni doświadczeniem, że po kilku minutach sytuacja jest w miarę bezpieczna, odważnie decydujemy się na powrót do hotelu, ubranie się, pozbieranie rzeczy i przemieszczenie na scenę namczowskiego amfiteatru (w Namche budynki poukładane są jeden rząd nad drugim, w charakterystycznym półkolu, jak widownia w teatrze). Po drodze na plac ludzi nie spotykamy prawie wogóle, w porównaniu z dniem wczorajszym, wszyscy się gdzieś pochowali, stragany i sklepy pozamykane… Turystów też jakby mniej. Część ludzi podjęła decyzję o iściu w górę, część zeszła na dół. Do nas żadna z opcji nie przemówiła jak narazie. Nie wiadomo co robić…nie ma żadnych konkretnych informacji…

Dziś rankiem mieliśmy internet więc udało się coś poczytać, tyle tylko, że infromacje o ilości zabitych ludzi i o zawalonych budynkach, nie do końca pomagają nam się odnaleść w naszej sytuacji.

Tak naprawdę nie mamy gdzie uciekać. Jesteśmy zbyt daleko, by wracać do cywilizacji i uciekać z Nepalu, po drugie nie mamy ani wizy indyjskiej, ani tybetańskiej. Formalności są przeszkodą nie do przeskoczenia. Z resztą nie ma mowy o schodzeniu narazie na dół.

Tu na scenie amfiteatru mamy wielu aktorów. Od turystów z różnych zakątków świata, (niektórych tak jak my przed wyprawą na EBC, niektórych już po), przez tragarzy i szerpów po lokalnnych sklepikarzy i ich rodziny. Ludzie rozbijają namioty, dzieciaki latają dookoła nieświadome zagrożenia. Tyle tylko, że co jakiś czas mama przytula je mocniej co swej piersi… Następuje integracja jak to zwykle w takich momentach. Kto co nowego wie, kto jaki ma pomysł na ciąg dalszy…

Pytanie czy nasz pomysł na ciąg dalszy, jest w jakimkolwiek stopniu pokrywający się z pomysłem na nasz ciąg dalszy zaplanowany przez tego najpotężniejszego…

Na środku sceny, w drugim jej planie, stoi buddyjska stupa. Ledwo stoi. Cała popękana, nie dużo jej brakuje, żeby się rozsypać. Co jakiś czas dobiega do nas dzwięk kręconych kołowrotków z buddyjskiej świątyni. Już nie mylimy ich z dźwiękiem ostrzegawczej syreny. Już się ich nie boimy. To tylko ktoś się za nas modli…

Przed chwilą latały nad nami dwa helikoptery. Gdyby tak któryś wylądował i wysiadł z niego ktoś i powiedział coś o naszej sytuacji…. Nikt z helikoptera nie wysiadł… Stoimy dalej…

Nad nami krążą ptaki. One czują się bezpiecznie. Mają ten komfort, że w razie kolejnego wstrząsu poprostu wzbiją się w powietrze…

Jest 17:45 czasu nepalskiego. Zaczynamy rozmowę z jakimś chłopakiem, najpierw po angielsku. Szybko jednak okazuje się, że znamy inny wspólny język – polski :-) Krzysiek decyduje się na iście w górę jeszcze tego samego dnia. Chce rozbić namiot w kolejnej po Namche wiosce.

My też postanawiamy nie spędzać tej nocy w hotelu. Ktoś powiedział, że ma przyjść jeszcze jeden silny wstrząs, więc noc w budynku nie stwarzałaby warunków do zmrurzenia oka. Rozbiliśmy namiot na placyku zaraz ponad Namche, tam gdzie zrobiło to też sporo innych ludzi, zarówno turystów, jak i lokalsów. Powstał mini obóz. Można nawet zjeść ciepłe dal bath z ryżem, tyle że wygląda dość ubogo jak na 400 rupii, które życzą sobie za talerz. Sytuacja kryzysowa sprzyja biznesom. Łukasz zapytał jakiejś pani ile za jajko, a ona z uroczym uśmiechem zaryzykowala rzucenie ceny „100 rupii”, czyli 4 zł. My pozostajemy przy chlebie tostowym, który może nawet podpieczemy na palniku. Posmaruje się masłem orzechowym lub miodem i jakoś to będzie :-)

Teraz czekamy co się będzie działo. Dziwne uczucie. Znowu ściska wnętrzności.
Mimo lekkiego stresu, udało nam się jakoś zasnąć w naszym małym zielonym namiotowym domku. Nie było już żadnych wstrząsów, przynajmniej w naszym położeniu ich nie odczuliśmy…

image

image
image

image

image

image

image

27 kwietnia, poniedziałek

/dalej Namche/

Rano wstajemy, gotujemy na palniczku kawę i zajadamy chleb tostowy z miodem na śniadanie… Noc była w miarę spokojna, może oprócz dziwnych okrzyków wydawanych co jakiś czas przez zestresowaną młodzież ;-)

Dookoła nas namioty, a w nich ludzie podzieleni jakby na dwie grupy:
1. lokalsi, zmartwieni tym, co dalej będziej z ich domami
2. turyści, podzieleni na 3 podgrupy:
a) ci którzy zdecydowanie przerywają trek i wracają do domu (jedną z możliwości był lot helikopterem z Namche do Kathmandu za jedyne 5 tys. dolarów od osoby)
b) ci którzy zdeterminowani są do dalszej wędrówki
c) niezdecydowani

My zaliczaliśmy się do tej trzeciej grupy. I nie chodzi nawet o to, że mieliśmy ciśnienie na dojście na Kalla Pattar, czyli punkt widokowy na Everest (na Everest Base Camp spadła lawina, więc ten cel odpadał odrazu), tylko o to, że do 18 maja, czyli wylotu z Kathmandu do Chin, mieliśmy jeszcze sporo czasu, z którym coś trzeba zrobić…

Dzisiejszy dzień postanowiliśmy jednak przesiedzieć jeszcze w Namche, jako, że pierwsze 3 doby po trzęsieniu niosą ryzyko wstrząsów wtórnych (tak nam ktoś powiedział… Ogólnie nie było nikogo, kto mógłby udzielić nam jakichkolwiek rzetelnych informacji i to nas martwiło najbardziej… )

Wypełniając czas, podeszliśmy na niewielkie wzniesienie, zaraz przy naszym polu namiotowym… Była akurat dość ładna pogoda i zza chmur wyłoniło się nam kilka pięknych szczytów… Aż ściska w środku, ale tym razem z zachwytu. Szłoby się ku nim ajjajjaj…
image

image

Spotykamy Pana z Polski, poznanego w drodze do Namche. On jest zdecydowany na kontynuowanie trekkingu… Jutro wyrusza i ciśnie do samego Kalla Pattar, żeby zobaczyć Everest..

Robimy wypad do naszego hotelu, jako, że nie mieliśmy wczoraj głowy do uregulowania rachunku…

Na obiad jemy jakiś fried rice ugotowany w naszej przyobozowej kuchni. Pan i jego żona gotują w namiocie, obok stoi ich dom, tzn. ledwo stoi, bo mocno ucierpiał przy trzęsieniu…

Wieczór spędzamy w jednym z hoteli na wyższym piętrze Namche, nieopodal naszego pola namiotowego i ładujemy power-bank. Zostawiliśmy go tam wcześniej, ale ktoś go nam odłączył i teraz musimy pilnować… Ostatecznie ładuje się na tyle wolno, że zostawiamy go na noc sympatycznemu panu z obsługi hotelowej.

Gdy tak siedzieliśmy w tej restauracji hotelowej (hotel był jednym z droższych) i tak obserwowaliśmy turystów jak beztrosko wydają pieniądze, to przestaliśmy się dziwić, że lokalsi tak bardzo zawyżają ceny…

My szliśmy do Namche z Jiri, poza nami trasę tą zrobiło w tym czasie może kilkanaście osób, reszta (czyli ok. 200 osób każdego dnia) przylatuje z Kathmandu do Lukli. Turyści ci nie mają porównania jak niskie są ceny w poprzednich miejscowościach, przez co jest im łatwiej płacić za wszystko jak leci. Z resztą dla większości z nich i tak są to śmieszne pieniądze…

I tak cały dzień spędziliśmy na wałęsaniu się po Namche, nasłuchiwaniu czy nie idzie kolejny wstrząs i rozkminianiu co dalej…

Wieczorem zapadła decyzja, że jutro przemieszczamy się do jednej z pobliskich wiosek. Później zobaczymy co dalej…

28 kwietnia, wtorek

/Namche 3400 – Tenbocze 3860 – Debocze 3820 – Pangbocze 3930 m.npm./

Rankiem gotujemy kawę i zajadamy ją razem z musli – taka oszczędność czasu ;-)
Pakujemy manatki i tak jak postanowiliśmy przemieszczamy się do Pangbocze…

Trasa wiedzie najpierw wzdłuż zbocza góry. Droga zrobiona pod turystów, wręcz możnaby ją nazwać chodnikiem. Nawet nie ucierpiała w trakcie wstrząsów, poza jednym zawalonym miejscem.

Zatrzymujemy się na herbatce w jednym z pierwszych teahousów. Mijają nas dwie dziewczyny (z tragarzem i przewodnikiem) – widocznie postanowili kontynuować trek… Dziewczyny idą bez kijków, co wzbudza w nas litość dla ich kolan…

Pierwszy etap trasy jest mało wymagający. Niestety mamy na swej drodze przejście przez rzekę, więc ostatecznie musimy zejść kilkaset metrów w dół, a później oczywiście z powrotem pod górę (różnica wysokości którą mamy do pokonania to teoretycznie tylko 400 metrów w górę, sprawa się komplikuje, gdy okazuje się, że to wartość bezwzględna, a po drodze trzeba np. 2 razy zejść w dół do mostu przez rzekę co daje w sumie ponad kilometr podejścia w górę).
image

image

Pokonujemy pierwsze zejście i wejście z powrotem na 3920 m.npm i lądujemy w wiosce Tengbocze. Tak jak donosiły nas słuchy wioska moco ucierpiała wskutek trzęsienia i w zasadzie wszystkie guest-housy przestały tu funkcjonować. Ponadto świątynia buddyjska, z której słynie ta wioska, też nie obeszła się bez szwanku. Tyle dobrze, że konstrukcja świątyni jest drewniana. Powylatywały tylko częściowo kamienie, którymi była na zewnątrz obłożona.
image

Na placu przed świątynią spotykamy 4 siedzących na trawie mnichów…

Zachodzimy na herbatkę do jednej z funkcjonujących tu lokant. Zaczyna kropić deszcz, więc nie rozsiadamy się na dłużej, tylko sprawnie ruszamy w kierunku Pangbocze, gdzie podobno można znaleść miejsce do przenocowania.

Zaraz za Tangbocze spotykamy kolejnego rodaka :-) Chłopak wraca z Everest Base Camp. Był tam, gdy na bazę spadła lawina. Jego ekipa miała wspinać się na Lothse. Stracili jednego człowieka. Nie Polaka.

Trasa do Pangbocze początkowo prowadziła w dół do mostu przez rzekę (przez małą miejsowość Debocze). Później oczywiście czekało na nas kilkuset metrowe podejście. Na szczęście pogoda wytrzymała, choć gdy doszliśmy do Pangbocze zaczął padać lekki śnieg…

Zatrzymaliśmy się w rodzinnym guest-housie, gdzie udało nam się wynegocjować cenę Dal Batha na 400 rupii za porcję. Córki pana gospodarza okazały się być dobrymi kucharkami i zjedliśmy tam najlepszą, jak do tej pory, wersję tej potrawy. Do tego herbata z cytryną, miodem i imbirem i byliśmy content.
image

image

image

image

Wieczorem zapada decyzja, że dalej już nie idziemy. Tzn. w planach mamy zrobienie sobie spaceru bez plecaków do kolejnej wioski Somare, tak by dobić 4000 m. npm., powrót do Pangbocze, nocleg i obranie kierunku Namche.

Stwierdziliśmy, że nie ma po co brnąć w najwyższe góry świata kilka dni po trzęsieniu ziemi… Większość ludzi spakowała już dawno manatki i zrobiła odwrót do domu. Byli jednak i tacy którzy szli dalej, na Kala Pattar czy Gokyo. Nie było ich wielu, ale jednak byli…

My doszliśmy do wniosku, że zawsze możemy wrócić do Nepalu i zrobić ten trekking innym razem. W końcu rok rocznie robi go ok. 30 tysięcy ludzi, więc samo przejście może i jest wymagające (głównie ze względu wysokość i mniejszą ilość tlenu w powietrzu), aczkolwiek z pewnością „do zrobienia” jeśli ktoś ma motywację i jako taką kondycję.

Ponadto na drodze do Pangbocze spotykaliśmy ludzi wracających z tego trekkingu, którzy przeżyli trzęsienie gdzieś tam w górze, i w których oczach można było wyczytać: „gdzie wy się tam pchacie”. Ciężko iść w górę, gdy tak dużo ludzi chciałoby z tamtąd jak naszybciej uciec.

Kilka dni po trzęsieniu każdy dostrzegalny warkot helikoptera budził w nas obawę, że znowu trzęsie, co nie dodawało uroku samej wędrówce.

Nie było łatwo odpuścić, bo obydwoje nie lubimy tego uczucia, gdy cel nie zostanie osiągnięty. Z drugiej jednak strony iście dalej wydało nam się dość egoistycznym podejściem (zarówno ze względu na ofiary trzęsienia jak i martwiących się o nas bliskich) i to przeważyło w podjęciu ostatecznej decyzji.

29 kwietnia, środa

/Pangbocze i wypad do Somare 4010 m.npm/

7 rano. Odsłaniamy zasłonę naszego okna, a za oknem śnieg… To utwierdza nas w przekonaniu o odwrocie :-)
image

image

Leniwy poranek, musli z mlekiem w proszku i ruszamy na „wycieczkę” w kierunku Somare. Trasa biegnie zboczem jednego ze wzniesień. Trochę pod górę, trochę w dół, znowu trochę w górę i jesteśmy na miejscu. Wysokość daje się już odczuć. Mnie (Helence) idzie się trochę ciężej i wolniej :-)

Po drodze Łukasz gubi swoją apaszkę. Wracamy kawałek ku jej poszukiwaniom, ale niestety nigdzie jej nie ma… Chyba tylko w Norwegii było tak, że cokolwiek człowiek zgubił, inny człowiek, który to znalazł, powiesił to na drzewie lub w innym widocznym miejscu, bo a nuż ten kto zgubił po to wróci. W Norwegii znalazca zdawał sobie sprawę z tego, że zgubione przedmioty oprócz wartości materialnej mają również wartość sentymentalną…a że stać go było żeby sobie kupić swoje to i szanse na znalezienie zguby były większe.

W Somare zachodzimy za wzgórze z nadzieją zobaczenia czegoś więcej, ale niestety pochmurna pogoda sprawia, że większe góry widzimy tylko pobieżnie, gdy uda się im przebłysnąć zza gęstych obłoków.
image

Herbatka z cytryną w proszku i ruszamy z powrotem w kierunku Pangbocze. Po drodze spotykamy rosyjską ekipę z hotelu w Namche. Oni nie odpuszczają. Cisną na Kalla Pattar.

Na obiad zamawiamy to samo co wczoraj, czyli Dal Bath… Objedzeni tak że ledwo się ruszamy zalegamy w pokoiku i odpoczywamy…

30 kwietnia, czwartek

/Pangbocze 3930 – Deboche 3820 – Tengbocze 3860 m.npm./
image

image

image

Dziś rankiem mamy piękną pogodę, a co za tym idzie piękne widoki. Spod naszego guest-housu, jak się okazuje, widać Mount Everest :-) Przed wyruszeniem do Tengbocze robimy więc sesję zdjęciową najwyższej na świecie góry i delektujemy się jej widokiem. W rozpoznawaniu szczytów pomaga nam gospodarz naszego lokum.
image

image

W drodze do Tengbocze przystajemy jeszcze kilkukrotnie by nacieszyć oczy górskim krajobrazem. W Debocze robimy sobie krótki przystanek na herbatkę, po to by po pokonaniu podejścia znaleść się już u naszego celu, gdzie mamy zamiar rozbić namiot.

Na miejscu widoki mamy jeszcze lepsze niż z Pangbocze. Ja zalegam na murku, Łukasz leci robić zdjęcia. W błogim roztargnieniu tym razem to ja zostawiam rękawiczki na wspomianym wcześniej murku i oczywiście już ich później nie znajduję…
image

image

image

Jako że we wszystkich a’la restauracjach w Tenbocze królują ceny mocno pod turystów, my uruchamiamy naszą własną przenośną kuchnię i w ruch idą zupki jarzynowe z kuskusem, zupki chińskie i jeden na pół liofil spagetti a’la bolognese ;-)
image

image

1 maja, piątek

/Tengbocze 3860 m.npm./

Budzimy się, rozpinamy zamek namiotu i co widzimy? Everest, Lothse, Amu Dablam i inne równie piękne szczyty na tle błękitnego nieba. Prawie odrazu pada decyzja, że zostajemy tu na jeszcze jedną noc (poprzednia, mimo że dość rześka, nie dała rady naszym ciepłym śpiworkom i puchowym kurtkom).
image

image

image

image

Około południa idziemy zobaczyć z bliska jak bardzo ucierpiał tamtejszy monastyr. Tak jak już wcześniej wspominałam świątynia ucierpiała głównie z zewnątrz tam gdzie obłożona była kamieniami oraz część z kuchnią i jadalnią dla mnichów. Drewniany środek został prawie nie naruszony. Pod monastyrem spotykamy jednego z mnichów. Trwa akurat rozbiórka jednego piętra jego domu, zaraz obok świątyni. Postanowił, że dom parterowy będzie jednak lepszym rozwiązaniem na przyszłość.

Dzisiejszego dnia również spełniamy się kulinarnie z menu podobnym do dnia wczorajszego z tym, że liofil nosił nazwę ryż z kurczakiem w sosie curry ;-)

Przed pójściem spać podziwiamy jeszcze widok na Ama Dablam, jedyną górę która wyłoniła się nam zza chmur (które zawsze pojawiają się tu popołudniem, jeśli poranek jest bezchmurny) i którą przepięknie oświetlał tego wieczora księżyc…

2 maja, sobota

/Tengbocze 3860 – Phunke Tenga 3250 – Namche 3400 m.npm./
image

image

Dziś wracamy do Namche. Przed nami najpierw dość strome zejście do mostu na rzece, a po nim oczywiście strome podejście w górę :-) Przy punkie kontrolnym jesteśmy zdziwieni, że nikt nie chce zanotować tego, że opuszczamy teren. Według nas fajnie byłoby, żeby wiedzieli ilu turystów mają aktualnie na danym obszarze…

Po drodze robimy przystanek na herbatkę w znajomym już nam miejscu, gdzie przysiedliśmy też idąc w drugą stronę.

W Namche meldujemy się w guest-housie w górnej części miasta, nieopodal miejsca gdzie rozbijaliśmy wcześniej namiot. Dostaliśmy pokój z dużą ilością dużych okien. Widoki mamy zatem piękne, choć przy każdym drgnięciu szyb budzi się w nas lekki cykor ;-)

3 maja, niedziela

/Namche 3400 – Ghat 2492 m.npm/

Przemierzając rankiem Namche napotykamy na… wyprzedaż snickersów :-D z nie małym ich zapasem wyruszamy w drogę powrotną ku Jiri…

Przed nami kilka mostów o długości kilkudziesięciu a czasem nawet powyżej 100 metrow, zawieszonych też sporo ponad rzekami. Nie chcielibyśmy się na nich znaleść podczas trzęsienia, o nie…

Po drodze spotykamy sporą grupę hamerykańskiech turystów z tragarzami i przewodnikiem, czyli ludzie już podejmują ryzyko i idą w górę…survival.

Przed jednym z mostów napotykamy na stado osiołków. Stado to mało powiedziane. Zwierząt było chyba ponad setkę. Maszerują na niedzielny targ w Namche. Usiedliśmy nieopodal i czekaliśmy, aż wszystkie spokojnie sobie przejdą, a trwało to chyba z godzinę…

Postanowiliśmy zjeść na lunch tukhpę, u państwa gdzie jedliśmy idąc w przeciwną stronę. Była dobra i tania :-) W ich tea housie zastajemy na stoliku stertę zdjęć w ramkach, trochę potłuczonych po trzęsieniu. Temat dalej żywy.

Lekko przymęczeni postanawiamy zostać w okolicy na noc. Państwo niestety nie dysponują pokojami do wynajęcia. Znajdujemy inną miejscówkę, gdzie raczymy się pysznymi momosami. Dobre wrażenie psuje jednak wieczorno-nocna impreza, którą gospodarze organizują w swojej chacie i ogrodzie. Motywu do integracji jakoś nie mieliśmy..

4 maja, poniedziałek

/Gath 2492 – Surke 2290 m.npm/

Dziś po drodze spotykamy Krzyśka, który szalony wlazł na Kalla Pattar i to nawet dwa razy :-)

Razem dochodzimy do Surke. Po drodze mijamy kilka wiosek, w których trzęsienie spowodowało niemałą masakrę… Najgorzej było w okolicy Cheplung, gdzie zastaliśmy mnóstwo powalonych domów, a po drugiej stronie rzeki wielkie osunięcie się ziemi, naszczęście tylko z polami uprawnymi.
image

W Surke jesteśmy dość późno bo ok. 16:30. Po drodze zatrzymaliśmy się bowiem na lunch – pyszne momosy z mięskiem w gorącym a’la rosole.

Krzysiek idzie tego dnia jeszcze dalej – chce załapać się na jakiś samolot z Kathmandu do Kijowa lub Pragi (w związku z trzęsieniem, gdy jest się już na lotnisku można zadzwonić do naszego konsula, a on pomaga złapać jakiś lot w kierunku Polszy).

My zostajemy w Surke i zamawiamy dal bath, niestety tym razem chyba trochę oszukany – dal pachniało bardziej niż zwykle grochową z proszku ;-)

5 maja, wtorek

/Surke 2290 – Bupsa 2360 m.npm./

Dziś przed nami dość strome podejście do Bupsy (przynajmniej pierwsza część trasy). Pogoda piękna, humory dopisują. Do śniadania każdy dostał promocyjne bounty, więc energia też była. Tak się dobrze szło, nawet podejście nie sprawiło nam większych problemów, szkoda tylko, że niefortunnie postawiłam stopę i lekko ją skręciłam :-P

Doszliśmy do miejsca, gdzie w poprzednim kierunku pani dogodziła nam dal-bathem z omletem, by zrobić powtórkę z rozrywki i najeść się tak, że człowiek ledwo żywy.

Jako, że moja noga lekko spuchła, a ja po lunchu przybrałam jakieś dwa kilo, tego dnia doszliśmy tylko do Bupsy, by jej nie przeciążać ;-) zamontowaliśmy się w guest-housie chwilę przed gradobiciem… Prysznic, wieczorny obiad (ponowne rozczarowanie – zamówiliśmy ziemniaczki zapiekane z warzywami i wszystko byłoby dobrze, tylko że ziemniaki były tak twarde, że się ich na widelec nabić nie dało).

6 maja, środa

Dzień relaksu :-) Postanowiliśmy zostać na jeszcze jedną noc w Bupsie. Zmieniliśmy tylko guest-house – pani gospodyni była o wiele bardziej skora do negocjacji, a i dal bathem nas nie zawiodła.

7 maja, czwartek

/Bupsa 2360 m. npm – Nunthala 2330 m. npm (a pomiędzy nimi zejście na 1600 m. npm ;-) /

Wyruszamy w kierunku Nuntheli. Po drodze, we wsi Kharikhola, napotykamy na lokalsów organizujących wesele dla córki jednego z panów. Oczywiście załapujemy się na poczęstunek. Najpierw po szklaneczce fermentowanego soku z kukurydzy (ok. 5% alkoholu), a że wdajemy się z panem i jego sąsiadem w dłuższą pogawędkę to i coś do jedzenia się znalazło, a mianowicie ryżowy nepalski chleb, czyli takie nasze obwarzanki, tylko z mąki ryżowej i smażone na głębokim tłuszczu, a do tego mix zielonego groszku, ciecierzycy (na surowo, lekko podfermentowane) z dodatkiem surowej cebuli oraz mocno przyprawione nie wiadomo czym (curry, pieprz, chilli…). Miał być to poczęstunek na przywitanie państwa młodych i gości weselnych w domu pani młodej. Gdy tam siedzieliśmy młodzi byli już w drodze – szli na nogach z domu pana młodego, cały „spacer” miał im zająć 1,5 dnia, pan młody bowiem mieszkał w innej wsi :-) Dalsza część imprezy miała odbywać się na skwerku, trochę poniżej drogi. Liczba zaproszonych gości wynosiła 400 osób. Ogólnie w przygotowaniach pomagali wszyscy sąsiedzi. Panie mieszały potrawy, panowie pędzili kukurydziane trunki, chłopcy znosili głośniki i ustawiali DJ-kę. Jeśli chodzi o prezenty to przewidywane były tylko te w formie pieniążków, a wszystko miało zostać skrupulatnie zanotowane (kto i ile), żeby później wiedzieć jaką kwotę co najmniej rodzina państwa młodych musi dać w prezencie innej parze młodej.
image

image

image

image

Sąsiad ojca pana młodego był przewodnikiem górskim. Martwił się troszkę tym, że po trzęsieniu ziemi nie będzie klientów, a co za tym idzie dochodów. Ale w gruncie rzeczy był bardzo pozytywnym człowiekiem. Cieszyło go to, że jego rodzina jest w stanie samodzielnie się wyżywić ze swoich upraw i hodowli. Mówił też, że stara się motywować do pracy sąsiadów, bo najgorsze co można robić to siedzieć i narzekać, że się nie da.

Na koniec zostajemy oczywiście serdecznie zaproszeni na to weselicho :-) Odmawiamy jednak uprzejmie, gdyż przed nami długa droga, a sądząc po stanie sąsiadów lekko już upojonych kukurydzianym trunkiem, wolimy oszczędzić nasze głowy przed nieuniknionym kacem dnia następnego.

Ruszamy w dalszą trasę, lekko chwiejnym krokiem, w pełnym słońcu, co napewno nie dodaje nam sił, ale za to dodaje humoru :-) Przed nami strome zejście do rzeki, przy której zatrzymujemy się na herbatkę. Dogania nas tam para turystów – młode małżeństwo z Irlandii, Amanda i Declan. Spotykamy się z nimi później w jednym z guest-housów w Nuntheli. Dołącza do nas jeszcze jedna para izraelsko-hiszpańska :-) I tak spędzamy wspólny wieczór, wymieniając się wrażeniami z treku i nie tylko…

8 maja, piątek

/Nunthala 2330 – Taksindu 3070 – Ringmu 2720 – Phurteng 3040 m.npm/

Dziś zbieramy się jako ostatni – ogólnie cały nasz dzień jest dość opieszały :-) Pierwsze podejście na Taksindu (3070 m. npm) idzie nam może nienajgorzej, ale na miejscu spotykamy małżeństwo z Niemiec i trochę się z nimi zagadujemy, później rozsiadamy się w jednej z lunchowych miejscówek i zamawiamy najpierw po zupie, a później momosy, które pani musi dla nas ulepić, więc schodzi nam tam jakieś 2 godziny ;-)
image

image

Kolejny przystanek robimy w Ringmu (2720 m. npm), gdzie znajduje się fabryka sera żółtego z mleka jaka, którym postanawiamy się oczywiście uraczyć. Po tłustym i aromatycznym serze idzie się jak się idzie, nie za szybko, bo część energii zostaje przekazana do brzucha, żeby trawić, więc kolejne podejście w stronę Junbesi, trochę nam się dłuży.

Ostatecznie nie dochodzimy do Junbesi, tylko zatrzymujemy się na noc w guest-housie z widokiem na Everest, ok. 1 godziny marszu od Junbesi :-) Mili państwo, którzy przez to, że większość turystów omija ich miejscówkę i raczej nocuje tak jak przewodniki wskazują (czyli w Junbesi lub Nuntheli), nie popadli jeszcze w rutynę goszczenia i naprawdę się starają. I tak umawiamy się z nimi na 19 na dal batha. Przychodzimy do kuchni trochę wcześniej, co wymuszają na nas nasze żołądki i zastajemy pana jak dla nas gotuje :-D Skaka po całej kuchni, ryż już syczy w parowarze, dal (soczewica) ugotowany, ziemniaczki już obrane, tylko pokroić, zieleninka przygotowana. Teraz trzeba to razem zesmażyć. Jeszcze tylko trochę czosnku i cebulki. Wszystko ląduje już na patelni. Mmmm…

No i wdaliśmy się z panem w rozmowę o trzęsieniu ziemi. Ich dom naszczęście nie ucierpiał w dużym stopniu. Temat i tak zrodził wiele emocji, przez co patelnia poszła na chwilę w zapomnienie, a że ogień był dość spory, to się „trochę” ziemniaczki z zieleninką zjarały…

Obiad jednak i tak był pyszny – w końcu mogliśmy podziwiać ile pozytywnej energii pan włożył w jego przygotowanie :-)

9 maja, sobota

/Phurteng 3040 – Junbesi 2700 – Lamjura La 3530 – Goyam 3220 m.npm/

W Junbesi spotykamy naszych znajomych z Irlandii. Robią sobie tu dzień odpoczynku. My ciśniemy dalej… Szybkie zakupy w „centrum”, musli, kawa, coco crunchers i w górę. Przed nami podejście na Lamjura La, czyli ponad 700 metrów w górę.

Po drodze robimy przystanek na herbatkę. Zamawiamy lemon tea, a dostajemy proszek o smaku mango wymieszany z zimną wodą ;-P To niesamowite, jak te panie gospodynie czasem przesadzają z bezproblemowością w podawaniu jakiegoś chłamu i wciąż wydaje im się, że turysta to takie zwierze co wszystko zezre ;-) Uprzejmie prosimy o podgrzanie… A potem stwierdzamy, że to było najgorsze 100 rupii wydane podczas całego treku ;-) Na domiar złego ciastka, które zakupiliśmy w Junbesi okazały się być przeterminowane… I tak to właśnie czasami wygląda…

Na Lamjura La dochodzimy dopiero ok. 15. Po drodze bowiem, tuż przed samą przełęczą (na ok 3400 m.npm), zaskakuje nas burza z gradem… Wali piorunami i to porządnie. Chowamy się pod naszą plandeką pod namiot i próbujemy jakoś przetrwać. Teraz jeszcze bardziej będę lubić tego typu wyładowania atmosferyczne, ale gdy będę mogła je podziwiać w domu przez okno :-)
image

Suszymy się i ogrzewamy w tea housie na przełęczy. Spotykamy tam lokalsów: dwie młode dziewczyny i chłopaka. Robią trasę z Kinja do Phaplu, czyli naprawdę ogromny szmat drogi. Jesteśmy pełni podziwu dla ich kondycji…

My schodzimy tego dnia jeszcze trochę w dół i zatrzymujemy się w guest-housie w Goyam. Targujemy trochę cenę za nocleg i dal bath (600 rupii za wszystko), co skutkuje potem trochę marnym dal bathem. Tzn. dobry był, ale mały…

10 maja, niedziela

/Goyam 3220 – Sete 2985 – Kinja 1630 m.npm/
image

image

image

Dzisiejsza trasa wiodła nas tylko i wyłącznie w dół. Zejście było dość nużące, po stromych kamiennych schodach, więc nasze kolana pewnie cierpiały, choć o dziwo ogólnie prawie ich nie odczuwaliśmy podczas całego trekkingu.
image

W Kinja zastajemy coś ciężką sytuację jeśli chodzi o wybór miejsca do spania. Dużo budynków jest w kiepskim stanie po trzęsieniu i właściciele nie przyjmuja turystów. Do wyboru mamy w zasadzie dwa miejsca. Wielgachny guest-house, czyli typ którego staramy się unikać i mniejszy, drewniany, prowadzony przez sympatyczną rodzinkę. Wybieramy oczywiście opcję drugą. Pani przyrządza nam najpierw pyszną tukhpę, a wieczorkiem pożywnego dal batha :-D To niesamowite, że codziennie jemy to samo i nam się nie nudzi. Prawda jest też taka, że wybór też jest skromny, a dal bath jest z tego wszystkiego najzdrowszy :-)

11 maja, poniedziałek

/Kinja 1630 – Bhandar 2190 m.npm/
image

Dziś z Kinja przechodzimy do Bhandar. Obywdoje zarejestrowaliśmy, gdy szliśmy w przeciwną stronę, że przed nami będzie dość strome podejście po skalnych schodach w słońcu. Trasa jednak poszła nam dość sprawnie i nie wiemy o co chodzi, ale rzekomo strome podejście okazało się być średnio wymagającym :-)

Po drodze mijamy kilka domostw, ludzi pasących kozy bądź krowy, kobiety robiące pranie. Od czasu do czasu
image

widzimy jak mężczyźnie reperują lub rozbierają jakiś dom…

W Bhandar widzimy z oddali jak dwoje białych ludzi pomaga lokalsom w pracy przy żniwach :-)

Na miejsce dochodzimy w porze lunchu. Udajemy się na tukhpę do guest-housu, w którym jedliśmy już kiedyś naleśniki. Rozważamy też możliwość zostania tam też na noc. Pokoje jednak mieli powiedzmy sobie szczerze średnie. W zasadzie był tam tylko jeden pokój do wynajęcia, do którego szło się małym korytarzowym labiryntem. Postanowiliśmy zamówić tukhpę i na jej podstawie podjąć decyzję co dalej ;-)

Wyobraźcie sobie nasze miny, gdy pani zaserwowała nam zupki chińskie :-) Tak poprostu. Wysypała zawartość torebek do miseczek, zalała wodą i z uśmiechem przyniosła nam do stolika. Cena zupki chińskiej w kiosku to 20 rupii. Pani chciała od nas po 60 rupii za sztukę. Oczywiście zostawiliśmy ją z tymi zupkami i uciekliśmy ile sił w nogach…

Pochodziliśmy po wsi, ale z miejsecm na nocleg nie było kolorowo. Dużo nadszarpniętych po trzęsieniu domów. Trafiliśmy ostatecznie nieopodal domu „pani od zupki chińskiej”. Nasz guest-house był w zasadzie połączony z tym domem. Atmosfera jednak była o wiele fajniejsza, pani gospodyni i jej córka dobrze gotowały, więc nasze żołądki doczekały się wreszcie pożądnego jedzenia, w ilości adekwatnej do ich pojemności :-)

12 maja, wtorek

/Bandhar 2190 – Deurali 2715 – Shivalaya 1790 m.npm/

Dziś mamy zamiar dotrzeć do Shivalaya. Wyruszamy niespiesznie około godziny 9. Trasa nie zapowiada się bardzo wymagająca. Musimy najpierw podejść ok. 600 metrów w górę na Deurali, by z tamtąd mieć już z górki. Po drodze napotykamy na poziomki :-) I podobnie jak swego czasu szliśmy na lodowiec Swartisen w Norwegii zbierając grzyby, tak i tym razem droga w górę zajmuje nam zdecydowanie dłużej niż wynikałoby z mapy. Poziomek mamy całą mnaszkę, niebo się trochę zachmurzyło… Czas przyspieszyć kroku. Przedzieramy się przez Deurali i suniemy w dół. Pogoda naszczęście wytrzymuje i robi się całkiem ładne popołudnie.

Tak jak w drodze, gdy szliśmy z Shivalaya na Deurali, tak i teraz przysiadamy na skwerku z widokiem na wioskę by posilić się kokosowymi herbatnikami i skorzystać z internetu, który zaraz ponad Shivalaya łaskawie odbiera :-)

Siedzimy, sprawdzamy maile, powoli robimy się głodni… W planach mamy zamiar za chwilę wyruszyć w stronę miasteczka, by tam posilić się tukhpą i momosami u pań u których jedliśmy już wcześniej, gdzie było tanio i dobrze.
Plany jednak uległy zmainie, gdy naszym skwerkiem potrzęsło i to nie lekko… Zerwaliśmy się na nogi, przy czym trzeba przyznać, że ciężko było ustać… Dom który stał w odelgłości może 20 metrów od nas runął w mgnieniu oka. Znaleźliśmy się w chmurze pyłu, przez którą jednak nie sposób było nie dostrzec jak inne budynki na pobliskich wzniesieniach idą w ślady tego naszego i walą się jak domki z kart… Następnie usłyszeliśmy krzyki ludzi, a sami pierwsze co stwierdziliśmy to „jak dobrze, że byliśmy akurat tutaj…”. Drugiego trzesięnia ziemi się nie spodziewaliśmy…

Odrazu było w zasadzie pewne, że na noc zostaniemy na górze i rozbijemy namiot. Wkrótce po pierwszym wstrząsie nastąpił drugi, nie wiele lżejszy. Człowiek czuje się w tym momencie jakby mu ktoś nogi podcinał i ma nie lada problem z utrzymaniem równowagi.

Podchodzimy trochę wyżej naszego wzniesienia. Spotykamy tam kilka osób i dzieci z pobliskich domów, z których część niestety uległa zawaleniu. Nikomu naszczęście nic się nie stało. Ludzie ci siadają na trawie w grupie i się na wzajem pocieszają. Dostajemy od nich po garści żółtych malin, chyba to była nawet morwa.
image

image

Co chwilę czuć jak ziemia pracuje pod naszymi nogami. Lżejszych wstrząsów wtórnych jest przez następne dwie godziny tak dużo, że z czasem każdy z nas zasiada na trawie i nie wstaje odrazu przy kolejnym poruszeniu. Stwierdzamy, że to trochę jak siedzenie w pociągu. Takie uczucie jakby co chwilę dobijał do nas kolejny wagon…

W międzyczasie próbujemy łapać internet, żeby dać znać najbliższym, że z nami wszystko ok i żeby sprawdzić z czym mamy do czynienia. Wstrząsy są tak częste i dobrze wyczuwalne, że przewidujemy, że tym razem jesteśmy bliżej epicentrum niż gdy byliśmy w Namche. Udaje się nam jakoś wysłać wiadomość na komunikatorze do brata Łukasza i to by było na tyle internetu… Zasięgu oczywiście też brak.

Godzina 16. Upał jakich mało. Na niebie zaczynają pojawiać się burzowe chmury. Jeszcze tego nam brakuje. Nie dość, że dostajemy po tyłku od spodu to jeszcze z góry nam za chwilę dołożą…

Zaczynamy więc szukać miejsca na namiot. Znajdujemy miejsce w polu pszenicy, z którego ktoś już wykosił akurat kwadrat jakiego nam potrzeba. Razem z nami swoje namioty organizują lokalsi. Oni rozbijają się trochę powyżej nas.

Jest ok 18, od trzęsienia minęło ponad 5 godzin. Chmury dziwnym trafem się rozeszły, a my zdążyliśmy zgłodnieć. Chcąc zdążyć przez zmrokiem w ruch poszły najpierw zupki chińskie. Oprócz nich mieliśmy jeszcze (omański!) ryż, który planowaliśmy gotować i zjeść z sosem poziomkowo-morwowym (morwa już gdy nas częstowano „lekko” póściła sok, a że pan częstował nas z ręki (mocno brudnej oczywiście) postanowiliśmy dyskretnie przechować ją na później i zesmażyć z naszymi poziomkami). Mieliśmy tylko jeden problem – kończył się gaz w naszej butli, co mogło spowodować klęskę naszego planu obiadowego. Dlatego najpierw postanowiliśmy zjeść zupki chińskie, co by w żołądki choć trochę zadowolić.

Gazu starczyło na wszystko. Ryż zalaliśmy wrzącą wodą, owineliśmy w nasze tybetańskie kocyki oraz śpiwór i jakoś sobie doszedł. Po pół godzinie może nie był całkowicie miękki, ale napewno zjadliwy, a z naszym owocowym sosem był dla nas znakomitym survivalowym posiłkiem.

Przed snem udało się jeszcze zaparzyć herbatę. Wychyliliśmy głowy z namiotu, spojrzeliśmy w niebo, na którym widać było miliony gwiazd i ani jednej chmury. Wokoło jak gdyby nigdy nic świerszczały świerszcze, pod nami układały się płyty tektoniczne, a my ni to przestraszeni ni zachwyceni wczuwaliśmy się w to co dookoła nas się dzieje. Natura pełną gębą :-)

Noc była na wpół przespana. Ziemi było ciągle niewygodnie samej ze sobą, więc się trochę pod nami wierciła. Ale przeżyliśmy :-)

13 maja, środa

/Shivalaya 1790 m.npm./

Rankiem dalej były odczuwalne wstrząsy wtórne. Postanowiliśmy się sprawnie zebrać i zejść do miasteczka. Nie mieliśmy już żadnych zapasów żywności (poza garścią musli) i chcieliśmy się zorientować co dalej…

Zejście w dól zajęło nam dosłownie chwilę. Strach przed potrząśnięciem, gdy schodzi się w dół wygenerował w nas przyspieszone tempo. Za poleceniem lokalsów poszliśmy okrężną drogą „dla busów”, gdyż ścieżka podobno została nadszarpnięta. Droga dla busów dostarczyła nam jednak i tak wielu wrażeń. Było wiele miejsc w których obsunęła się ziemia/kamienie i w których napewno nie chcielibyśmy się znaleść w trakcie trzęsienia.
image

image

Po ok. 20 minutach dotarliśmy do miasteczka. Prawie domy zniszczone… Smutny widok. W prowizorycznym namiocie zrobionym z jakiejś płachty panie coś gotują. Pytamy o możliwość kupienia czegoś do jedzenia. Zostajemy zaklepani na danie główne – dal bath :-)

W międzyczasie na plac w centrum miasteczka przychodzą nasi znajomi z Irlandii. Muśleliśmy, że są jeszcze za nami, a okazało się że w Shivalaya byli już wczoraj. Spali pod namiotem razem z lokalsami. Gdy nastąpiło trzęsienie czekali na lunch w guest-housie w którym spaliśmy, gdy byliśmy w Shivalaya poprzednim razem. Nic im się nie stało, ale gdyby siedzieli akurat w swoim pokoju mogliby mieć mniej szczęścia. Jedna część ich pokoju się zawaliła. Byli wstanie jednak wydobyć z niego swoje rzeczy.

Wogóle cały Nepal miał wiele szczęścia w całej tej tragedii, że obydwa trzęsienia miały miejsce w dzień. Gdyby zaskoczyło nas w nocy, byłoby napewno o wiele więcej ofiar…

Po napełnieniu brzuchów nepalskim dal-bathem rozbijamy namiot nieopodal naszych znajomych i innych ludzi z miasteczka i cały dzień spędzamy na szwędaniu się trochę wokół naszych miejscówek snując opowieści o tum jakby to było fajnie gdyby zabrał nas z tąd jakiś helikopter.

Sprawa z helikopterem nie była wcale taka mało realna. Zarówno nasi znajomi, jak i my, udaliśmy się na zwiady do szefa armii. Akurat w Shivalaya była jakaś siedziba wojska, więc można bylo z kimś porozmawiać. Pan boss, oczywiście głównie ze względów dyplomatycznych, ale jednak, wspomiał coś, że gdyby była opcja, że kogoś będą podrzucać do lub odbierać z Shivalaya, będzie o nas pamiętał…

Miasteczko zostało jak narazie odcięte pod względem komunikacyjnym z całym światem. Co oczywiste busy przestały jeździć. Odłączono również prąd ze względów bezpieczeństwa. Wieczorem byliśmy jeszcze świadkami jak żołnierze wyburzali jeden z domów, stojących w samym centrum mieściny. Oni się męczyli rzucając do niego kamieniami i trącając tyczką, podczas gdy mieszkańcy porozkładali sobie krzesła i oglądali przedstawienie. My w tym czasie organizowaliśmy sobie gotowane jajka na kolację.

Co jakiś czas dawały się odczuć (wciąż!) kolejne wstrząsy wtórne…

14 maja, czwartek

/Shivalaya 1790 – Toshe 1755 m.npm./

Robi się nam krucho z czasem. W poniedziałek mamy wylot do Chin, a my wciąż in the middle of nowhere. Robimy poranny wypad na zwiady. Załapujemy się przy okazji na podsmażony ryż z niewielką ilością zielonych dodatków. Jest możliwość jazdy busem następnego dnia o 6 rano do Kathmandu, ale z miejscowosci Those, oddalonej od Shivalaya o 40 minut marszu. Nasi znajomi z Irlandii zdobywają te same informacje. Zapada decyzja, że idziemy!

Pakujemy manatki, żegnamy się z Shivalaya i ruszamy drogą dla busów do wspomianego wcześniej Toshe. Po drodze mijamy wiele zawalonych domostw… To nie pojęte, że w 20 sekund tak wiele może ulec zniszczeniu.

W Toshe rozeznajemy się trochę w okolicy. Pada pomysł rozpalenia jakiegoś ogniska i usmażenia jajecznicy do zupek chińskich. Dzielimy się na dwie grupy, dziewczyny kontra chłopcy i udajemy się na polowanie na jajka. My (kobitki) zdobywamy ich 12, plus 3 pomidory i 3 małe cebulki. Panie od których kupujemy „towar” są tak miłe, że nie odmawiają mi, gdy proszę je również o pożyczenie patelni :-) Chłopcy zdobywają 8 jajek. Nie do końca umówiliśmy się czy jak znajdziemy jajka to je kupujemy, czy nie i skończyło się na tym, że jaj mielismy w sumie 20.

Idziemy trochę w dół miasteczka, z nadzieją znalezienia jakiegoś miejsca nieopodal rzeki i rozbicia naszej kuchni polowej. Udaje się to bez większych problemów i tak spędzamy popołudnie: pichcąc i opowiadając sobie swoje historie :-)

Jako, że nasi znajomi nie mieli ze sobą żadnych naczyń, ja Helenka, czując że to jest mój dzień, udalam się do lokalsów na pożyczki. I udało się: 4 miseczki i 4 łyżki zapożyczone od jednej z rodzin były jak znalazł by zalać w nich makaron z chińskiech zupek, a później okrasić to suto naszą jajecznicą.
image

Wieczorem rozbijamy sobie nasz przenośny domek na jednym z przydrożnych poletek, a nasi znajomi, jako że nie posiadali swojego namiotu, śpią z lokalsami na drewnianych paletach pod prowizorycznym zadaszeniem.

Tego wieczoru oprócz cudnie rozgwieżdżonego niebia, wokoło nas migają świetki. Miliony świetlików. Jeszcze tylu na raz nie widziałam… Ale co one robią w dzień ja się pytam?

15 maja, piątek

/Toshe – Kathmandu/

5 rano pobudka.

6:15 wskakujemy do busa (okazało się, że jechał jednak z Shivalaya, więc teoretycznie niepotrzebnie się przemieszcaliśmy).
image

W busie spędzamy kolejne 9 godzin. Jazda po wertepach, momentami stromym zboczem jakiejś góry, przy głośnej nepalskiej muzyce disko, z widokami na zrujnowane miejscowości, które mijamy po drodze nie należy do najprzyjemniejszych, ale jakoś dajemy radę.

Po dojechaniu do Kathmandu wszyscy stwierdzamy, że spodziewaliśmy się znacznie większej masakry w samej stolicy. O dziwo budynki które widzieliśmy po drodze w większości, na pierwszy rzut oka, wcale nie wyglądały jakby w ostatnim miesiącu były tu dwa trzęsienia ziemi…
Domyślamy się jednak, że pewnie bardziej ucierpiała stara część miasta.

Nasi znajomi udają się w poszukiwaniu hotelu, a my idziemy na plac nieopodal zajezdni busowej, na którym znajduje się miasteczko namiotowe stworzone dla lokalsów, których domy uległy zniszczeniu.

Całym terenem opiekuje się wojsko. Zagadujemy więc żołnierzy, czy byłaby możliwość abyśmy rozbili tam namiot. Żołnierze nie wiedzą… Zostajemy zaprowadzeni do ich przełożonego. Chłop jak dąb. Podnosimy glowy do góry, jak dzieci patrzące na dorosłego i pytamy :-) Odpowiedź pozytywna!

Zanim jednak rozbijamy namiot, udajemy się do hotelu w którym zostawiliśmy część naszych rzeczy przez wyjazdem na trekking. Hotel stoi, ale nie funkcjonuje. Całym obiektem opiekuje się kilku młodych chłopaków. Naszczęście nasze skarby się odnajdują. O w mordę – ile my tego mamy :-)

Pytamy jeszcze nieskromnie, czy byłaby szansa na prysznic. Jeden z chłopaków stwierdza, że nie bardzo bo nie mają bieżącej wody. Przychodzi do nas jednak po kilku minutach i obwieszcza, że coś wykombinował :-) Zostajemy zaprowadzeni do budynku obok, który również był hotelem i dostajemy do swojej dyspozycji pokój z łazienką :-) Ze względu na oczywistą obawę przed przebywaniem w budynkach, to był naprawdę szybki prysznic. Ale był :-)

Szybki obiadek w jednej z lokant. Wszystkie turystyczne knajpy zamknięte. Jedyni obcokrajowcy których spotykamy to ekipy ratunkowe – przynajmniej tak nam się wydaje. Czasmi natrafiamy na jakiś zawalony budynek. Widzimy także jak jeden bardzo wysoki budynek przechylił się i oparł o swojego bliźniaka. W miejscu tym zamknięto ruch samochodowy. Wiele budynków niby stoi, ale jednak budzą w człowieku strach.

Wracamy na miasteczko namiotowe. Chcąc zaoszczędzić swoją czystości bieżemy rikszę rowerową. Pan wiezie nas w okolicach Durbar Square. Stare miasto jest nie do poznania. I nie chodzi nawet o to, że uległo zniszczeniu, ale o to, że sprawia wrażenie, że życie w nim jakby wymarło. Wszysko wyzamykane, ludzi nie spotykamy prawie wogóle.
image

Rozbijamy namiot, budząc nie małe zainteresowanie lokalsów. Wszyscy są pod wrażeniem jak szybko nam to poszło :-)

16 maja, sobota

/Kathmandu/

Rano budzimy się o świcie. Przygrzewajace słonko mobilizuje nas do zebrania rzeczy i wybyciu gdzieś w poszukiwaniu jedzenia i prądu. Naszego power-banka zostawiamy w namiocie Samsunga. Trzeba przyznać, że firma dobrze to wymyśliła. W namiocie można się naładować, skorzystać z internetu i zadzwonić za darmo jeśli ma się taką potrzebę.

My trafiamy do knajpki na ulicy odchodzącej od zajezdni busowej. Są kontakty przy stolikach, co powoduje, że siedzimy tam do 17 popołudniu i ładujemy telefony i inne sprzęty :-) Przy okazji raczymy się a to samosami, a to momosami, a to indyjskim puri z sosem curry… a to sprite, a to herbata i tak zleciało…

17 maja, niedziela

/Kathmandu/

Dziś znajdujemy inny przyczółek :-) Cały dzień spędzamy w Centrum Informacji Turystycznej, gdzie jesteśmy jedynymi gośćmi i mamy do swojej dyspozycji dwa komputery, internet, kontakty… Wykorzystujemy to do cna. Centrum funkcjonuje teoretycznie tylko do 17. Jedna z dziewczyn tam pracujących powiedziała nam jednak, że możemy siedzieć dłużej i załatwiła nam to ze strażnikami.

W porze lunchu wyskakujemy na pyszne chrupiące roti z sosem curry – uwielbiamy takie pieczywko :-) A wieczorem zajadamy jeszcze ostatnie już nepalskie momosy. Pani trochę przekombinowała ze zrobieniem ich na wypasie, przez co nie były „lekkie” jak zazwyczaj, eh…

Ostatnią naszą noc w Nepalu spędzamy w naszym małym, przenośnym domku, myślami krążąc już wokół tego co się będzie działo dnia następnego i przez cały kolejny miesiąc – China! We’re comming!!!