Kradzież trochę pokrzyżowała nasze plany. Kilka dni musieliśmy poświęcić na dojście do siebie, szukanie nowego telefonu i ponowne złapanie chęci na odkrywanie mongolskich stepów. No i załatwianie z Rosjanami, że nas do siebie wpuszczą ;-) ale po kolei…

Mongolia przywitała nas mało życzliwie – to fakt. Już w drugim dniu zostaliśmy, co tu owijać w bawełnę, zrabowani. Pozwolę sobie tu zacytować fragment książki pt. Mongolia, wyprawy w tajgę i step, autorstwa Bolesława A. Uryna pt. „Ludy osiadłe – mieszczanie i rolnicy – byli w odczuciu naszych wolnych wojowników mongolskich, niewolnikami. Istotami niższymi, stworzonymi wyłącznie do zaspokojenia ich potrzeb. Dlatego zdobywcy prowadzili politykę likwidacji „bezużytecznych” chłopów i miast, doceniając tylko rzemieślników i rekrutów.

 

Nic więc dziwnego, że najazdy na nich i ich łupienie traktowane było na stepie jako swego rodzaju posłannictwo dziejowe, czy – bardziej prozaicznie – dojenie bydła danego nam w tym celu od bogów”. Po opuszczeniu autobusu i uświadomieniu sobie, że obydwoje z Łukaszem nie mamy telefonów, czuliśmy się właśnie jak takie bydło. Fragment tej książki, zaczął przemawiać do mnie jeszcze bardziej, gdy w rozmowach z innymi turystami, dowiadywaliśmy się, że prawie każdy z nich lub ktoś z ich znajomych został tu okradziony. Czy to w autobusie, czy na targu, czy w pociągu. Po wysłuchaniu tych historii naszła mnie myśl, że teraz „wojownicy” mongolscy nie muszą już wyruszać w teren, by coś zrabować. Teraz „bydło” samo z siebie tłumnie do nich przybywa…

Gdy emocje już opadną…

Tydzień po kradzieży wyruszyliśmy w końcu w teren i okazało się, że w Mongolii jest duuużo z tego, co kocham :-) Po pierwsze – przestrzeń. Ogromna i niezmierzona. Idziesz przed siebie i końca nie widać. Zdajesz sobie sprawę, jaką małą cząstką tego świata jesteś. Nie wiele większą od mrówki :-)

Po drugie – natura. Zarówno jeśli chodzi o roślinność, zwierzęta, jak i krajobrazy, a na człowieku skończywszy. Zdawałam sobie wcześniej sprawę z tego, że my ludzie zachodu oddaliliśmy się od natury, ale to właśnie tutaj uświadomiłam sobie jak bardzo! Oczywiście u nich to też już zaczyna się zmieniać (szczególnie w okolicach miast), ale wciąż, wiąż, żyją z matką naturą w symbiozie. I możemy wmawiać sobie, że chcielibyśmy eko. A kto z Was zrezygnuje z relaksującego, gorącego prysznica codziennie lub prawie codziennie?

Z tego, co zaobserwowałam, to oni się tu zbyt często nie myją – przynajmniej Ci z jurt! (I żyją!) W jutrach po prostu nie ma łazienek! Zębów prawdopodobnie nie myją, a jakie ładne, białe uśmiechy prezentują (no, chyba że palą…). Nie ma miejsca i pieniędzy (z resztą komu by przyszło na myśl) na żele pod prysznic/szampony osobno dla kobiet i mężczyzn, ba no i dla dzieci, kremy do rąk, stóp, twarzy, pod oczy, na noc/dzień, balsamy, peelingi, mydła, pachnidła, maseczki, dezodoranty itd. itp. Jak ja pomyśle ile my tego zużywamy!! (Ogółem rzecz ujmując, bo zapewne nie każdy.

Co tam kosmetyki. Jak ja weszłam do jednej jurty i zobaczyłam, że w sumie mieszka tam 8 osób w tym 3 dzieci to zamarłam. Tam były tylko dwa łóżka… 5 dorosłych osób na dwóch łóżkach plus dzieci! A gdzie rzeczy osobiste? W tej jurcie mieszkała nastoletnia dziewczyna. Owszem ładowała telefon (z baterii słonecznej ;-)), ale poza nim wielu osobistych rzeczy raczej nie miała. No bo niby gdzie? Jutra miała trochę ponad 20 m2! A ich dieta? Głównie mięso, mleko, masło, ser…! A gdzie warzywa i owoce? Nie ma. Tzn. w sklepach są, ale sprowadzane i drogie. Lecz kto tam z postawionej daleko hen gdzieś na stepie jurty, do sklepu po owoce i warzywa zachodzi…

No więc jedzą to, co mają pod ręką, jak higiena to naprawdę podstawowa, silne relacje rodzinne (czasami może nawet zbyt sile, bo podobno bywało (-wa) i tak, że w gospodarstwie nie wiadomo kto do kogo należy ;-)) czyste powietrze, trochę ruchu i jak ma Mongoł nie być zdrowy? Oczywiście ja nie proponuję, żebyśmy mieli to wszystko u nas zastosować. Nie mydlmy sobie jednak oczu naszym pachnącym mydełkiem, że my z naturą w za pan brat idziemy. Bo tak niestety (moim Helenkowym zdaniem) do końca nie jest…

I tak pobyt w Mongolii upłynął nam w mgnieniu oka. W odróżnieniu jednak np. do Nepalu (gdzie raczej już nie wrócę, bo mimo tego, że są tam góry, które również bardzo kocham, to czyhają tam też różne siły natury, z którymi niekoniecznie chcę mieć do czynienia, choć wiem, że nie tylko w Nepalu takowe czyhają) do Mongolii pragnę zawitać ponownie. Mimo rabunków, które mają tu miejsce, niewątpliwie warto tu przyjechać, by przeżyć wiele pięknych (prostych!) chwil, o których pamięć ciężko komukolwiek zrabować. By wsiąść jeszcze raz na konia i powędrować dookoła jeziora, palić codziennie ognisko, by coś na nim ugotować, a wieczorem ogrzać się i ponucić przy nim jakąś melodię (z podpiekaniem chleba na patyku włącznie), przesiąknąć dymem, którego zapach wręcz ubóstwiam…

Dobra, to tyle tytułem wstępu. Zapraszamy do lektury :-) Historii o tym, jak w Mongolii, pozostawiliśmy nie tylko dwa telefony…

16 czerwca, wtorek

/Zamenn Ud/

Noc w autobusie z Pekinu do Erlian (miasteczko na granicy chińsko-mongolskiej) z miejscami leżącymi, należała do zaskakująco dobrych :-) Humory popsuł nam trochę pan taksówkarz, który ustalił z nami cenę dowiezienia nas na granicę i zamiast przewiezienia nas przez nią, wysadził nas zaraz przed… (Na tym przejściu granicznym nie ma przejścia pieszego). Taksówkarze prowadzą tam niezły biznes i przewożą ludzi przez granicę po zawyżonych cenach. Z Erlian jest to kwota ok. 50 juanów. Nasz pan taksówkarz rzucił nam ceną 40 juanów, więc się nie zastanawialiśmy. Problem w tym, że było bardzo wcześnie, bo ok. 7 rano, a przejście otwierali o 8:30. Taxi driver wykorzystał naszą niewiedzę, podrzucił nas na granicę, ale nas przez nią nie przewiózł, zabrał kasę i odjechał… Zapłaciliśmy jak za przysłowiowe „zboże” za te kilka kilometrów…

1,5 godziny mija nam na siedzeniu na przystanków i podjadaniu bakaliowego chlebka, zakupionego jeszcze przed wyjazdem z Chin :-) W okolicach 8 rano na granicy zaczyna się lekki ruch. W międzyczasie podchodzi do nas jakiś pan, w celach zarobkowych oczywiście. Zobaczył dwóch turystów na granicy i już dolary w oczach mu się zaświeciły. Pragnął nas przewieść, ale nie chciał spuścić z ceny, więc odesłaliśmy go z kwitkiem.

Granicę przekroczyliśmy ostatecznie w busiku, pełnym mongolskich lokalsów. Kierowca zbija naprawdę niezłą kasę na tym przewożeniu ludzi. Najważniejsze to upakować klientów po sam sufit i kasa płynie szerokim strumieniem do jego kieszeni :-) Uwielbiamy takich przedsiębiorców, szczególnie że pan pospieszał nas wszystkich przy sprawdzaniu paszportów, nam nawet proponował przejście „boczkiem” bez wbicia pieczątek, a później latał za mną do toalety, żebym się pospieszyła, bo czas to przecież pieniądz…

Na szczęście pan z busika jest na tyle dobroduszny, że podwozi ludzi do najbliższego miasteczka Zamen-Ud. Tam też lądujemy i pierwsze co kierujemy się na dworzec kolejowy celem zakupu biletów do Ułan-Bator. Pociąg odjeżdża dopiero ok. 20. Do tego czasu włóczymy się trochę po okolicy, tzn. głównie po sklepach, bo ciekawi jesteśmy mongolskich towarów. I tak okazuje się, że na półkach w zasadzie w każdym sklepie można znaleźć polskie produkty :-) Soki (typu Kubuś, Tarczyn, Tymbark), owoce suszone, pasztet(!), sałatki warzywne w słoikach, ogórki konserwowe, czekolady (Wawel). Można też dostać kaszę gryczaną, za którą się bardzo stęskniłam.

W ramach lunchu zajadamy mongolskie kuszury, czyli a’la pierogi z mięsem baranim, ale większe i smażone na głębokim tłuszczu. Oprócz tego zamawiamy sałatkę ziemniaczaną z majonezem (taką jak się robi u nas). Inspirację na ten zestaw zaczerpnęliśmy od pań ze stolika obok ;-) Bar polecony przez ekspedientki z jednego z odwiedzonych przez nas sklepów spełnia nasze oczekiwania. Co jednak rzuca nam się w oczy, to to, że mongolskie menu dań dla wegetarian nie przewiduje. Każde danie mięsne!

I tak, pozostając przy jedzeniu, na późno popołudniowy obiad zamawiamy w przydworcowej knajpce mongolskie spaghetti, czyli makaron z… kawałkami baraniny i niewielkim dodatkiem kapusty. Takie trochę nasze łazanki, ale Mongołowie mówią, że to ichniejsze spaghetti. Dobre, ale jakie to wszystko tłuste…

Tłuste nie bez przyczyny, jak się później okazało. Godzina 19:30 do podstawionego na peron pociągu. Bilety i paszporty sprawdzają nam już przy drzwiach. Znajdujemy swoje miejsca, wszystko gra. Po chwili pojawiają się też nasi współpasażerowie. Dwóch chłopaków oraz dziewczyna z chłopakiem (z kolegą). Wszyscy mniej więcej w naszym wieku, może kilka lat starsi. Dziewczyna siedzi cały czas w okularach przeciwsłonecznych. Ma podbite oko…

Powoli ruszamy. Szybki przelot dwóch pań kierowniczek przez przedziały, w celu sprawdzenia, czy w skrzyniach pod siedzeniami nie ma pasażerów na gapę i nic już nie stoi na naszej drodze, by nabrać prędkości i ruszyć przez pustynne obszary do mongolskiej stolicy. Przed nami cała noc w pociągu. Planowany przyjazd 8:30 rano.

Nie długo po odjeździe rozdano nam po herbacie i kawie w saszetkach oraz czyste poszwy na kołdry i poduszki :-) Naprawdę byliśmy miło zaskoczeni.

Wracając do naszych pasażerów. Atmosfera w przedziale była naprawdę niczego sobie . Nastąpiła szybka integracja (nas z nimi i ich ze sobą) i po chwili uczyli nas grać w karty (w ichniejszą wersję „Pana” czy coś w tym stylu). Po jakimś czasie dwóch chłopaków gdzieś się jednak rozeszło, a para (dziewczyna i chłopak) zaczęła nam się najpierw tłumaczyć z podbitego oka (że niby pobili ich Chińczycy, ale dziewczyna tak broniła swojego kolegę, że niestety, ale nasze podejrzenia padły jednak na niego), a gdy już się nam wyspowiadali, na stoliku wylądowała flaszka wódki i sok do popitki :-) i tak minął nam wieczór, na próbie prowadzenia konwersacji (tylko dziewczyna mówiła ciut-ciut po angielsku) i wznoszeniu radosnych toastów „elu toh ktoj”, czyli „na zdrowie!”.

Problem w tym, że towarzystwo było już trochę wstawione jeszcze przed tą wspólną flachą i bardzo szybko doszło do stanu, mówiąc delikatnie, upojenia alkoholowego :-) Nadszedł więc czas ułożenia naszych towarzyszy do snu, co też z sukcesem udało nam się zrobić.

Nim my poszliśmy spać, pociąg miał jeszcze 30 minutowy postój (tak ok. 23). Na peronie czekali ludzie z ugotowanym jedzonkiem dla pasażerów. Był naprawdę fajny klimat, jedzonko jednak oczywiście dość ciężkie. No ale wiadomo. Z pewnością w nie jednym przedziale działy się takie rzeczy jak w naszym :-P

17 czerwca, środa

/Ułan Bator/

Ranek wita naszych współpasażerów lekkim kacem :-) „hangover, hangover…” powtarzają co chwilkę, trzymając się za głowy. Nam o dziwo nic nie dolega. Z tym że nie wypiliśmy tyle, co oni :-P Na szczęście o wczorajszych propozycjach wspólnego wyjścia na karaoke w Ułan Bator dziś już nikt nie pamięta – po przyjechaniu do stolicy żegnamy się kulturalnie i nasza znajomość na tym się kończy. Ludzie byli naprawdę sympatyczni, problem tylko z tym ich piciem do upadłego i brakiem zrozumienia dla mniej wprawionych w tej dziedzinie ;-P

Jeszcze w pociągu, gdy zbieramy swoje rzeczy, zostajemy dosłownie napadnięci przez 3 dziewczyny (każda z innego guest-housu), wciskające nam swoje ulotki z ofertą. W Ułan-Bator spanie w jakimś hostelu wiąże się też z wykupem jakiejś wyprawy w teren, wynajęciem jeepa, przewodnika itd. Do nas takie oferty nie przemawiają i uprzejmie, a po kilkunastu minutach, już trochę bardziej dosadnie, mówimy „nie, nie jesteśmy zainteresowani”. Dziewczyny idą w zaparte i odprowadzają nas w zasadzie na przystanek autobusowy. Zapewniamy je, że wiemy jak dojechać do centrum i że ze znalezieniem noclegu też sobie poradzimy. W końcu odchodzą, a my próbujemy się rozeznać, gdzie mamy jechać. Jedną z opcji jest jakiś hotel przy dworcu autobusowym, który wynaleźliśmy w internecie. W międzyczasie stwierdzamy jednak, że miejsce to jest zbyt daleko od centrum. Postanawiamy wsiąść w autobus na plac główny Ułan Bator i zobaczyć co się będzie działo.

Na przystanku zaczepia nas sympatyczna dziewczyna, mówiąca po angielsku. Poleca nam zmianę przystanku i nawet podprowadza nas na miejsce, skąd łapiemy autobus do centrum. Pamiętny numer 27…

Wskakujemy na pokład. Ludzi sporo, stajemy nad zajętymi miejscami siedzącymi i próbujemy się jakoś utrzymać w pionie. Kierowca prowadzi dość gwałtownie, przez co, żeby ustać z ciążącymi plecakami na plecach, musimy mocno trzymać się czego popadnie. W międzyczasie pytamy ludzi gdzie mamy wysiąść.

Ok. Jesteśmy w centrum. Wysiadamy. Obracam się za siebie i widzę, że Łukasz wraca do autobusu, po czym krzyczy „kto zabrał mój telefon?!” Sprawdzam swoje kieszenie. Ja swojego też nie mam…

Oczywiście, jak to zwykle w takich sytuacjach, każdy twierdzi, że niczego nie widział. Tylko pani sprzedająca bilety wskazuje na jednego gościa. Prosimy go o otwarcie jego torby. No ale gdzie tam. Facet zachowuje nadzwyczajny spokój. Daje się nam przeszukać. Niczego nie znajdujemy… Kierowca oczywiście chce jechać dalej, bo mu się spieszy. Jedziemy tym autobusem jeszcze jeden przystanek, ale niczego to nie zmienia.

Czujemy się podle. Upokorzenie sięga granic możliwości. Jak mogliśmy dać się tak zrobić? Nie pojmujemy… Łatwiej byłoby zrozumieć, że okradli jednego z nas, ale żeby nas oboje, tak po prostu… Wciąż ciężko w to uwierzyć, ale stało się.

Wdajemy się w rozmowę z jakimś młodym chłopakiem. Dobrze mówił po angielsku, pracował z amerykańskimi studentami. Radzi nam szukanie naszych telefonów w centrum handlowym Teddy, gdzie jest dużo takich stoisk i gdzie złodzieje pozbywają się swoich łupów. Postanawiamy znaleźć jakiś hostel i się tam udać.

Po drodze napotykamy na radiowóz policyjny. Zastanawialiśmy się nad pójściem na policję, ale ze względu na to, że wiemy, jak policja podchodzi do spraw skradzionych telefonów, daliśmy sobie spokój. Jednak gdy natknęliśmy się na policjantów spontanicznie się im poskarżyliśmy. Językiem rosyjsko-migowym tłumaczymy, o co chodzi. Panowie sugerują jechanie z nimi na posterunek i sprawdzenie monitoringu. Przystajemy na to.

Na komisariacie mamy szczęście, bo akurat są tam studenci na praktykach – szkolą się na przewodników turystycznych po mieście. Mówią po angielsku :-) Jeden chłopak bardziej angażuje się w naszą sprawę i jest naszym tłumaczem. Na kamerach widać tylko przystanek i jak wysiadamy z autobusu. Nic szczególnego. Zresztą niczego się nie spodziewaliśmy. Akcja miała miejsce przecież w autobusie.

Chłopak i jego koleżanka decydują się pomóc nam w szukaniu hostelu, abyśmy mogli zostawić plecaki i iść do Teddyiego. Niestety hostele, do których nas zaprowadzają, są dość drogie. Zapada decyzja, że ja zostanę w jakiejś knajpce i będę pilnować plecaków, a Łukasz z dwójką pomocników pójdzie do Teddiego.

Ekipa wraca po 2 godzinach. Zbyt mało czasu upłynęło od kradzieży – złodziej, nawet jeśli ma taki plan, żeby pozbyć się telefonów w Teddym, potrzebuje zapewne co najmniej kilku dni…

Znajdujemy przez internet Gana’s hostel. W miarę tani i niedaleko. Drepczemy przez miasto, bo ostatecznie odnaleźć zarezerwowane lokum. Czas odsapnąć…

18 czerwca, czwartek – 23 czerwca, wtorek

/Ułan Bator/

Te kilka dni spędzamy w Ułan Bator. Z miejsc, które decydujemy się zwiedzić to Świątynia Buddyjska z XIX wieku. Miała dość fajny klimat. W środku można było pooglądać ciekawe maski, których używano dawniej przy okazji odprawiania ichniejszych obrzędów. Ponadto znajdują się tam zmumifikowane zwłoki jakiegoś ważnego Lamy. Co przykuło naszą uwagę to to, że wokoło świątyni wybudowano wiele bardzo wysokich i nowoczesnych budynków, co stanowi niesamowity kontrast między tym, co stare i nowe :-)

Poza tym próbowaliśmy jeszcze coś wskórać na policji. Obiecali sprawdzić na podstawie numerów seryjnych naszych telefonów, czy ktoś nie próbował z nich dzwonić, ale ostatecznie okazało się, że potrzebują więcej czasu i nie zrobią tego z miejsca… Zresztą widać było, że czekają tylko na to, aż wyjedziemy z Ułan Bator :-P Na ulicach rozwiesiliśmy trochę ogłoszeń, że możemy zapłacić za karty pamięci/telefony „szczęśliwemu ich znalazcy”, ale poza jakimś panem z Polski będącym akurat w Ułan Bator i dzwoniącym, żeby wypytać, co się stało oraz poza panią z jakiejś restauracji, która zapraszała nas na obiad, nikt się nie odezwał (miło, ze ta dwójka zadzwoniła :-))
Nasz hostel wybudowany został metodą dykta, klej i woda… Pomysłowość budowniczych nie zna granic. W pokojach była bardzo słaba wentylacja. Właściciele próbowali co rusz odnawiać łazienkę i pokoje, ale wilgoć i tak była odczuwalna. To powodowało, że jak najszybciej chcieliśmy się stamtąd zmyć, tym bardziej że hostel może w porównaniu z innymi nie był drogi, ale i tak pochłaniał z naszej kieszeni 20 dolarów za każdą noc…

W owym hostelu poznaliśmy Bartka, który przyjechał do Mongolii z zamiarem rozkręcenia jakiegoś biznesu :-) Na tapecie miał akurat hostel nad jeziorem Khovsgol, czyli tam gdzie chcieliśmy się wybrać. Był nawet pomysł, że pojedziemy razem, jeśli akurat zgramy się w czasie – Bartek walczył w Ułan Bator o przedłużenie wizy.

Nasz pobyt w mongolskiej stolicy ciągle się wydłużał. W związku z tym, że skradziono na telefon, na który przychodziły smsy z naszego banku, byliśmy zablokowani z wykonywaniem jakichkolwiek transakcji. Mieliśmy problem np. żeby kupić voucher turystyczny do Rosji, nie mogliśmy kupić biletów na pociąg transsyberyjski, a jak już rodzice wyrobili nam nową kartę sim, to znowu kolej transsyberyjska nie chciała zaakceptować naszej karty no i takie tam perypetie :-)

We wtorek, gdy w końcu otrzymaliśmy vouchery turystyczne, uderzyliśmy do ambasady rosyjskiej. Niestety nie napisali na stronie internetowej, że należy wypełnić wniosek przez internet i przyjść z wydrukowanym egzemplarzem. Tego dnia nie mogliśmy już tego zrobić, bo składanie wniosków odbywało się w godz. od 14 do 15, a wniosek internetowy należało wypełnić co najmniej 2 godziny przed złożeniem. Tym sposobem straciliśmy jeszcze jeden dzień na siedzeniu w Ułan Bator…

24 czerwca, środa
/składany wnioski o wizy w ambasadzie rosyjskiej i jazda do Terlj/

Dzisiaj planujemy kolejne odwiedziny w ambasadzie rosyjskiej w celu złożenia kompletu dokumentów potrzebnych do wizy. Jeśli wszystko pójdzie sprawnie to po południu opuścimy stolicę…

Postanawiamy przerwać oczekiwania w Ułan Bator i wybrać się na kilka dni do położonego na północny wschód, parku krajobrazowego Ghorki- Terelj. Mamy kilka dni, zanim Bartek będzie jechał nad jezioru Khovsgol. Nie ma sensu dalej czekać na jakieś ruchy policji, bądź ludzi reagujących na nasze ogłoszenia o skradzionych telefonach. Czas skorzystać choć trochę z dobrodziejstw tego kraju.

Po hostelowym śniadaniu wyruszamy na drobne zakupy (większość kempingowego prowiantu kupiliśmy dzień wcześniej). Okienko gdzie przyjmowane są dokumenty wizowe otwierane jest o 14:00, a autobus do Terlj odjeżdża tylko raz dziennie o 16:00. Będzie gęsto, ale taki już chyba nasz los ;). Tak czy siak, po powrocie z zakupów, pakujemy nasze plecaki, które zostają, czekając na nas w hostelu i ruszamy do ambasady,

Tym razem akcja wiza przebiega sprawnie i bez komplikacji, już o14:20 jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami kwitka, który potwierdza złożenie i obliguje do wpłacenia 92 dolarów w banku TDB. Jako że najbliższego oddziału trzeba poszukać, ja (Wilk) dostaje zadanie załatwienia tego tematu, a Helenka wyrusza z powrotem do hostelu szykować się już na autobus. Umawiamy się na 15:30.

Wszystko załatwiane (a i nawet zdążyłem mały obiadek zaliczyć), więc żegnany się z ekipą z Gana’s Guest House i szybkim krokiem wyruszamy na przystanek zlokalizowany przy Peace Avenue, ok. 1 km dalej. Punkt strategiczny to szyld pepsi nad drogą. To tam należy łapać autobus. O dziwo mamy jeszcze 10 min zapasu, więc jest nieźle. Pytamy profilaktycznie stojących ludzi czy to właściwe miejsce (wskazówki mieliśmy od chłopaka z hostelu). Wszystko gites i po paru minutach zjawia się oczekiwany przez nas pojazd.

Po przygodach z telefonami jesteśmy wyczuleni w kwestiach bezpieczeństwa i chcieliśmy wsiąść plecaki do środka. Pani konduktorka jednak się upiera i twierdzi, że w luku bagażowym będą również bezpieczne… Dajemy za wygraną biorąc co cenniejsze sprzęty do podręcznej torby i spinając plecaki razem (jeśli ktoś się pokusi będzie musiał dźwigać blisko 30 kg ;))

Co ciekawe w Ułan Bator bardzo łatwo spotkać kogoś, kto mówi dobrze po angielsku. Więc nie ma problemu, żeby załatwić coś na mieście lub spytać o drogę. Tym razem pomaga nam jedna z pasażerek, wsiadających w tym samym miejscu co my.

Bilet kosztuje 2500 tugruków, czyli ok. 5zł za blisko 70 km jazdy. Mamy przed sobą ponad 2 godziny jazdy…

Najpierw przebijały się na drugą stronę miasta, co w godzinach szczytu zajmuje dobre 45min. Im bardziej dzikie wyjeżdża my z centrum, tym mniej uporządkowana staje się zabudowa, a domy i pawilony handlowe, zastępowane są nieregularnymi, ogrodzonymi polami z jedną bądź dwoma jurtami (takie duże okrągłe namioty mieszkalne, z których korzysta nadal ok. 80 % mongolskich rodzin – jeden z symboli życia nomadów).
I tak zmierzamy na wschód, a krajobraz kreuje nam ogromną piękną przestrzeń (poza samą drogą), gdzie ktoś porozrzucał pojedyncze domostwa, przy których kręcą się stada koni, krów lub kóz. W popołudniowym świetle wszystko to wygląda dosyć malowniczo.

Wjeżdżamy w bardziej wyboisty rejon, a przed nami rozpościera się łańcuch pagórków, dolinek i gór. Wszystko to poprzecinane rzekami lub strumieniami. 20 minut przed ostatnim przystankiem wysadzany jakichś pasażerów przy „Żółwiej Górze”, która naprawdę przypomina takiego wielkiego żółwia z charakterystyczną skorupą i wystającą z niej głową. Ciężko sobie wyobrazić jak coś takiego powstało.

Dojeżdżamy ok. 18:30, a wysiadając okazuje się, że jesteśmy właściwie jedynymi, którzy dojechali do samego końca. Poza jeszcze jednym turystą ze Szwecji, Davidem. Szybko nawiązujemy znajomość, wypytując się wzajemnie o plany i wcześniejsze podróżnicze przygody.

David już od kilku tygodni przebywa w Mongolii, wcześniej będąc m.in. na zorganizowanej wyprawie na pustynię Gobi oraz samotnie kempingując w okolicy jeziora Khuvsgol. Jest w trakcie studiów pielęgniarskiej w Göteborgu i planował wyjazd do Nepalu na praktyki w szpitalu w Katmandu. Plany pokrzyżowało mu jednak trzęsienie ziemi i ostatecznie wylądował w Mongolii :) Dodatkową jego pasją/profesją jest fotografia.

Rozmowa klei się wyjątkowo dobrze, a my dreptamy z plecakami, w stronę gdzie wydawało nam się, że znajduje się rzeka. Jakże mylnie… ;) Po ok. 1 godzinie, kończy się droga i dochodzimy do ostatniego „GER campu” czyli turystycznej osadki z jurtami. Rzeki nadal nie widać, a panie z obsługi twierdzą, że faktycznie była, ale tam gdzie miasteczko i musimy się wrócić… Ehh…bywa. Na szczęście szło się całkiem przyjemnie, udaje się zakupić zimną wodę w tymże campie, a ciemno robi się dopiero za 2-3 godziny. Po prostu okazało się, że w „ferworze walki” nie zauważyliśmy rzeki, która była 500 m za naszymi plecami :).

Docieramy nad rzeczkę, którą musimy przekroczyć boso, bo w zasięgu wzroku nie było widać mostu. Było to nawet przyjemne doświadczenie po kilku godzinach jazdy i maszerowania.

Po drugiej stronie wita nas wesoła grupa Czechów, którzy lekko „na fazie” świętują właśnie powrót z kilkudniowej wycieczki w tutejsze góry. Proponują nam rozbicie się obok i obiecują małą alkoholową imprezę.

Jako że ani my, ani kolegą ze Szwecji nie byliśmy specjalnie nastawieni na rozrywkową noc (nie ujmując nic czeskiej młodzieży), grzecznie podziękowaliśmy i przemieściliśmy się ok. kilometra dalej… w spokojniejsze miejsce.

Szybko znajdujemy w miarę płaski teren rozbijamy nasze namioty i zabieramy się za gotowanie wody na zupki chińskie – naszą dzisiejszą kolację. Rozmowy trwają jeszcze do 22:30 i postanawiamy rano zdecydować, gdzie się dalej udamy.

25 czerwca, czwartek

/Park Ghorki-Terlj/

Po wczorajszych długich posiadach nie spieszno nam do wstawiania. Jest ok 11:00 i nie widać zbytniego pośpiechu. W końcu przejechaliśmy tutaj odpocząć ;) Przygotowania do późnego śniadania zakłóca fakt, że David zostawił omyłkowo wczoraj, obok namiotu (nie dalej jak 2-3 m) swój palniczek, którego rano już tam nie było. Jakiś Mongoł się nim „zaopiekował”. Wniosek jest taki, że lubią oni przygarniać cudze rzeczy…

Ratujemy kolegę w potrzebie swoim palniczkiem i gawędzimy jeszcze dobre 2 godziny. My postanawiamy wybrać się w 4 dniową trasę do położonego głęboko w dolince monastyru buddyjskiego, a on wybiera 1 dniową trasę wzdłuż rzeki i potem wróci w to miejsce, gdzie teraz biwakujemy, aby 3 dnia złapać się na autobus do Ułan Bator.

Robimy pamiątkowe zdjęcia, wymieniany się kontaktami i robimy zdjęcie mapy, którą on miał a my nie (może się przydać w 4 dniowej wędrówce) :)

Nam udaje się wyruszyć dopiero o 15:00 i nie zachodziły zbyt daleko. Przechodzimy obok kolejnych jurtowych kampów, pasących się krów i koni. Mijamy też niewielki sklepik, w którym oczywiście znajduje się kilka artykułów pochodzących z Polski (sok Pysio, ogórki konserwowe, dżem).

My prowiantu mamy sporo, więc znów ograniczamy się tylko do czegoś do picia. Choć pani zachęca nas do zostania i wynajęcia u nich jurty. Po około 10 km mijamy spore pole ograniczone z jednej trony drogą, a z drugiej wijącą się rzeczką. Trzy niewielkie domostwa składające się z jurt i ogrodzeń na bydło oraz spore stada pasące się obok. Wygląda malowniczo i choć nie przeszliśmy dzisiaj jakiegoś oszałamiającej odcinka, postanawiamy rozbić namiot po drugiej stronie rzeczki z widokiem na ten cały „grajdołek”. Po raz kolejny przechodzimy na drugą stronę, brodzący boso po rzece, co jest przyjemną terapią na zmęczone nogi (choć woda ma zaledwie kilka stopni). Popołudnie i wieczór spędzamy pod samą moskitierą, na gotowaniu, oglądaniu wyjątkowo długo zachodzącego słońca i przechadzających się w te i we wte, stad koni i krów.

Czuć tutaj dużo większą styczność z naturą i tym jak dawniej funkcjonował człowiek. Bardzo to ciekawe doświadczenie.

20150626_123142 20150626_122307 20150626_122413 20150626_123135

26 czerwca, piątek

/Park Ghorki-Terlj/

Noc dobrze przespana, choć jeszcze ok. 24:00, wokół namiotu przeniknęło bardzo rozemocjonowane stado psów. Chcielibyśmy dotrzeć dzisiaj, choć do połowy odcinka, jaki dzieli nas do monastyru, czyli ok. 15 km. Droga szutrowa rozciągnięta wśród pagórków i snujących się poza zasięg wzroku pastwisk. Gdzieniegdzie widać jurtę lub dwie. Co ciekawe często jak dla kontrastu obok jurt i stada koni stoi całkiem wypasiony samochód terenowy. A na dachu zamontowana jest satelita (prąd dostarczają baterie słoneczne). Chyba aż tak źle nie mają ;)

IMG_1070 (Medium) IMG_1077 (Medium) IMG_1078 (Medium) IMG_1082 (Medium)

Idziemy i podziwiamy. Pogoda nam sprzyja, bo na niebie jest parę chmurek, a od pleców wieje wiatr.

Jakąś pani z mijanego domostwa nas woła i podbiega. Zainteresowani przystajemy. Pyta, czy nie chcemy wynająć geru lub koni, my jednak nie jesteśmy narazie zainteresowani. Jeszcze sporo dnia przed nami a na piechotę można lepiej podziwiać otaczające Cię widoki.

Z mały wynika, że po ok. 10 km powinniśmy dojść do jakiejś większej osadki. Byliśmy już dosyć głodni i liczyliśmy na złapanie się na jakiś ciepły obiad. Około 14:00 widzimy w oddali sporo gerów i kilka drewnianych chatek, ale do celu jeszcze dobre 3-4 km. Za to po lewej, wewnątrz dolinki objawia nam się spory budynek wyglądający jak mini pensjonat oraz kilka mniejszych domków (chyba do wynajęcia). Postanawiamy zajrzeć tam i, jeśli będzie taka opcja, posilić się. Okazuje się to faktycznie ośrodkiem wypoczynkowym. Który właśnie oczekuje na weekendowo-wakacyjnych gości. Pani właścicielka całkiem dobrze mówi po angielsku więc bez problemu zamawiamy kushury, czyli zapiekane duże i płaskie pierogi z mięsem.

20150628_155209

Budynek jest dosyć dobrze wyposażony, choć widać w nim tak zwaną „mongolską jakość”, tzn. Tu podłoga się zapada, tam sztuczne deseczki, a tu odpada kontakt. No ale zdecydowanie odstaje on od normalnego hurtowego standardu. Tak czy siak, jedzenie było bardzo smaczne i niezbyt drogie, a w gratisie dostaliśmy zupę (mięso i woda, nic więcej!) i mongolską, lekko słonawą herbatę. Dogadujemy się też, że za 40 zł ich kierowca może nas porzucić ok. 20 km dalej tak byśmy mieli szansę jeszcze dzisiaj dotrzeć pod monastyr. Przystajemy na tę propozycję, bo jakoś nie mieliśmy już siły na dźwiganie plecaków aż tak długo.

Do minibusu z napędem 4×4 wsiadamy zatem my, kierowca o dwie panie z obsługi pensjonatu, które postanowiły wykorzystać okazję i wybrać się na wycieczkę. Jazda zajmuje nam dobre 1,5 h. Na dojście w to samo miejsce, poświęcilibyśmy pewnie jeden dzień ekstra. Droga jest wyjątkowo wyboista i kilka razy trzeba było przekraczać mniejsze lub większe strumienie. W pewnym momencie mamy nawet wrażenie, że kierowca wybiera zły kierunek i jedziemy tą bardziej wyboistą opcją trasy. Było nawet ciekawie, choć oboje mieliśmy w głowie kolejny dzień, kiedy będziemy musieli tą trasą wrócić.

Nasza przejażdżka kończy się przy kolejnym turystycznym „GER campie” o wdzięcznej nazwie Princess Lounge. Panie i kierowca twierdzą, że dalej nie dadzą rady jechać, bo droga niezbyt dobra, a do celu mamy jeszcze 45 min. Bierzemy od nich na wszelki wypadek numer telefonu i ruszamy w dalszy marsz. Z 45 min. robi się 1:45, a po drodze mijamy Belga na rowerze, twierdzącego, że sam monastyr nie jest jakoś mega imponujący. Zobaczymy jak dojdziemy… :) A droga służy nam się niemiłosiernie. Mijamy mokradła i lasek (sporo było też much i komarów, których bardzo nie lubimy) i w końcu w oddali ukazują nam się jakieś budyneczki.

Z monastyru została tylko jedna, skądinąd sympatyczna, osiemnastowieczna kapliczka. Pozostałe budynki w ramach ogrodzonego terenu zniszczone. Faktycznie nie jest to jakiś imponujący widok, zwłaszcza po świątyniach widzianych w Nepalu czy Indiach, ale jest cicho, przyjemnie, pośrodku niczego, tylko ta świątynia, my i natura.

Rozbijamy namiot wśród pobliskich drzew i wykorzystujemy, przygotowane już wcześniej przez kogoś miejsce na ognisko. Gotujemy kolację i raczymy się widokami. Przy zachodzącym słońcu odwiedzają nas nawet dwa konie. Jeden biały a drugi brązowy. Obserwujemy je dłuższą chwilę, a gdy ognisko przygasa, idziemy spać. To był długi dzień.

20150626_123720 20150626_194531 20150626_200308_HDR

27 czerwca, sobota

/Park Ghorki-Terlj/

Budzą nas dźwięki lasu i słońce rozgrzewające powierzchnię namiotu. Pora wstawać, żeby choć jeszcze chwilę nacieszyć się otaczającą nas naturą i widokami.

Tym razem wiemy już, co nas czeka w drodze powrotnej, więc koło 12:00 ruszamy przed siebie. Znów idziemy dolinką rozpostartą pomiędzy dwoma, ciągnącymi się przez kilka kilometrów, łańcuchami pagórków odzienie wyglądających skał. Niektóre z nich przypominają uśpione trolle, które tylko czekają, żebyśmy sobie stamtąd poszli ;)

20150627_133528 20150627_175451 20150627_183651

Po 1,5 docieramy znów do Princess Lounge, składające się z 10 jurt i dwóch drewnianych budynków. Ponieważ nie widać żywej duszy, krzyczymy przez chwilę „hello” zaglądając i pukając do co po niektórych. W końcu pojawiają się dwie panie z obsługi i udaje nam się zakupić trochę zimnej wody. Niestety tak jak my, tak i one nie mają kontaktu ze światem, więc nie możemy zadzwonić do pana od busa. Tak więc, chcąc niechcąc, czeka nas marsz. Przez kilkanaście kilometrów.

Była jeszcze iskierka nadziei w postaci pana z samochodem urzędującego w jurcie obok. Jednak po zmierzeniu nas wzrokiem i przemyślenia tematu zażyczył sobie 160 zł za podwiezienie nas te 15-20 km. Podziękowaliśmy.. ;)

O dziwo szło nam się dosyć sprawnie, a pogoda nie utrudniała nam zbytnio sprawy. Było wietrznie i czasem słońce zachodziło za chmurki. Minął nas co prawda po drodze jeden samochód, ale w przeciwnym kierunku.

Kilka przystanków, ze dwie przeprawy przez rzeczkę i na wieczór docieramy do zabudowań i cywilizacji znajdującej się ok 3-4 km od pensjonatu.

Na dziś wystarczy. Rozbijamy namiot niedaleko drogi, gotujemy kolację i okraszamy ją dzikim szczypiorkiem o lekkim czosnkowym smaku.

28 czerwca, niedziela

/Park Ghorki-Terlj/

Dzisiejszy dzień nie był zbyt wymagający fizycznie. Po lekkim śniadaniu i opakowaniu „bambetli”, wyruszamy jak zwykle wzdłuż szutrowej drogi. Jakąś grupa młodzieży mija nas konno. Chyba ćwiczą już do wyścigów podczas Naadanu.

Po niecałej 1,5 godzinie docieramy znów do pensjonatu, który odwiedzieliśmy idąc w stronę monastyru. Nareszcie normalna łazienka i trochę prądu ;)

Ponieważ to najprawdopodobniej jedyna nasza opcja na ciepły posiłek (poza zupkami chińskimi i kaszą, które możemy przyrządzić sami), decydujemy się na wczesny obiad. W ruch idąc khusury i spory talerz sałatki. Realizuje mu też postanowienie z dnia poprzedniego i serwujemy sobie po zimnym mongolskim… piwku :)

Wczorajszy dzień dosyć nas zmęczył, więc dzisiaj miało być luźno. W pensjonacie spędzamy więc dobre 2-3 godziny delektując się błogim nicnierobieniem ;)

Chcieliśmy sprawdzić informacje od Bartka z Polski, który miał nam wysłać smsa, jak już zbliżać się będzie termin jego jazdy do Khovsgol. Jednak zasięg można było złapać jedynie na pobliskiej górce. Żegnany się zatem z ekipą z pensjonatu i wdrapujemy na wskazane wzgórze. Informacji brak, więc nadal nie wiemy co dalej. Jedyny wyznacznik to dzień odebrania wiz rosyjskich we wtorek.

Na szczęście wysiłek wdrapywanie się nie idzie na marne i podziwiamy okolicę z wysoka oraz robimy skrót do kolejnego odcinka drogi, zaoszczędzając pół godziny.

Po kolejnej godzinie docieramy już do miejsca, z którego w oddali widać nieco gęstszą zabudowę wioski Trerlj. Zaczynamy rozglądanie się za miejscem na namiot. Kolejne znajome pola i jurty. Najpierw próbujemy szczęścia wśród drzew po drugiej stronie rzeki. Ale wyglądają mało sympatycznie z wieloma gałęziami pourywanymi na ziemi lub konarami spalonymi od piorunów. Gdyby przyszła burza nie czulibyśmy się tutaj zbyt bezpiecznie.

Przemieszczamy się jeszcze kawałek dalej. Tym razem przy rzeczce na dosyć równej trawce, znajdujemy bardzo sympatyczne miejsce. Nie daleko znajduje się droga, którą przeprawić się można na drugi brzeg. Zresztą podczas naszego biwakowania tam, mija nas kilka osób w autach lub konno. Tak czy siak, jest bardzo klimatycznie.

Leżymy sobie w namiocie i szykujemy herbatę, a tu podjeżdża na koniu Mongoł w tradycyjnym dosyć stroju. Niewiele mówi, odpowiadając jedynie na nasze „hello”, tym samym :) My po mongolsku zero, on po angielsku lub rosyjsku również niet… Najpierw przygląda nam się, siedząc w siodle, potem zsiada z konia i kuca obok naszego namiotu. Sytuacja śmieszno-niezręczna. Czy jesteśmy na jego polu? Czy coś od nas chce? A może po prostu taki już tutaj zwyczaj ? Helenka proponuje Mongołowi herbatę truskawkową, słodką (taką akurat zrobiliśmy dla siebie). Nieco inną od ich tradycyjnej, podawanej z mlekiem i szczyptą soli. Mongoł w ciszy przyjmuje herbatę i wypija, zerkając jedynie z zaciekawianiem co my to za domek mamy.

Ja, próbując przełamać niezręczną ciszę, zagaduję do o konia i pytam pana czy mieszka gdzieś tu niedaleko. Ten jedynie przytakuje na każde moje pytanie, więc nie jestem pewny czy zrozumiał… Po kilku minutach kończy herbatę, wsiada na konia i odjeżdża w siną dał :) Taka oto wieczorna integracja. Potem wyczytaliśmy, że to tutaj normalne i np. do zamieszkałych jurt każdy może wejść, kiedy tylko chce (dostanie do ręki mongolską herbatę, a czasem nawet jakiś posiłek). Bez zapowiedzi, bez pukania i bez skrępowania.

Wieczór przy dźwiękach zwierząt i płynącej rzeczki.

IMG_1096 (Medium) IMG_1103 (Medium)

29 czerwca, poniedziałek

/Park Ghorki-Terlj/

Poranek przywitał nas stadem koni, które postanowiło ugasić pragnienie bardzo blisko naszego namiotu. W blasku porannego słońca ich rozwiane grzywy i parskanie, przywoływało nam na myśl to, jak niesamowity jest fakt, że w Mongolii zwierzęta są takie wolne. Całe dnie mogą chodzić gdzie chcą i czuć się zupełnie swobodnie, a jedynie co jakiś czas ich właściciel zagania je w okolice swojej jurty.

IMG_1089 (Medium)

20150628_181148 20150628_190319 20150628_210755 20150629_140431

My przemieszczamy się już w okolice naszego pierwszego noclegu. Czyli do wioski Terlj. Na przeciwległym od niej brzegu rzeczki widać już sporo biwakujących turystów i kilka samochodów. Jest też nieco głośniej. Jutro rano chcemy złapać się na autobus do Ułan Bator, więc musimy być w miarę blisko.

Wcześniej jednak (ponieważ jest dopiero 14:00) przeprawiamy się mostkiem do centrum miasteczka, aby coś zjeść i upewnić się, że autobus faktycznie jedzie.

Na „mongolskie spaghetti” trafiamy do jednej z lokant. Jak zwykle wyznacznikiem okazało się to, że siedzieli tam też inni klienci. Robimy też drobne zakupy i dopytujemy młodą dziewczynę w jednym ze sklepów o transport. Odjazd jutro o 8:00

Wieczorem po rozstawieniu namiotu realizujemy jeszcze jedną zachciankę. Palimy ognicho, jemy pieczony, pyszny chleb, który smarujemy mongolskim masłem (albo raczej miksełkiem).

Długo jeszcze siedzimy i obserwujemy niebo i rozżarzone drewienka, podśpiewując ogniskowe piosenki :)

IMG_1105 (Medium) IMG_1108 (Medium)

30 czerwca, wtorek

/Park Ghorki-Terlj/

Budzik nie zadzwonił, ale, tak czy siak, obudziliśmy się o 7:15(Uff;)). Ponieważ autobus odjeżdża za 45min, nie mieliśmy zbyt dużo czasu. W trybie ekspresowym, w 20 min, pakujemy namiot i nasze plecaki (czemu w normalne dni zajmuje nam to prawie godzinę ? ;-)). Przechodzenie przez lodowatą rzekę, zaraz po przebudzeniu się, nie należy do najprzyjemniejszych (wmawiamy sobie, że jest zdrowe). Na szczęście słonko już świeci i mamy jeszcze 20 min do odjazdu, więc luzik :)

Miasto dopiero budzi się do życia, widać zza prowizorycznych ogrodzeń, wyłaniające się z porannej mgły jurty. Jakieś krowy drepczą już na swoje pastwiska.

Widzimy kilkoro ludzi, którzy czekają już na skrzyżowaniu szutrowych dróg, biegnących przez miasteczko. Stajemy tam i my. Po 10 min pojawia się autobus.
Znów mijamy „żółwiową skałę” i małe mieścinki, aby ok. 10:30 dotrzeć do Ułan Bator.

Dzisiaj przypada dzień odbioru wiz rosyjskich. Mamy się stawić w ambasadzie o 12:00, tak więc mamy jeszcze 1,5 godziny. To wystarczająco, żeby zamontować się po raz kolejny w Gana’s Guest House i wyskoczyć na wczesny obiad… A w zasadzie dwa obiady :)

Podczas odbioru wiz, małe zaskoczenie. Okres ich ważności biegnie, nie tak jak w przypadku wszystkich poprzednich, od daty wjazdu, ale od daty wystawienia. Nie mamy zatem, aż tak dużo czasu, jak nam się wydawało.

Wizy rosyjskie mamy jedynie do 18 lipca, a jeszcze 11.07 chcielibyśmy zaliczyć festiwal Naadan w którymś z mongolskich miast. Mamy zatem jedynie 8 dni na przejechanie Rosji i wydostanie się z okolic Władywostoku do Korei lub Japonii.

Wracamy zatem do naszego hostelu i zabieramy się za szukanie połączeń kolejowych i lotniczych, które pozwolą nam w miarę tanio i optymalnie przejechać kawałek trasy kolei transsyberyjskiej.

Pozostaje zakup biletu Ułan Ude – Władywostok, który okazuje się nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza że musimy użyć karty kredytowej, do której kody bezpieczeństwa przychodzą nam na mój polski numer telefonu (przypominam, że telefony wraz z moją polską kartą SIM przepadły). Na szczęście duplikat karty SIM był już w posiadaniu moich rodziców, trzeba się było tylko z nimi skontaktować, a tu przeszkodą była blisko 7 godzinna różnica czasu :) Walczyliśmy z moim tatą do 1:00 w nocy i niestety żadna z kart nie chciała „zagadać” ze stroną rosyjskiej kolei. A biletów na dzień, który nas interesował, było tylko 21.

1 lipca, środa

/Ułan Bator/

Od rana walczymy z różnymi opcjami zakupu biletów. Udaje się zakupić te na samolot z Władywostoku do Seulu. Potem wyruszamy raz jeszcze na miasto. Przecież nie odwiedziliśmy jeszcze świątyni, w której znajduje się kilkudziesięciometrowy posąg Buddy, a która znajduje się dosłownie 500 m od naszego hostelu…

Ok. 11:00 w świątyniach odbywają się obrzędy, a wielu mnichów wygłasza mantry lub wspólnie wybijają święte rytmy na instrumentach. Właśnie wtedy warto to miejsce odwiedzić, kiedy tętni ono życiem. Dla Mongołów Buddyzm to jedna z najważniejszych religii jednak była ona wyjątkowo tępiona przez Sowietów, którzy zniszczyli większość świątyń, a tzw. Lamów wymordowali.

….

tu nam kawałka brakuje :)

20150701_190708 20150701_191339 IMG_1124 (Medium) IMG_1126 (Medium) IMG_1127 (Medium) IMG_1128 (Medium) IMG_1129 (Medium) IMG_1132 (Medium) IMG_1135 (Medium) IMG_1136 (Medium) IMG_1137 (Medium)

2 lipca, czwartek

/Ułan Bator/

Do południa decydujemy się na zakup biletów na transsyberię poprzez agencję turystyczną. Zapłacimy trochę więcej, ale chcemy koniecznie już dziś wyruszyć nad jezioro Khovsgol.

Pakujemy manatki, żegnany się z prowadzącymi hostel i bierzemy taksi na dworzec autobusowy. Okazuje się, że autobus wyjeżdża dopiero o 18. Mamy więc kilka godzin, które spędzamy w przydworcowej restauracji. Dworzec o dziwo jest naprawdę niczego sobie :-)

W owej restauracji na ścianie wisiał wielki telewizor. Co w nim leciało, ktoś zapyta? Nic innego jak tylko amerykańskie reality show: piękni i bogaci ludzie oraz ich problemy. Martwi nas trochę to, że znaczna część Mongołów właśnie w taki sposób postrzega turystów z „zachodu” (a potem bawią się w Robin Hooda, który zabierał bogatym i dawał biednym).

Autobus nie wyruszył wcześniej niż o 19. Tym razem nie było miejsc leżących :-P A na miejsce (tzn. do Moron oddalonego od jeziora o ok. 80 km) mieliśmy dojechać dopiero o 7 rano…

Jednym z pasażerów był jakże uroczy, starszy pan, który ledwo zdołał wejść do autobusu, bo tak się biedaczek spił. Posadzili go z samego tyłu. Wyspał się trochę do przerwy na wieczorny obiad, na który zatrzymaliśmy się po drodze, po to, by podczas tego postoju wyjść z autobusu z flachą w ręce, upaść na kolana, walnąć czołem o ziemię, powstać, wypić gdzieś po kryjomu tę flachę i dostarczać nam dalszych wrażeń podczas podróży. Ostatecznie, jako że wykładał się z tyłu autobusu po dwóch dziewczynach obok niego siedzących, w trakcie dalszej jazdy był pilnowany przez jednego z kierowców :-)

3 lipca, piątek

/Jezioro Khovsgol/

Wyspani „jako tako”, łapiemy transport nad jezioro. W Mongolii o stopowaniu można zapomnieć. Każdy chce kasę, nie ma zmiłuj się :-P

Pakujemy się więc do czegoś w rodzaju taksówki, z dwoma innymi pasażerami. W Hatgal (miasteczko przy jeziorze) jesteśmy ok. 11.

Za radą ekspedientki ze sklepu, przed wyruszeniem nad samo jezioro, zajadamy jeszcze kushury i sałatkę ziemniaczaną w maleńkiej lokancie. To ostatni nasz normalny posiłek, przez następne dni będziemy bowiem żywić się tym, co sami ugotujemy :-)

Brzuchy pełne. Szukamy jeziora. Idąc główną drogą, zostajemy zaczepienia przez młode małżeństwo. Proponują nam spanie w jurcie (turystycznej oczywiście). Odrzucamy propozycję, bo nastawieni jesteśmy na nasz namiot i bycie z dala od miasteczkowego zgiełku. Państwo są jednak na tyle mili, że nas kawałek podwożą (żebyśmy zobaczyli te ich jurty :-P )

Maszerujemy jeszcze kawałek ulicą wzdłuż jeziora. Dochodzimy do miejsca, gdzie kończy się droga. Dookoła kilka turystycznych jurt… Rozkładamy kocyk przy brzegu i myślimy co dalej. W podejmowaniu decyzji pomaga nam zimne piwko i wędzona rybka, sprzedawana przez właścicielkę jednego z jurtowskich campingów.

Jedną z opcji jest przepłynięcie na drugą stronę jeziora. Za kwotę 8 tysięcy tugruków można odwiedzić hodowane tam renifery. Drugą opcją jest poproszenie o pomoc kolegi Bartka, do którego dostaliśmy namiary. Postanawiamy zadzwonić i dowiedzieć się co on nam może zaproponować. Kolega Bartka był tak miły, że podjechał do nas na skuterze. Zaproponował wywiezienie nas samochodem ok. 50 km wzdłuż zachodniej strony jeziora. Problem była tylko cena – 180 tysięcy za drogę tam i z powrotem. Niestety musieliśmy odmówić…

Ostatecznie dogadaliśmy się z panem „od reniferów”. Stwierdził, że może nas przetransportować swoją motorową łódką prawie tam, gdzie chciał nas wywieść kolega Bartka. Zaproponował przystępną cenę 20 tysięcy tugruków. Musieliśmy tylko chwilę na niego poczekać, aż poprzewozi wszystkich chętnych na oglądanie reniferów.

Jezioro Khovsgol jest z jedną z atrakcyjniejszych opcji wakacyjnych w Mongolii. Woda jest naprawdę czysta, podobno łatwo złapać rybę, ….

Ok, nadeszła nasza kolej. Wskakujemy do łódki i płyniemy. Pan swojego pojazdu nie oszczędza. Gdy łódka nabiera prędkości fale uderzają z impetem w jej dno, przez co mamy wrażenie jakbyśmy płynęli po kamieniach.

Wysadzeni zostajemy przy kamienistej plaży. Trochę wcześniej niż chcieliśmy, ale pan stwierdził, że dalej jechać nie może. Nie może czy nie chce? Odpowiedzi nie uzyskaliśmy. Umawiamy się z panem dokładnie na 7 lipca na godz. 16. Ma nas odebrać z miejsca, w którym nas zostawił. Mówi, że nie zapomni. Łukasz ustawia mu dodatkowo alarm w telefonie…

Machamy panu na pożegnanie i postanawiamy przemieścić się jeszcze kawałek wzdłuż jeziora, gdyż poprzez drzewa dostrzegamy jakieś jurty, a nie chcemy nikomu wchodzić w paradę. Nim postawiliśmy kilka kroków, słyszymy jak ktoś do nas coś krzyczy. Jakaś pani biegnie do nas – pewnie chce nas zgarnąć do turystycznej jurty – myślimy.

Okazało się jednak, że pani od razu przewidziała, że chcemy rozbijać namiot i stanowczo nam tego zabroniła. Kazała nam wrócić na drogę wiodącą przez las, którą po 2 km mieliśmy wylądować nad jeziorem i tam jej zdaniem mogliśmy się rozbić. My jednak oczytaliśmy się wcześniej co można, a czego nie i wiedzieliśmy, że nie ma zakazu kempingowania nad jeziorem. Zakaz istnieje tylko w tzw. strefie ścisłej ochrony, ta jednak znajduje się pod drugiej stronie jeziora. Pani jednak nie chciała ustąpić. Nie możemy i koniec. Pytamy jej czy mogłaby nam pokazać jakiś dokument potwierdzający to, że ma prawo nam czegokolwiek zabronić. Pani zamilkła na chwilkę, a później kontynuowała swoje wywody, że namiotu tam postawić nie możemy.

Ostatecznie postanowiliśmy się i tak oddalić z tego miejsca, jako że atmosfera zrobiła się zbyt napięta (W drodze powrotnej zawitaliśmy do tych jurt, które okazały się po prostu kempingiem dla bogatszych turystów. Gdyby pani powiedziała nam, o co chodzi, tzn. że prowadzi kemping i nie chce, żeby w pobliżu ktoś rozbijał namiot, bo wiadomo, może to komuś psuć wrażenia estetyczne, to pewnie byśmy ją zrozumieli i odeszli bez zbędnych dyskusji. Pani jednak wolała przekonywać nas, że jej teren jest ściśle chronionym. No może i jest, ale prawdopodobnie tylko przez nią…)

Po przejściu może 10 minut wzdłuż jeziora i przedostaniu się na drugą stronę niewielkiej skarpy, znaleźliśmy miejsce, które bardzo przypadło nam do gustu. Kilkudziesięciometrowa plaża (kamienista) otoczona z dwóch stron skarpami, a od tyłu lasem na wzniesieniu. Zostajemy.

20150703_160254 20150703_161520 20150703_162615 20150703_164620 20150704_121015

4 lipca, sobota – 6 lipca, poniedziałek

/Jezioro Khovsgol/

To pierwsze, od 8 miesięcy naszej podróży, trzy dni z rzędu spędzone w jednym miejscu, bez przemieszczania się dalej niż na kilkadziesiąt metrów :-D

Jako że szczęśliwym trafem ;-) już w sobotę skończył nam się gaz w naszej butli, na której gotowaliśmy, byliśmy „zmuszeni” rozpalać ognisko, za każdym razem, gdy chcieliśmy przyrządzić posiłek lub napić się herbaty.

Nasze menu stanowiły zupki z torebek (podkreślić należy, że zupki z torebki w tej części świata są naprawdę niczego sobie), kasza gryczana, którą zajadaliśmy z rodzynkami i jabłkiem, makaron z tuńczykiem/sardynkami z puszki no i oczywiście jakieś łakocie ;-)

Trzy dni w jednym miejscu, a żaden nie podobny do drugiego :-) Jezioro przyjmowało chyba wszystkie odcienie niebieskiego z lazurem włącznie. W połączeniu z niebem, na którym chmury co rusz zmieniały swoje kształty i kolory, stanowiło scenografię, nad którą co chwila wzdychaliśmy: ale pięknie, ale pięknie…

Kontakt z cywilizacją zapewniały nam tylko pojawiające się co jakiś czas motorówki, wypełnione turystami, którzy zdecydowali się na przejażdżkę po jeziorze. Śmialiśmy się, że gdy przepływali obok nas, przewodnik wskazywał w naszą stronę i mówił: „a tutaj, proszę państwa, mamy typowy przykład Homo Sapiens Campingos”. Jednego dnia postanowiliśmy się nawet trochę ucharakteryzować ;-)

20150705_183148

Co ciekawe, co wieczór przeżywamy szok termiczny – zaraz po tym, jak zajdzie słońce (a zachodzi dopiero przed 23!) natychmiastowo robi się mroźnie zimno… W związku z tym, że słońce chowa się za horyzontem tak późno, będą w Mongolii, kładziemy się spać zwykle dopiero ok. 1 lub 2 w nocy… Przez co rano wstajemy adekwatnie późno…

IMG_1356 (Medium) IMG_1363 (Medium) IMG_1369 (Medium) IMG_1370 (Medium) IMG_1374 (Medium) IMG_1381 (Medium) IMG_1405 (Medium) IMG_1411 (Medium) IMG_1414 (Medium) IMG_1421 (Medium) 20150705_183512 IMG_1144 (Medium) IMG_1147 (Medium) IMG_1150 (Medium) IMG_1188 (Medium) IMG_1192 (Medium) IMG_1201 (Medium) IMG_1209 (Medium) IMG_1216 (Medium) IMG_1220 (Medium) IMG_1231 (Medium) IMG_1240 (Medium) IMG_1244 (Medium) IMG_1251 (Medium) IMG_1283 (Medium) IMG_1300 (Medium) IMG_1311 (Medium) IMG_1317 (Medium) IMG_1334 (Medium) IMG_1346 (Medium)

IMG_1422 (Medium)

7 lipca, wtorek

/Jezioro Khovsgol/

Dziś o 16 stawiamy się w umówionym z panem od łódki miejscu. Ponieważ obudziliśmy się dosyć późno (trochę po 11 :-P), czas do godz. 16 zleciał nam naprawdę szybko. Rozpalenie ogniska, przyrządzenie śniadania, szorowanie garnka z sadzy (co jest jedynym minusem gotowania bezpośrednio na ogniu), pakowanie i składanie namiotu… Wspomnieć należy, że dzisiejszy poranek nie należał do najcieplejszych. Do godziny ok. 14 dosłownie trzęśliśmy się z zimna. Dopiero gdy słonko wyszło zza wzniesienia znajdującego się za naszą plażą, zrobiło się troszkę cieplej.

Ostatni zachwyt nad widokiem z naszej miejscówki i ruszamy przed siebie. Trzy dni odpoczynku i robienia „nic” to zdecydowanie wystarczająco jak dla nas :-)

W miejscu skąd ma nas odebrać pan jesteśmy parę minut przed 16. Słońce świeci już na całego, co skłania nas nawet do sięgnięcia po krem z filtrem. To niesamowite jak odczuwalna temperatura może się zmienić w przeciągu 1-2 godzin.

Siedzimy, czekamy, a pana nie widać. Po jeziorze krąży wiele łódek, ale żadna z nich nie dobija do naszego brzegu… Hmm… 16:30 Łukasz rzuca hasło, że pan pewnie przemyślał sprawę i stwierdził, że powrót po nas mu się nie opłaca… Zaczynamy się zastanawiać co dalej.

Przychodzi nam na myśl wynajęcie koni i dwudniowa przechadzka do Hatgal. Pomysł nie najgorszy, bo i tak chcieliśmy wynająć konie na najbliższe dwa dni. Udajemy się do campingu z jutrami, czyli do pani, która prowadziła z nami dyskusję, gdy szukaliśmy miejsca na nasz namiot. Pytamy o cenę noclegu i wynajęcia koni. Pani zdecydowanie jeszcze na nas pogniewana rzuca kwotę 70 dolarów od osoby za noc, z wyżywieniem… Ale przepraszam bardzo, że ile? :-D Nawet nie negocjujemy, no bo jak… A już najbardziej nas irytuje podawanie cen w dolarach. Jeśli chodzi o konie, to pani podsyła do nas dwóch panów. Cena za dwa konie i przewodnika: 140 mongolskich …, czyli 280 zł. Też nie za tanio. Kolega Bartka chciał od nas 90, w tym również za konia, który miał nieść nasze bagaże. Pani oczywiście cały czas coś komentuje po mongolsku, nastawiając panów do nas „lekko” negatywnie. W tym przypadku również nie negocjujemy, bo dochodzimy do wniosku, że wycieczka w takiej atmosferze raczej nas nie interesuje :-)

Wracamy na plaże. Próbujemy dzwonić do pana, który miał przypłynąć po nas łódką. Ktoś odbiera, ale krzyczy tylko coś po mongolsku. Hmm… Postanawiamy iść na „drogę” i przemieszczać się na nogach w stronę Hatgal. Będziemy coś ewentualnie łapać. Problem w tym, że jeśli dziennie przejeżdżają tamtędy 2 samochody to wszystko.

Drepcedesem, który mamy już we krwi (albo raczej w nogach) przemierzamy kilka kilometrów, raz stepem, raz przez las… W końcu na naszej drodze staje jurta, a obok niej samochód :-) Ponieważ robi się już późno, a my chcemy jak najszybciej przemieścić się gdzieś, gdzie będziemy mogli wynająć na jutro konie, postanawiamy zajść do właściciela i zapytać, czy by nas nie podwiózł za pieniądze do Hatgal.

Przed jurtą 2 kilkuletnich chłopców toczy ze sobą zacięte boje. Pan gospodarz (lat ok. 70) wychodzi ku nam i od razu zaprasza nas do środka. Zostajemy usadzeni po lewej stronie jurty oraz natychmiastowo poczęstowani herbatą z mlekiem i dodatkiem soli (typowa mongolska herbatka). Na stole ląduje też chleb i masło. Oprócz pana gospodarza, który siedzi w centralnym miejscu jurty – naprzeciwko drzwi wejściowych, przy stoliku umieszczonym zaraz za „kozą” (piecykiem), w jurcie znajdują się jeszcze cztery osoby dorosłe: dwie panie, nastoletnia dziewczyna, mężczyzna w wieku ok. 30 lat oraz kilkuletnia dziewczynka… Wszyscy siedzą na łóżku na przeciwko nas.

Próbujemy wytłumaczyć, o co nam chodzi, że chcielibyśmy, żeby nas ktoś podwiózł do miasta i że chcemy za to zapłacić. Niestety nie spotykamy się z wielkim entuzjazmem, państwo twierdzą, że mogą nas zawieść, ale dopiero jutro…

W międzyczasie do jurty wkracza jedna z pań z wielką patelnią pełną „mongolskiego spaghetti” (gotowanego na ognisku). Ups…trafiliśmy na obiad. Gdy pada propozycje poczęstunku, odmawiamy jednak uprzejmie i raczymy się chlebem z pysznym słodkim masłem śmietankowym :-)

Przy okazji toczenia rozmów na temat ewentualnej podwózki rozglądamy się po jurcie i co chwila jeden tyrpie drugiego, mówiąc: popatrz tutaj, popatrz tam… Było tam bowiem wiele zaskakujących rozwiązań, a mianowicie np. mięso baranie po podwieszane pod sufitem! I mimo upałów nic mu (chyba) nie dolegało. Zaraz pod mięsem, na ziemi, stały wielkie garnki z kwaśnym mlekiem :-) Tak oto ludzie funkcjonują bez lodówki i żyją :-)

Zastanawialiśmy się też, jak oni się tam wszyscy mieszczą, jeśli chodzi o spanie? 5 dorosłych osób i trójka dzieci…

Zaraz za plecami gospodarza, naprzeciwko drzwi wejściowych, znajdowała się komoda, a na niej zdjęcia rodzinne oraz buddyjski mini ołtarzyk. No i flaszka wódki też tam była :-)

Jurta, w mojej opinii, to bardzo romantyczny domek. Ciepełko i pomarańczowe światło migające ze szpar w „kozie” stwarzają naprawdę miły klimat :-) Wydaje mi się, że wbrew pozorom i wbrew temu, co my możemy o tym sądzić (za mało miejsca, brak intymności) ta mała przestrzeń daje mieszkańcom jurty poczucie wyjątkowej jedności.

Dobra, ustalone zostaje, że państwo nas dzisiaj nie podwiozą do miasta. Zaczynają dzwonić do kogoś w naszej sprawie, co wzbudza w nas obawę, że zaraz zorganizują nam jednak jakiś transport, ale będzie zbyt drogi i ciężko będzie odkręcić sprawę. Postanawiamy się ewakuować… Dziękujemy za gościnę i ruszamy w drogę.

Ostatecznie dochodzimy tego wieczoru do miejsca „z reniferami”. Na miejscu reniferów nie widać, ale stoją za to domki letniskowe, jeszcze nie do końca wykończone, ale i tak postanawiamy się zorientować, co jest w ofercie i za ile. Jesteśmy trochę głodni, a z zapasów prawie nic nam nie zostało…

Domkami zarządza pani ok. pięćdziesiątki. Pytamy najpierw czy można coś u niej zjeść. Najpierw mówi, że nie, ale później zmienia zdanie i oferuje nam noc w jednym z domków za jedyne 100 dolarów (!) w tym obiadokolacja i śniadanie…

Widząc nasze miny, pyta nas czy to za dużo? :-) Hmm… I dodaje: „ile możecie zapłacić?”. No my możemy zapłacić może 1/10 z tego proszę pani, ale tego już jej nie mówimy, bo po co… Czy jest szansa na to, że jeśli ktoś rzuca taką ceną na początek, to jest w stanie zrozumieć biedniejszego turystę? Słysząc takie ceny jesteśmy „trochę” źli na turystów, którzy zgadzają się na takie stawki i robią z siebie dojne krowy…

Uprzejmie pani dziękujemy i rozbijamy tej nocy namiot, może jakieś pół kilometra dalej, przy lasku :-) szybkie zbieranie drzewa na ognisko i wnet zajadamy na kolację ostatnie, liche zupki chińskie i kaszę jaglaną, która miała być kuskusem, ale w związku z pośpiechem zakupowym zaszła mała pomyłka :-P

8 lipca, środa

/Jezioro Khovsgol/

Rankiem gotujemy kasze: gryczaną, którą zajadamy z resztką rodzynek i orzechów, oraz jaglaną, na słodko, też z rodzynkami :-) To już wszystko, co mieliśmy ze sobą do jedzenia… Jesteśmy już jednak blisko cywilizacji, więc śmierć głodowa raczej nam nie grozi.

Do szybkiego zebrania namiotu mobilizują nas dwa busiki widoczne w oddali. Szybkim tempem podchodzimy do ludzi kręcących się wokoło nich. Ekipa, złożona z kilkunastu pań, najpierw dopada nas niczym celebrytów i każda z pań kolejno robi sobie z nami zdjęcie (każda pani z każdym z nas, indywidualnie ze mną i Łukaszem oraz grupowo ;-)). Cierpliwie znosimy całą sesję, licząc na ewentualne podwiezienie nas do miasta. Ekipa jednak jedzie w drugą stronę…

Idziemy dalej. Dochodzimy do kolejnych domków letniskowych, prowadzonych przez dwie sympatyczne panie. Najpierw pytamy o to, czy nie zorganizowałyby nam transportu na drugą stronę jeziora. W czasie gdy Łukasz próbuje coś ustalić, ja zostaję ugoszczona herbatą i ciasteczkami. Spostrzegamy, że oprócz domków, na posesji stoją dwie jurty… Chwila zastanowienia i pada propozycja, żebyśmy może jednak zostali u pań i spali w jurcie. Kwestia tylko tego, czy mają konie. Nie mają, ale…mogą zorganizować :-) A co z jedzeniem? Można zamówić obiad :-) Ustalamy ceny, które o dziwo są dość przystępne i postanawiamy zostać. Konie mają po nas przyjechać jutro przed południem…

Jedna z jurt znajdujących się na „posesji” zajmowana była przez panie, które traktowały ją jako swoją bazę i kuchnię jednocześnie. Druga wymagała oporządzenia, więc musieliśmy na nią chwilę poczekać. W międzyczasie wymyśliliśmy, że przydałoby się jednak odwiedzić jakiś sklep. Obiad, obiadem, ale nie mieliśmy nic na śniadanie i zero przekąsek. Jako że już wcześniej panie proponowały nam przepłynięcie motorówką na drugą stronę jeziora za 15 turugów, pytamy, czy dalej istnieje taka opcja. Tylko tak, żeby kierowca na nas zaczekał, aż zrobimy zakupy…

Panie po szybkiej konsultacji, proponują nam nie łódkę, ale jazdę samochodem za tą samą cenę. Organizacja łódki jest trochę bardziej skomplikowana, a samochodem może nas podrzucić córka jednej z pań z chłopakiem. Jedziemy… Droga prowadzi po niezłych wertepach. Trzeba naprawdę uważać, żeby nie uszkodzić podwozia lub nie utknąć w błocie. Przeprawa zarówno w jedną, jak i w drugą stronę przebiega jednak pomyślnie i po ok. 2 godzinach jesteśmy z powrotem. Czeka na nas uprzątnięta jurta. Godzina 19… wow, ale czas leci. Zamawiamy obiad :-) mongolskie spaghetti przyrządzone przez panie było niczego sobie. Zostaliśmy również uraczeni kwaśnym mlekiem z cukrem. Podobno to taki mongolski deser :-)

Późniejszym wieczorem, po zachodzie słońca, gdy znowu robi się znacznie zimniej, rozpalamy w naszej jurtowskiej kozie i spędzamy miły wieczór w naszych śpiworkach. Jest klimat :-)

IMG_1437 (Medium) IMG_1441 (Medium) IMG_1442 (Medium) IMG_1443 (Medium) IMG_1445 (Medium) IMG_1457 (Medium) IMG_1464 (Medium)

9 lipca, czwartek

/Jezioro Khovsgol/

Budzę się (Helenka) o 8 rano i ponieważ jest dość rześko, rozpalam nam w piecu :-) Nie wiemy dokładnie, o której przyjedzie nasz przewodnik i konie, dlatego na wpół spiesznie przyrządzamy śniadanko. Pan pojawia się, nim kończymy jedzenie. Siedząc w jurcie słyszymy jak rżą nasze konie :-D Zanim jednak na nie wsiądziemy, musimy zmienić lokum… Niestety okazuje się, że jurta jest zarezerwowana na następną noc dla kogoś innego :-( W związku z tym musimy przenieść się do jednego z domków…

Przeprowadzka przebiega sprawnie i już możemy wybywać na przejażdżkę. Jeszcze przy śniadaniu pojawia się u mnie lekki stresik (na koniu bowiem siedziałam dwa razy w życiu i tylko po to, aby zrobić sobie zdjęcie), który jednak szybko mija, gdy przewodnik okazuje się wyglądać na odpowiedzialnego, a konie na spokoje (albo to tylko siła umiejętności wmówienia sobie tegoż ;-) ).

Łukasz dostaje brązowego, a ja białego :-) Na moim siodle zamontowano dodatkowy worek z sianem ;-P Dobra możemy wsiadać. Poszło dosyć sprawnie. Na początku konie (i my na ich grzbietach) prowadzone są zaraz za panem przewodnikiem, na swego rodzaju smyczach… Oczywiście od razu przychodzi nam na myśl, że trzeba się z nich jakoś uwolnić ;-) Rozumiemy jednak, że pan chce, żebyśmy się trochę oswoili ze zwierzętami, a one z nami.

Wędrujemy w stronę naszej plaży, na której kempingowaliśmy. Siedząc na koniu, okolica wydaje się nam jeszcze bardziej malownicza. W końcu Łukaszowi udaje się uwolnić ze „smyczy”, czego strasznie mu zazdroszczę :-) Koń go nawet słucha. Ja też podejmuję próbę i spontanicznie proszę pana o przekazanie sznurka. Hmmm… Mój koń staje i zamiast iść za towarzyszami, postanawia skubać trawę. „Smycz” zostaje ponownie przekazana panu przewodnikowi…

Pierwszy przystanek robimy po ok. godzinie wędrówki. Zgadnijcie, gdzie nas pan zaprowadził? Do pani, która toczyła z nami boje o namiot :-) Udajemy jednak, że nie ma tematu i grzecznie zamawiamy herbatę i 1 porcję lunchu ;-P

Jedziemy dalej. Ja cały czas na uwięzi. No strasznie mnie cieszy, że siedzę na tym koniu, ale ja chcę spróbować…

Dojeżdżamy do cypelka ze wzniesieniem, na którym umieszczony jest słup, pod nim usypane kamienie i poprzywiązywane niebieskie szarfy. To symbol, oznaczający wyjątkowe dla Buddystów miejsce. Spotykamy tam wielu turystów – okazuje się, że właśnie tutaj motorówki, które przepływały obok naszej plaży kilka razy dziennie, dowoziły ludzi.

Podziwiamy widoki, kręcimy się chwile dookoła (by dać chwilę wytchnienia naszym pupom) i wsiadamy z powrotem na konie. Obieramy już kierunek powrotny. Nie no teraz to już muszę się jakoś uwolnić :-P Brak mi trochę odwagi, by zaproponować, żebym jechała sama. Proszę Łukasza, żeby zapytał, czy może jednak mogę jeszcze raz spróbować. Biorę sznurek, mówią „ciuuu” co znaczy do przodu, za poleceniem Łukasza szturcham konia nogami i co? Ruszył :-) Znaleźliśmy wspólny język i całą drogę powrotną sukcesywnie współpracowaliśmy.

Pod koniec przejażdżki na niebie pojawiły się ciemne chmury i do „domku” udało nam się wrócić chwilę przed wielką zawieruchą. Wiało tak mocno, że trochę obawialiśmy się o nasz domek, którego górna część składała się z lekkich desek sklejkowych i blachy…

Ponieważ nie było żadnej z pań w jurcie „pracowniczej” na obiad zjedliśmy nasze zapasy, czyli kanapki z polskim pasztetem w słoiku!

20150709_105332 20150709_111252 20150709_130845 20150709_143001 20150709_143234 20150709_143517_Pano 20150709_143856 20150709_145742 20150709_145754 20150709_151038

20150709_161303

20150709_165011

10 lipca, piątek

/Jezioro Khovsgol/

Wstajemy o niezbyt ludzkiej jak dla nas porze, czyli o 6:00 :). Chcemy się jeszcze ogarnąć, wypić kawę i spakować do końca plecaki. Jakoś nie widać, aby obsługa, a przede wszystkim nasz kierowca, organizowali się do wyjścia…

7:50 my gotowi do wyjazdu zaczynamy się kręcić w okolicy naszego domku. To wzbudziło niepokój „Pani kierowniczki”, która uśmiechając się do nas i skinając głową pobiegła budzić resztę ekipy… :) Ktoś chyba zapomniał, na którą się z nami umówił. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ich pierwszą propozycją był wyjazd o 7:00.

8:15 my plecaki mamy już na zewnątrz, wywierając tym psychologiczną presję. Okazuje się, że jedziemy my, kierowca, jego dziewczyna (córka kierowniczki) i jej brat. Ekipa dopiero się organizuje. Panie w jurcie robiącej za kuchnię przygotowują im śniadanko. Proponują nam krzesełka, po miseczce herbaty i ciasteczka.

No cóż. Nie pozostaje nam nic innego jak poczekać jeszcze chwilę. Na szczęście udaje im się wszystko ogarnąć do 9:00 i możemy ruszać do Moron… przynajmniej narazie. Dzieci dostają na drogę miskę „mongolskiego spaghetti”, termos herbaty i po banknocie na szczęście.

W planie było podrzucenie nas jedynie do Moron skąd mieliśmy szukać dalszych opcji (autobus, taxi) w stronę Darkhan. Widząc jednak wielkość ekipy i jej pakunki, wywnioskowaliśmy, że jadą gdzieś dalej.

Po kilkunastu minutach jazdy zaczęliśmy podpytywać i okazało się, że zmierzają aż do Erdenet, czyli 160 km od Darkhan. Zgadzają się nas zabrać właśnie tam, co znacząco ułatwia nam sprawę :)

Lekko zaspani, mkniemy zatem mongolskimi drogami, aby po ok. 7 godzinach dojechać na dworzec autobusowy do Erdenet.

Jedyną opcją jazdy dalej, jest wzięcie taksówki za 40000 tugruków. Żegnamy się z ekipą podwożąca i postanawiamy przed kolejnym odcinkiem coś zjeść. Siedząc na ławeczce i jedząc resztki chleba z dżemem, zagaduje nas pan, czy jedziemy do Darkhan? Mówimy, że tak, a on proponuje nam wspólną jazdę za 30000 tugruków. Zawsze trochę kasy w kieszeni, choć liczyliśmy na dobre serce i wzięcie nas za free ;) No ale w Mongolii to chyba niemożliwe.

Pan jest wojskowym stacjonującym właśnie w Darkhan, jego żona, która także jechała z nami, pracuje jako fizjoterapeutka w szpitalu wojskowym. Powiedźcie czy tacy ludzie naprawdę muszą jeszcze wyciągać kasę od biednych turystów z Polski ? ;-)

Państwo są tak mili, że zabierają nas jeszcze do restauracji w której możemy sobie zakupić jakiś obiad (od rana nic nie jedliśmy, poza chlebem z dżemem). Rozmawiamy trochę o podróży, życiu w Mongolii wymieniani trochę podstawowych informacji. Pan mówi trochę po angielsku, a resztę nadrabiamy rosyjskim.

Po odjeździe do Darkhan pomagają nam w znalezieniu hotelu i zostawiają numer telefonu, gdybyśmy potrzebowali pomocy. Naprawdę sympatyczna i wesoła rodzinka, gdyby nie lekki niesmak, ze skanowaniem nas za jazdę. Niestety to automatycznie klasyfikuje sytuację do relacji klient-sprzedawca.

Najbliższe dwie noce spędzamy w hotelu Rich :)

11 lipca, sobota

/Darkhan/

Wstajemy rano, licząc na wliczone w cenę śniadanie :) W naszych głowach miał to charakter jakiegoś bufetu czy coś w ten deseń. Hehe. Jak człowiek płaci prawie 100 zł to mu i oczekiwania rosną ;) W końcu Państwo z obsługi wyraźnie zaznaczali, że restauracja serwuje śniadanie tylko od poniedziałku do soboty. To jednak był tylko chwyt marketingowy. Pan z ekipy na moje pytanie, którędy do restauracji, pokazał tylko, żebyśmy siedzieli w pokoju, a on nam to śniadanie przyniesie. Po kilku minutach odbieramy jeden talerzyk z dwoma kromeczkami, na których ułożone są jajka sadzone, po ćwiartce pomidora i dwa plasterki lekko wyschniętego ogórka… do tego dwie saszetki kawy w proszku i to tyle ze śniadaniowego wypasu :) Już nie wspomnę o tym, jak zobaczyłem spleśniały chleb, gdy poszedłem poprosić o dodatkowe 2 kromki…. ehh, ale stawki niczego sobie.

Organizujemy się zatem sprawnie, bo Naadam czeka. No właśnie to główny powód tego, że zostaliśmy w Mongolii nieco dłużej. Naadan to tradycyjny, coroczny festiwal sportowy i jedno z głównych świąt państwowych w Mongolii. Słowo Naadam (festiwal sportowy) pochodzi od „naadach”, które znaczy „bawić się”. Określany jest też w Mongolii jako „erijn gurwan naadam”, czyli „trzy męskie gry”, gdyż obejmuje tradycyjnie trzy konkurencje: zapasy, łucznictwo i wyścig konny. Ogólnopaństwowym wydarzeniem stal się w czasach Czyngis-chana w 13 wieku, urządzany pomiędzy bitwami jako pokaz sprawności wojowników (opisywał to też Marco Polo, który w tym czasie był w tych rejonach). Obecnie odbywa się on właśnie w lipcu w czasie dnia Niepodległości Mongolii.

W Darkhan (jak zresztą w większości większych miast), festiwal odbywa się na stadionie. Wsiadamy zatem w taksówkę i za 6 zł podjeżdżamy na miejsce. Fajne jest to, że akurat na krótkich dystansach (kilka km), taksówki są dosyć tanie.

Przed stadionem, istny festyn rozmaitości. Dziesiątki stoisk z jedzeniem (głównie kushury i zestawy mięsno-ryżowo-ziemniaczane, lody, napoje), odopustowymi gazetami(baloniki, zabawki, plastikowe pistolety), wszelkiego rodzaju gry (rzucanie obręczami do celu, strzelanie, wiszenie na drążku) oraz uczestnicy zawodów i publika zmieszane w wielkim kotle przelewającej się masy ludzi :)

Główna atrakcja dnia są zawody zapaśnicze, bo pozostałe dyscypliny (wyścigi konne i łucznictwo) odbywają się poza stadionem. Zasiadamy wygodnie i obserwujemy zmagania. Zawody trwają przez cały dzień, aż do popołudnia. Jak się okazuje, są tutaj nie tylko lokalni zawodnicy, ale także ludzie z całej okolicy, którzy mieli za daleko do np. Ułan Bator. Zresztą przyciąga ich nie tylko sława i możliwość współzawodnictwa. Im większe miasto, tym wyższa nagroda za zwycięstwo. Tu w Darkhan, to 1200000 tugruków plus koń :)

Wszystko wygląda naprawdę ciekawie. Rund jest kilkanaście, tak, aby z kilkudziesięciu pretendentów wyłonić zwycięzcę, metodą eliminacji przegranych. Jest też kilka kategorii wiekowych, tak aby nawet najmłodsi mogli spróbować swoich sił. Wszyscy zawodnicy ubrani są w specjalne stroje składające się z obcisłych majtek, wysokich butów i serdaka okrywającego barki i ramiona.

Najpierw zawodnicy i ich sekundanci/sędziowie wybiegają na murawę i wykonują taniec mający przynieść powodzenie. Następnie sekundanci zdejmują tradycyjne nakrycia z głowy zawodnika, a ten znów pręży się i wykonuje taniec motywujący/modlitwę w okolicy trybun (np. machają rękami podobnie do skrzydeł orła, aby pokazać, że są zwinni i silni jak te ptaki). Potem następuje walka (tu panuje główna zasada – kto upadnie, ten przegrywa). Po zwycięstwie przegrany przechodzi pod ramieniem wygranego i wykonuje kolejny taniec wokół tzw. buńczuków Czyngis-chana i znów wykonuje „taniec orła”. Wszystkiemu towarzyszą ochy i achy publiczności, która dopinguje swoich ulubieńców.

W międzyczasie po trybunach krążą sprzedawcy wszelkiej maści przekąsek, z których i my korzystamy. Zagaduje do nas również sympatyczna dziewczyna, która jest nauczycielką i tłumaczem niemieckiego (studiowała w Szwajcarii). Helenka zaprzyjaźniła się też z jej małą córeczką :)

Dzień minął nam dosyć szybko, a emocje w pewnych momentach były naprawdę spore ;) Naadam polecamy wszystkim, którzy w okolicach lipca odwiedzają Mongolię.

IMG_1468 (Medium) IMG_1471 (Medium) IMG_1479 (Medium) IMG_1481 (Medium) IMG_1488 (Medium) IMG_1490 (Medium) IMG_1512 (Medium) IMG_1534 (Medium) IMG_1537 (Medium) IMG_1541 (Medium) IMG_1465 (Medium)

12 lipca, niedziela

/Darkhan/

Z hotelu wymeldowujemy się dopiero o 12:00, wykorzystując cierpliwość obsługi do cna :) Nasz plan zakładał dojazd taksówką na dworzec i sprawdzenie opcji pociągu do Suhbatar (przygranicznego miasteczka). Jeśli to nie wypali, będziemy szukać autobusu lub taksówki.

Łapiemy taksówkę, w której jedzie już jakiś młody chłopak. Bardzo dobrze mówi po angielsku i postanawia nam pomóc w zorientowaniu się na dworcu. Okazuje się, że mamy szczęście. Pociąg jedzie o 17:00 i kosztuje jedynie 2500 tugruków. Ponieważ kasy otwierają dopiero o 15:00, mamy sporo czasu na czytanie i przekąszenie czegoś. Dziękujemy koledze za pomoc i zasiadamy wygodnie spoglądając co jakiś czas na relację telewizyjną z Naadanu w Ułan Bator.

Wszystko przebiega zgodnie z planem i o 17:00 wyruszamy z Darkhan, aby ok 19:00 być na miejscu, czyli w Suhbatar, ok. 20 km od granicy mongolsko-rosyjskiej.

Chcemy w miarę szybko znaleźć nocleg, bo nie wiemy jeszcze, co się będzie działo jutro. Wychodzimy ze stacji i zmieszany w stronę dwóch napisów hotel. Mamy ochotę na prysznic.

Ceny w obydwóch hotelach podobne, 25000 tugruków. Warunki średnie, ale za tą cenę nie ma co narzekać. Choć to przecież 50 zł, czyli wcale też nie tak mało. Problem jednak jest taki, że w żadnym z nich nie ma prysznica ani ciepłej wody. Postanawiamy jeszcze sprawdzić inną opcję, bo jakoś nam ten prysznic zapadł w pamięć :)

Idąc ulicą zagaja nas chłopak z mamą. Najpierw proponują pomoc. Chłopak całkiem nieźle mówi po angielsku. Odwiedzany razem dwa lokale, a koniec proponują nocleg u nich w domu :) No takie opcje to my lubimy. Co prawda mieszkanko malutkie, a i wspomniany prysznic niezbyt działał, ale za to wszystko nadrabiała gościnność i rezolutna mama :)

Dowiadujemy się też, że najtańszą opcją przejazdu przez granicę, będzie pociąg jutro o 11:00. Ale żeby zakupić bilety musimy być na stacji już o 8:00, kiedy otwierane są kasy.

Wieczór spędzamy na rozmowach (o Mongolii, futbolu i podróżowaniu) i mini kolacji zaserwowanej nam pomimo naszego sprzeciwu ;) W podzięce za pomoc i tak miłe przyjęcie Helenka wręcza chłopakowi książkę po angielsku, którą niedawno sama skończyła, a mam dostaje ładny notesik :) Jutro pobudka o 7:00.

13 lipca, poniedziałek

/Suhbatar/

Zgodnie z ustaleniami wstajemy ok. 7:00, tak aby na 8:00 zdążyć na otwarcie kas z biletami kolejowymi. Mieliśmy nie jeść śniadania, ale oczywiście mama naszego mongolskiego kolegi, postanowiła, tak czy siak, przygotować nam małe co nieco :)

Herbata z mlekiem, gotowane jajka, chleb z masłem i ryż. Tak ugotowała nam na śniadanie ryż. Niecodzienna to opcja, ale nie narzekamy :).

Posileni i spakowani, raz jeszcze dziękujemy serdecznie za gościnę. Gdyby tak wszyscy Mongołowie mieli takie podejście do turystów…

20150713_081804

W czwórkę wyruszamy na dworzec kolejowy. W poczekalni widać już innych turystów. Widać nie tylko my mamy pomysł przekroczenia granicy pociągiem. Niestety wbrew wcześniejszym informacjom dojedziemy tylko zaraz za granicę. Potem trzeba się przesiąść i kombinować samemu. Po zakupie biletów obsługa prosi, aby jak najszybciej znaleźć się w wyznaczonych wagonach. Dziwne to, zwłaszcza że do odjazdu jeszcze dobre 2,5 godziny. No ale może jakieś procedury.
Żegnany się z naszą mongolską rodzinką, robimy sobie pamiątkowe zdjęcie i zajmuje mu wyznaczone miejsca. Do przedziału mamy przydzielonych sympatyczną parę Brazylijczyków, z którymi szybko mija nam czas w oczekiwaniu na odjazd. Co ciekawe chłopak ma na nazwisko Olszański za sprawą dziadka, który do Brazylii wyemigrował ok. 1920 roku.

Oni dopiero zaczynają swoją podróż (pierwszy miesiąc), ale również planują dłuższe wojaże, m.in. w Azji, Nowej Zelandii i Ameryce Środkowej. Dzielimy się doświadczeniami i uwagami o tym, jak wygląda życie w podróży.

W międzyczasie dostajemy pod nos kilka formularzy celno-granicznych do wypełnienia, a nasze paszporty i plecaki sprawdza straż graniczną. Tak właśnie opuszczamy Mongolię….