18 lipca, sobota
/Władywostok – Seul/

Ostatni dzień na rosyjskiej ziemi. Może i nasza przygoda z transsyberią nie była za długa, ale bardzo nam się to doświadczenie podobało, a i przez chwilę mogliśmy poczuć się trochę bardziej „u siebie”(bo powiedzmy to sobie, że z Rosjanami mamy bądź co bądź wiele wspólnego).

Pobudka wcześnie rano, bo o 7:50 mamy pociąg na lotnisko. Ponieważ start mamy o 11:00 była to jedyna opcja, żeby mieć jeszcze chwilę czasu przed odlotem. Po leniwych 3 dniach w pociągu, kiedy to mogliśmy spać, do której nam się podobało, tym razem wstawanie było zdecydowanie mniej przyjemne ;-). Lekko zaspani, docieramy w 45 min na lotnisko i lokalizujemy kantor, w którym możemy wymienić resztę rubli na koreańskie wony. 1000 wonów to ok. 3,2 zł. Za chwilę otwierają bramki do check-in. Gdy docieramy w ich okolice, przed nami stoi już długa kolejka… To chyba jakaś koreańska wycieczka wraca do kraju. Trzeba poczekać dobre 45 min., zanim udaje nam się zdeponować bagaż.
Acha… przed wyruszeniem z hostelu, udaje mi się załatwić z chłopakiem z obsługi wydruk naszych biletów, czyli check in online. Jak się potem okazało, i tak wydano nam normalne bilety i musieliśmy czekać w tej ogromniastej kolejce… Ehh :/ Zostaje nam niewiele czasu na zjedzenie czegokolwiek, bo robi się już po 10:00.

Postanawiamy przejść do sali odlotów i tam spróbować poszukać czegoś na ząb. Niestety, po szybkiej kontroli bezpieczeństwa, naszym oczom ukazują się tylko dwa marne kioski, w których udaje nam się nasze ostatnie ruble zamienić na czekoladę „Oleńka”, wodę i małą paczkę chipsów. Taki „zestaw podróżnika” ;-) Liczymy zatem na posiłek w samolocie. A lecimy, jakże by inaczej Aeroflotem, czyli czołową rosyjską linią lotniczą. No i na szczęście się nie przeliczyliśmy, bo w trakcie lotu dostajemy napoje i po kanapce ze sporą porcją wędzonego łososia. Mniam. Wspominamy czasy, jak to się łososia kiedyś przerzucało…

Lot nie trwał zbyt długo, bo to tylko 1200 km. Po dwóch godzinach jesteśmy już w Seulu, czyli stolicy Korei Południowej. Robi się bardziej kolorowo, nowocześnie i znów wszędzie pojawiają się krzaczki.

Nasz plan to znaleźć nocleg, wrzucić posta o Mongolii i zwiedzić nieco okolicę.
Generalnie wizyta tutaj wyszła nam nieco przypadkiem, bo początkowo zakładaliśmy opcję płynięcia bezpośrednio do Japonii, ale że to rozwiązanie było nieco tańsze, postanowiliśmy wykorzystać tę okazję do zabawienia kilku dni właśnie w Korei (Ostatecznie okazało się, że w Korei spędziliśmy 18 dni i wydaliśmy ogrom kasy… Mimo tego, że stopowaliśmy i spaliśmy 14 dni… )

Po odebraniu bagaży, udaje nam się podłączyć do jednej z sieci internetowych, więc możemy sprawdzić, czy któryś z couchserferów, do których pisaliśmy, będąc jeszcze we Władywostoku, nam nie odpisał. Jest opcja noclegu u jednej dziewczyny, ale na naszego potwierdzającego maila już nie odpowiada, więc nie mamy nawet adresu. Postanawiamy chwilę poczekać, jednak bez skutku… Dziwne to, bo najpierw taki host odpisuje szybko i sprawnie, ale jak już się człowiek zgodzi i nastawi, to wystawiają do wiatru… Nie ma co narzekać, więc nie marnując czasu idziemy coś zjeść :)

Trafiamy do jednej z lotniskowych knajpek oferujących zupy, gimbapy, makarony w różnych konfiguracjach i inne klasyki koreańskiej kuchni. Ceny dosyć przystępne jak na warunki lotniskowe: od 3000 wonów w górę.

Chcieliśmy coś „na szybko” więc postawiliśmy na gimbapa, czyli dużą rolkę sushi z warzywami w środku. Do tego standardem jest miseczka wywaru/rosołku oraz przystawka w postaci kimchi (specjalnie przyrządzonej kapusty) i marynowanej, żółtej rzodkiewki. Wszystko podane raz-dwa i dosyć sycące.

Co ciekawe w prawie każdym lokalu w Korei, mamy do dyspozycji, bez ograniczeń i bez opłat podajnik z wodą (schłodzoną lub gorącą) i kubeczki. Jak ktoś ma ochotę, może sobie nawet przyrządzić rozpuszczalną kawę, która stoi obok…

Nasza potencjalna „gospodyni” nadal się nie odzywa, więc postanawiamy jechać do centrum i rozejrzeć się po okolicy. Jeśli nie dostaniemy odpowiedzi, do powiedzmy 20:00 -21:00, idziemy spać do hostelu.

Z lotniska najprostszą opcją jest pociąg za ok. 4500 wonów, który dociera do Seul Station w samym centrum. Stamtąd można już poruszać się metrem (Stolica Korei ma aż 13 linii). Kupujemy bilety wraz ze specjalnymi kartami na jazdę komunikacją miejską i ruszamy w drogę.

Wrażenia podobnie jak na lotnisku. Wszystko dosyć nowoczesne, dobrze zorganizowane i oznakowane. Każdy Koreańczyk (czy to w metrze, czy na ulicy) dzierży w ręce smartfona i w zasadzie nie zwraca specjalnej uwagi na otaczający go świat. Trochę to śmieszne, trochę straszne ;-)

IMG_1548.resized

Docieramy w 40 minut do centrum i szukamy sposobu na chwilowe pozbycie się naszych plecaków. Noszenie na plecach po kilkanaście kilogramów w tym upale, zdecydowanie nam nie w smak.

Z pomocą przychodzi Lotte Department Store. Plecaki do darmowych szafek ma bagaż i kręcimy się 3 godziny podziwiając różnorodność koreańskich produktów :) Nie będę opisywał dokładnie, ale w gestii przekąsek, słodkości, gotowych dań, ale i świeżych produktów mają tego chyba z 10 razy więcej niż my… No i uwielbiają wszelkiego rodzaju promocje i degustacje. Więc po pełnym okrążeniu działu z jedzeniem, w zasadzie człowiek wychodzi najedzony ;-)

Pani z couchserfingu nadal nie odpowiada, wiec tracimy nadzieje na nocleg i szukamy hostelu… Ceny zdecydowanie wyższe w stosunku do poprzednich krajów. Najtańsze hostele zaczynają się od 80 zł za pokój. Większość zresztą wykupiona, bo rezerwujemy „na ostatni moment”. Udaje nam się złapać promocję w „Namsan Guesthouse”, za 29000 wonów w samym centrum i bardzo blisko stacji metra.

Przed wyruszeniem, jemy jeszcze zupę więc meldujemy się w hostelu ok. 22:00.

20150718_203708.resized
Hostel bardzo miło nas zaskakuje. Pokój choć mały, ma wszystko, czego nam potrzeba. Łazienka, szafa, mini biurko, telewizorek, klima i własne wifi. Śpi się na specjalnych matach na ziemi.

Z tego co czytałem, dużo osób w Chinach i Korei narzekało na twarde łóżka. My po doświadczeniach namiotowo-stopowych, nie odczuwamy takich problemów ;-)
Do dyspozycji gości jest też taras na dachu z widokiem na miasto, pralnia, dwa komputery stacjonarne i świetnie wyposażona kuchnio-jadalnia. W cenę pokoju jest wliczone nawet mini śniadanie i nieograniczona ilość koreańskich zupek instant :) Warunki niczego sobie, więc jeśli nie będzie innych opcji z chęcią zostaniemy tu 2-3 noce. Czas na upragniony po całym dniu prysznic i do spania.

19 lipca, niedziela
/Seul/

Mieszkamy w dzielnicy Myeong- dong, czyli wielkim księstwie zakupoholików, jakimi niezaprzeczalnie są Koreańczycy. Poza pracą, a zaznaczyć trzeba, że pracują bardzo dużo, drugim ulubionym zajęciem są zakupy (no dobra, po przemyśleniu stwierdzam, że jednak czwartym, bo jest jeszcze jedzenie i klikanie w telefon). I tak wokół naszego hostelu rozsianych jest mnóstwo sklepów i centrów handlowych, głównie z ubraniami, kosmetykami i obuwiem. Wszystko to poprzedzielane sklepami wielobranżowymi (np. 7eleven), restauracjami i lokalami usługowymi. Istne królestwo dla tych, którzy lubią po sklepach buszować…

My wysypiamy się porządnie, zwłaszcza że za nami kilka nieco krótszych nocy. Na śniadanie tosty w wersji iście amerykańskiej – z dżemem i masłem orzechowym plus duża kawa :) Dobra opcja na początek dnia. Chwilę krzątamy się jeszcze po kuchni i korzystamy z internetu.

Plan na dzisiaj zakłada dwie atrakcje: tradycyjną wioskę, będącą obecnie dzielnicą Seulu: Bukchon Hanok Village i Noryangijn Fish Market, czyli największy w mieście targ rybny. Dla nas w sam raz :) coś dla ducha i coś dla ciała.

Najpierw jednak odwiedzamy sympatyczną lokantę z gimbapami. Poranek bez tego specjału byłby porankiem straconym ;-) za ok. 7 – 8 zł dostajemy po 10 kawałków rolki z warzywami, miseczkę wywaru i standardowy zestaw kimchi i rzodkiewki. Jak na drugie śniadanie jest to całkiem niezły, a przy okazji „niezbyt ciężki” zestaw :) Możemy bezproblemowo wyruszyć w miasto.

IMG_1545.resized

Pierwszy w planie był Fish Market, ponieważ otwarty jest jedynie do 17:00 a mamy już 13:00 :-). Dotarcie na miejsce nie zajmuje nam zbyt długo. Kilka przystanków jedną linią, przesiadka i kolejne 3 przystanki… Po drodze mijamy dzielnicę sklepów z tanią elektroniką Yangsan.

IMG_1886

Postanawiam się tam wybrać dnia następnego :-) W końcu jesteśmy w kraju Samsunga, LG i wielu innych znanych marek. Raj dla gadżeciaży.

Wysiadamy z metra i już widzimy drogowskaz na Fish Market. Po schodkach przez kładkę nad torami i dochodzimy do parkingu, poniżej którego znajdują się dwa piętra pełne smakołyków. Na parterze sprzedają świeże owoce morza, a na pierwszym piętrze mogą ci je za drobną opłatą przyrządzić i podać.

IMG_1549.resized IMG_1554.resized IMG_1556.resized IMG_1558.resized

Parter ma powierzchnię dużego boiska piłkarskiego i znajduje się tam około 150-200 stanowisk z rybami, skorupiakami, wężami wodnymi, ukwiałami i tysiącem innych żyjątek, które ciężko nazwać, a które najwyraźniej mogą być koreańskim przysmakiem :)
Wybór jest przeogromny, a sprzedawcy przekrzykują się, próbując złowić klienta. Niektórzy wiedzą dokładnie, po co przyszli i wybierają najdorodniejsze sztuki na swoim ulubionym stoisku. Inni tak jak my, przechadzają się pośród tego zamieszania, robią zdjęcia i próbują zidentyfikować choć część tego, co wystawione jest na ich widok ;-) Naprawdę zdziwilibyście się, jak dziwne rzeczy Koreańczycy uznają za jadalne… Z drugiej jednak strony zżerała nas ciekawość, jak taka babcia, kupująca właśnie pół kilo ukwiałów, obieranych fachowo przez panią sprzedawczynię, przyrządzi je w domu? :)

IMG_1552.resized IMG_1553.resized

IMG_1562.resized IMG_1566.resized IMG_1569.resized IMG_1570.resized

Numerem jeden z listy „do spróbowania” w tym miejscu jest talerz świeżego Sashimi, czyli po prostu surowa ryba pokrojona w cienkie plasterki, którą zajada się następnie z różnymi dodatkami, maczając w sosie sojowym. My także decydujemy się na spróbowanie tej opcji i wybieramy jedno ze stanowisk, gdzie takie coś przygotowują na miejscu. Za 75 zł kupujemy dwie ryby: jedna a’la flądra, czyli płaska lekko żółtawa, a druga mniejsza z białym dużo bardziej delikatnym mięsem. Może ktoś jest w stanie je zidentyfikować ?

IMG_1572.resized
My wskazujemy palcem, starsza Pani wyławia specjalnym cedzakiem i waży. Mówi cenę za całość i zabiera się do dzieła. Ryby w szybkim tempie zostają ogłuszone, wypatroszone, obmyte i przekazane do pana zajmującego się krojeniem. W kolejce są jeszcze dwie inne pary klientów, więc na nasz talerz czekamy ok. 15 min. Pan przygotowuje plastikowy półmisek, nakłada na niego sporą ilość „wiórków białej rzodkiewki” i szybkim ruchem filetuje ryby. Sprawdza, czy nie zostały żadne ości ( znowu przypomniały nam się czasy pracy w fabryce łasosia) i krojąc na cienkie plasterki, elegancko je dla nas układa.

IMG_1577.resized
Zestaw taki możemy skonsumować na świeżym powietrzu, w domu lub w jednej z tutejszych restauracji. My wybieramy opcję trzecią i za dodatkową opłatą 5000 wonów, dostajemy zestaw dodatków, coś do picia i miejsce przy stole :)

Do wyboru jest kilka opcji w zależności od tego, co zakupimy (oczywiście każdy lokal ma swoje „zaprzyjaźnione stoisko, do którego chętnie by nas skierowali). Możemy zamówić tylko dodatki do Sashimi, przyrządzić ryby na parze lub je usmażyć. Jest też opcja upieczenia całego kraba, zjedzenie którego, wygląda na nie lada wyczyn ;)
Knajpka załadowana jest po brzegi Koreańczykami, co chyba dobrze świadczy to tej miejscówce :)

My zajadamy nasze smakołyki. Wydawało się, że jednak nie ma tego aż tak dużo, a jednak w połowie talerza dajemy za wygraną (taka ilość surowej rybki, mogłaby się źle dla nas skończyć) i prosimy o przygotowanie reszty w formie pieczonych kawałeczków.
Było to dosyć ciekawe doświadczenie, choć chyba wolimi wersję z ryżem, czyli bardziej „klasyczne sushi”. Nie jest to też zbyt tania zabawa jak na nasze backpackerskie kieszenie, ale raz w życiu warto spróbować ;) Opuszczamy zatem targ najedzeni, napatrzeni i w dobrych nastrojach.

20150719_175447.resized

IMG_1578.resized IMG_1579.resized

Do Bukchon Hanok Village docieramy metrem (jeden przejazd to 1500 wonów, czyli ok. 5 zł). Dzielnica ta składająca się z kilku przecinających się ulic rozpościera się na wzgórzu, z którego mamy widok na bardziej nowoczesną cześć miasta.

IMG_1584.resized IMG_1586.resized

Większość tutejszej zabudowy to typowe klasyczne koreańskie budownictwo z okresu dynastii Joseon (15 wiek), zamieszkiwane dawniej przez arystokrację i rodzinę królewską. Fundamenty z kamienia, szkielet drewniany, wypełniony białymi ściankami, w oknach sympatyczne drewniane rolety, a dach podobnie jak w chińskim budownictwie pokryty charakterystyczną dachówką, z lekko zagiętymi do góry rogami. Wśród około 900 Hanoków (tradycyjnych koreańskich domów), pełniących nadal funkcję prywatnych mieszkań, dzielnica ta oferuje sporo mini hosteli i restauracji utrzymanych w tym stylu oraz sporo lokali usługowych.

My trafiliśmy tam ok. 19:00, czyli w okolicy zachodu słońca. Dzięki popołudniowemu światłu, wszystko prezentowało się bardzo przyjemnie, a przynajmniej ominęliśmy główny nalot turystycznego tłumu :) Spędzamy dwie godziny, włócząc się między sympatycznymi zabudowaniami i wyobrażając sobie, jak to wszystko dawniej mogło wyglądać.
Do hostelu wracamy lekko przymęczeni upałem i wilgocią, więc tylko szybki prysznic, trochę internetu i do spania.

IMG_1598.resized IMG_1600.resized IMG_1608.resized IMG_1614.resized

20 lipca, poniedziałek
/Seul/

Dzisiaj przedpołudniowe zajęcia w podgrupach. Ja (Łukasz) wybrałem się na szybki rekonesans dzielnicy z elektroniką Yangsan, a Helenka w tym czasie zwiedziła nieco okolice naszego hostelu, odwiedzając Namdaemun Market (jak twierdzi zdobyta przez nas broszurka – największy w Korei).

W wielu miejscach przeczytać można, że Seul, a zwłaszcza dzielnica Yangsan to bardzo dobre miejsce na zakup zarówno nowego, jak i używanego sprzętu elektronicznego. Jako że my przymierzaliśmy się do zakupu laptopa, a i drugi telefon mógłby nam się przydać (abstrahując już od mojego wrodzonego zainteresowania tego typu gadżetami), postanowiłem poświęcić kilka godzin na odwiedzenie tego przybytku.

Do Yangsan dotrzeć można bez problemu metrem. Wysiadam wewnątrz bardzo dużego centrum handlowego, którego część stanowi budynek z elektroniką.

Ja jednak dopiero na końcu odkryłem tą właśnie część, a swoje pierwsze kroki skierowałem nieco dalej, gdzie znajduje się kilkanaście mniejszych i większych budynków. Każdy wypełniony jest mały stoiskami z częściami komputerowymi, akcesoriami, sprzętem foto, video i audio. Generalnie można było tam znaleźć niemal wszystko. Przynajmniej w ramach koreańskich marek typu LG, Samsung, Asus itp… (Co ciekawe produkty z innych krajów były zdecydowanie rzadziej spotykane). Dla tych, którzy lubią takie klimaty to prawdziwy raj, w którym można by spędzić cały dzień lub dwa ;-)
Wybór był przeogromny, a ceny bardzo przystępne. Pech chciał, że ja akurat szukałem Dell’a. W drodze powrotnej zajrzałem jeszcze do wspomnianego wyżej budynku w ramach centrum handlowego. Miał on osiem pięter, z których każde odpowiadało innemu rodzajowi produktów. Np. na pierwszym aparaty fotograficzne, na piątym komputery, a na ósmym telefony. Ceny około 20-30 % niższe niż w Polsce.

Było kilka naprawdę niezłych okazji, ale ostatecznie postanowiłem nie podejmować decyzji „na szybko” i wróciłem z pustymi rękami. Tak czy siak polecam to miejsce głównie męskiej części naszych czytelników… :-)

Z Helenką umówiliśmy się o 15:00 na kolejne odwiedziny u pań serwujących zupy i gimbapy. Było tam sympatycznie, dosyć tanio i smacznie, więc nie szukaliśmy już nic innego.

Następnie wybraliśmy się w odwiedziny do Namsangol Hanok Village, czyli kolejnej, nieco bardziej zabytkowej części Seulu z okresu Joseon.

Po drodze pomagamy jednemu panu przejść z ulicy na chodnik, przesuwając jakieś barierki ochronne. Ten bardzo dziękuje i zagaja skąd jesteśmy. Opowiadamy skróconą wersję naszej historii (przyznamy, że po tak długiej podróży mamy już kilka wersji prawie „wykutych na blachę” ;-)). On również jest tu w odwiedzinach, a ponieważ nieco się spieszył, zdążył nam tylko zachwalić swoje rodzinne miasto Sokcho, jako jedno z najpiękniejszych miejsc w Korei, zwłaszcza latem.

Wracając do Namsangol Hanok Village. Miejsce to obejmuje kolejnych kilkanaście domów, świątyń i miejsc do kontemplacji, skupionych w ramach czegoś w rodzaju parku. Pozwala się ono przenieść kilkanaście wieków wstecz i zobaczyć jak inna od dzisiejszej, była to architektura.

Zarówno Bukchon, jak i Namsangol jest obecnie popularnym miejscem wykorzystywanym do kręcenia filmów oraz robienia sesji zdjęciowych, i nam udaje się załapać na ślubną sesję jakiejś koreańskiej pary :-) Państwo przebrani w tradycyjne koreańskie stroje ślubne (zdecydowanie inne od „standardowego garnituru i białej sukni”), na tle tych zabytkowych budynków, stanowili bardzo atrakcyjny obiekt do fotografowania. Nie tylko przez zamówionego przez nich fotografa ;-)

IMG_1616.resized IMG_1619.resized IMG_1631.resized IMG_1633.resized IMG_1636.resized IMG_1642.resized IMG_1644.resized IMG_1648.resized

IMG_1655.resized IMG_1658.resized IMG_1661.resized IMG_1663.resized

20150720_165845.resized

Wieczornym punktem programu miały być odwiedziny na Gwangjang Market, a dokładniej jego jedzeniowej alei. Spora brama, widoczna z głównej ulicy zaprasza przechodniów do środka tych przepełnionych po brzegi kolorami, zapachami i odgłosami uliczek. Ledwo weszliśmy do środka, ledwo zdążyliśmy kuknąć „ludziom w talerze” ;-), a już zza jednego ze stolików macha do nas zapraszająco sympatyczna para Koreańczyków :-)

IMG_1672.resized IMG_1674.resized IMG_1677.resized
Państwo akurat zasiedli obok (jak się później okazało znanego) stoiska z Bindaetteok’ami oraz Jeon’ami. Są to takie nasze placki ziemniaczane z wieloma dodatkami. Z tym że tutaj rolę ziemniaków pełni cebulka (Jeon) lub świeżo utarta na klejącą papkę, fasolka mung (bindaetteok).

Obowiązkową pozycją do kompletu z plackami jest tradycyjny koreański… alkohol :) Państwo uraczyli nas Soju, czyli 20% wódką robioną na bazie ryżu oraz Makgeoli, czyli mętnawym piwem ryżowym o charakterystycznym słodkawo-kwaśnym smaku. Wszystko odpowiednio schłodzone idealnie „wchodziło” na te seulskie upały. Dosiadł się do nas jeszcze jeden pan, który nieco lepiej radził sobie po angielsku i w tak doborowym (i coraz weselszym) towarzystwie spędziliśmy dobrą godzinę.

IMG_1679.resized IMG_1680.resized

20150720_182026.resized

Jako że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a po alkoholu włącza się tzw. „gastrofaza” ;-), przemierzając kolejne stoiska ze specjałami koreańskiego „jedzenia ulicznego” natrafiamy na strefę, w której królują tteok-bokki. Są to kluseczki z ciasta ryżowego, podawane w ostrym sosie pomidorowo-paprykowym. Najczęściej serwowane były w zestawie z mini gimbapami, i takie właśnie zamawiamy.

IMG_1684.resized IMG_1685.resized IMG_1689.resized IMG_1692.resized IMG_1703.resized IMG_1725.resized IMG_1733.resized IMG_1734.resized IMG_1706.resized

Na „deser” nie mogliśmy sobie odmówić, wyjątkowo zachęcających, ręcznie robionych pierożków z nadzieniem z kimchi, tofu i zieleninką.

IMG_1712.resized IMG_1716.resized IMG_1717.resized IMG_1719.resized IMG_1722.resized IMG_1732.resized

Oczywiście w międzyczasie przemierzamy dziesiątki innych stoisk, bogatych w różnorodne specjały i produkty. Od gotowanych świńskich nóżek, przez spory wybór marynowanych lub kiszonych warzyw, po suszone kalmary i ryby. Takie miejsca lubimy najbardziej :-)
Po powrocie do hostelu odbywamy Jeszce pogawędkę z jednym z naszych współlokatorów. Roger jest pięćdziesięciokilkuletnim dyrektorem firmy konsultingowej, specjalizującej się m.in. we wspieraniu biznesów, chcących powalczyć na rynku Korei Północnej. Twierdzi, że obraz tego kraju, jaki kreują zagraniczne media, jest nieco przesadzony i poleca nam odwiedziny w tamtej części. Rozmawiamy też o podróżach, polityce i rynku energii odnawialnej, w którym również specjalizuje się Roger. Sprawia wrażenie osoby mającej znajomości w wielu „wyższych sferach”. Rozmawia się bardzo miło, tak więc na koniec wymieniamy się kontaktami. Resztę wieczoru spędzamy na własnych sprawach i korzystaniu z internetu. W końcu jutro ruszamy w kierunku Sokcho :-)

21 lipca, wtorek
/Seul – Chuncheon/

Dzisiaj opuszczamy stolicę i uderzamy w stronę wschodniego wybrzeża. Wczorajszy dzień był dość obfity w atrakcje, więc śpimy aż do 10:00. Pakowanie, ostatnie sprawdzenie informacji o opcjach noclegowych w Sokcho (pisaliśmy do Couchserferów, ale niestety nic…) i ruszamy na ostatnie seulskie śniadanko.

20150721_124707.resized 20150721_125631.resized 20150721_152014.resized

Z informacji od obsługi hostelu dowiadujemy się, że najlepszą opcją dla nas, na wydostanie się z Seulu, będzie pociąg do Chuncheon. Jest to miejscowość, oddalona o dobre 70 km, ale znajdujące się w zasięgu seulskiej komunikacji, więc bilet kosztuje jedynie kilkanaście złotych. Zgarniamy nasze plecaki i w drogę. Czas wrócić do autostopowania.

Kolejką podmiejską jedziemy około godziny z hakiem. Widoki po drodze całkiem ładne. Zielono, górzyście, a i zabudowania jakby bardziej tradycyjne.

Zrobiło się popołudnie, a my dopiero wysiadamy w Chuncheon (długo zbieraliśmy się z hostelu). Miejscowość nie wydaje się jakaś bardzo duża, jednak do autostrady w stronę Sokcho mamy ok 3-4 km.
Całe szczęście, że nigdzie nam się nie śpieszy, bo przecież wizy koreańskie mamy aż na 90 dni ;-)

Co robi Helenka i Wilk po wstępnym rekonesansie okolicy dworca? Idzie coś zjeść :) No bo wiadomo, że podczas stopowania, może z tym być problem.

No więc testujemy kolejną nowość w naszym jadłospisie i koreański klasyk, czyli Naengmyeon. Jest to makaron gryczany podany w zimnym wywarze z wołowiny posypany cienko pokrojonymi warzywami i połówką gotowanego jajka. Dodatkiem jest też dosyć ostra, pasta paprykowa. Bardzo to smaczne, zwłaszcza gdy na polu upał.

20150721_185531.resized

Za wskazaniami mapy i GPSa ruszamy przez miasteczko w stronę sporego jeziora, które musimy przekroczyć, chcąc przedostać się na główną drogę. Jak zwykle dwóch „amerykańsko” wyglądających turystów z wielkimi plecakami wzbudza pewne zainteresowanie lokalsów, więc jesteśmy „śledzeni” :)

Zbaczając nieco z głównej drogi trafiamy na „dzielnicę czerwonych latarni”, czyli pań siedzących sobie w podświetlonych na czerwono witrynkach, czekających na swoich klientów. Przyznamy, że widok ten nieco nas zaskoczył, bo nie spodziewaliśmy się w Korei tak bezobcesowego podejścia do tego tematu. Niemniej jednak stanowiło to ciekawy widok, zwłaszcza wśród licznych kościołów rozsianych po okolicy. Bo trzeba przyznać, że właśnie kościołów w Korei jest chyba więcej niż w Polsce. Przynajmniej „na pierwszy rzut oka”.

Jakoś dziwnie szybko nam się dzisiaj ściemniło ;-) Wracając na główną drogę, dochodzimy do wniosku, że chyba na łapanie stopa dzisiaj już za późno, więc dzisiaj poszukamy jakiegoś miejsca na namiot nad jeziorkiem, a Sokcho zaatakujemy jutro z rana.
Mała kolacyjka przed spaniem w postaci gimbapów w sympatycznym lokalu ze stojącym na półce saksofonem :-) Nie wiem, co on tam robił, ale możliwe że pani w przerwach między klientami dawała mini koncerty ;-) Tak czy siak, gimbapy robiła dość dobre i jak zwykle w sam raz na kieszeń autostopowicza 5 zł od sztuki.

20150721_194724.resized

Znalezienie dogodnego miejsca na namiot okazało się nieco trudniejsze, niż zakładaliśmy i ostatecznie lądujemy na wybrukowanym placyku pod tarasem widokowym na jezioro i piękną statuę rozbitka albo uchodźcy (miasto znajdowało się blisko granicy z Koreą Północną). Do późnego wieczora wokół kręcą się spacerowicze, a w powietrzu lata sporo komarów, więc zamykamy się w naszym domku i lulu.

20150721_203644_Night.resized

22 lipca, środa
/Chuncheon – Sokcho/

Rankiem po cichutku składamy namiot i jak gdyby nigdy nic ruszamy uliczkami miasta w poszukiwaniu jedzenia. Ponieważ lubimy wracać w miejsca już przez nas sprawdzone, decydujemy się na tą samą lokantę co wczoraj. Tym razem na stole nie było już saksofonu.

20150722_110202.resized 20150722_112919.resized

Wyszukujemy na mapie drogę, przy której teoretycznie dobrze byłoby stanąć. Idziemy chwilę w jej kierunku, ale że do wjazdu na autostradę mamy kilka kilometrów, z nieba leje się żar, a na plecach ciążą plecaki, zapada decyzja o podjechaniu autobusem.

Tylko jak tu się zorientować w tych szlaczkach z rozkładu co, gdzie jedzie. W wyborze numeru pomaga nam sympatyczna starsza pani która, choć mówi do nas po koreańsku, robi to z takim zaangażowaniem, że wydaje nam się, iż wie o co nam chodzi :-) Proponuje nam wsiąść w autobus nr 12 i tak też robimy…

Udało się. Jesteśmy na wylocie. Problem tylko w tym, że nie ma tu prawie cienia… Stajemy zatem pod jedynym przydrożnym drzewkiem.

Naprzeciwko nas, po drugiej stronie ulicy znajdował się przystanek. Starszy pan przyglądał nam się z ciekawością, co my to wyprawiamy. Gdy tylko na przystanku zjawił się jakiś drugi pan, postanowili razem wybić na głupoty z głowy. Najpierw zaczęli się wypytywać, gdzie chcemy jechać (oczywiście po koreańsku). Gdy usłyszeli Sokcho, złapali się za głowy i od razu nakazali jechać na dworzec, bo to przecież tak daleko (ok. 70 km) i w ogóle to nikt na pewno nas nie weźmie.

Tłumaczymy panom, że chcemy spróbować. Jeśli rzeczywiście nikogo nie złapiemy w najbliższym czasie, być może wrócimy na dworzec i pojedziemy autobusem. Póki co próbujemy. Panowie zdegustowani. Łapiemy dalej. Zatrzymuje się jakiś pan, ale nie jedzie tam gdzie my. Gdy odjeżdża, panowie z przystanku z politowaniem kiwają głowami, wykazując tym samym brak wiary w nasze poczynania. Piszemy więc kartkę, żeby było łatwiej…

W przeciągu kilku minut zatrzymuje się dla nas pan, z którym przemieszczamy się ok. 20 km w kierunku Sokcho. Panowie z przystanku nie mogą uwierzyć, co się dzieje i przecierają oczy ze zdumienia. A my odjeżdżamy zadowoleni, machając im na dowidzenia :-)

20150722_142827.resized

Jazda z panem przebiega bardzo szybko i sprawnie. Pan nie jest nami zbyt specjalnie zainteresowany, więc pozostaje nam delektować się wiatrem wpadającym przez otwarte okna. Przemieszczamy się tylko o 20 km do przodu, a cieszymy się jak dzieciaki, bo udało się wyrwać z miejsca, które nie należało do tych komfortowych, jeśli chodzi o stopowanie.

Wysadzeni zostajemy na przystanku autobusowym, nieopodal jednej z sieciówek marketowych (w Korei królują Seven Eleven, C&U, GS 25), gdzie zaopatrujemy się w zimną wodę. Upał z jednej strony jest uciążliwy, choć z drugiej chyba trochę nam pomaga. Ludzie martwią się o nas, że stoimy na takim gorącu. 5 minut wystawionego kciuka i już dostajemy kolejne zaproszenie do samochodu. Ty razem zabiera nas sympatyczne małżeństwo ok. 50-tki, jadące gdzieś za Sokcho. Hurra!

W samochodzie przyjemnie chłodno :-) Państwo częstują nas pyszną owocową herbatką z termosika, który tym razem utrzymuje zimno zamiast ciepła. Napój jest zatem przyjemnie orzeźwiający. W trakcie jazdy dowiadujemy się, że pani prowadzi swój sklep z akcesoriami do włosów. Na pożegnanie dostaję od niej spinkę, którą sama wykonała. Ozdobą spinki są dwie strojne kokardy, wykonane z aksamitnej wstążki… :-)

W Sokcho zostajemy podrzuceni na samą plażę, przy której znajdować ma się kemping. W związku z tym, że Korea jest bardzo droga, postanawiamy spać w namiocie, jeśli tylko mamy taką możliwość.

Na plaży rozłożona scena, z której dobiegają nas jakieś śpiewy. Wokoło mnóstwo turystów, straganów z przekąskami/lodami, sklepów z akcesoriami do pływania. Typowy wakacyjny kurort. Czy jesteśmy w związku z tym szczęśliwi? Hmm… Nie do końca odnajdujemy się w takiej scenerii, ale od czasu do czasu czemu nie… Przynajmniej będziemy mogli poobserwować, jak spędzają wakacje Koreańczycy.

Pozostaje znaleźć nam kemping. Co jakiś czas zaczepia nas jakaś pani, czy nie szukamy pokoju. Z ciekawości pytamy o cenę. 60 000 WON. Hmm… Kemping teoretycznie ma kosztować 4000, co definitywnie determinuje nas do tego, żeby go znaleźć.

I znajdujemy. Tylko że pan z recepcji chce od nas 30 000 WON, czyli tyle, co za hostel w Seulu. Wspomina o jeszcze jednym kempingu trochę dalej. Zostajemy jednak odwiedzeni od szukania tego kempingu przez chłopaków z furgonetki, którzy przy dźwiękach głośnej muzyki, sprzedawali z przyczepy kolorowe drinki. Twierdzą, że kemping na którym, byliśmy jest jedynym w okolicy…

Zawracamy. Jesteśmy głodni, a to nie sprzyja podejmowaniu decyzji. Drałujemy więc z plecakami na główną drogę, przy której widzieliśmy jakieś knajpki. Oczywiście musimy zrobić rozeznanie. Nie może być zbyt łatwo ;-) Trzeba znaleźć najlepsze jedzenie za rozsądną cenę.

20150722_165848.resized

Trafiamy do knajpki prowadzonej przez dwie panie, które przygotowują posiłki oraz uroczego pana, który rozwozi na skuterku, to co panie ugotują. Knajpka funkcjonowała bowiem głównie w trybie zamówień przez telefon. Wystrój nie był może zbyt klimatyczny, ale za to wrażenie zrobił na nas luzacki styl pana. Białe spodnie w czarne kokardki, a do tego złote klapki wzbudziły w nas sympatię i zostaliśmy. Bibimbap był naprawdę niczego sobie…

IMG_1748.resized IMG_1746.resized

Brzuchy pełne. Zaczynamy rozważać jakie mamy opcje… Jedyną słuszną jest rozbicie namiotu gdzieś przy plaży. Szukamy w internecie czy ktoś to uskuteczniał. Teoretycznie da się… Sprawdzamy jeszcze raz informacje o kempingach. Znajdujemy cennik na oficjalnej stronie Sokcho, w którym napisane jest, że za namiot na kempingu przy plaży płaci się 4 000 WONy. Wracamy z tą informacją do pana z recepcji.

Pan ponownie kieruje nas w tym samym kierunku co wcześniej. W międzyczasie zjawia się drugi pan z recepcji i ten postanawia nas zaprowadzić. Mijamy furgonetkę i machamy chłopakom, którzy chyba jednak się mylili…

Pan narzuca nam niezłe tempo. Ja (Helenka) zostaję trochę w tyle. Jest gorąco i duszno (zbierało się na burzę) i mimo szczerych chęci, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie więcej siły. Dochodzimy do parkingu samochodowego, za którym postawionych jest ok. 30 podestów pod namioty :-) Plac podlega pod parking i jest obsługiwany przez ekipę młodych ludzi. Cena za postawienie małego namiotu: 2 000 WON, czyli 4 polskie złote :-) Jesteśmy uradowani. Zostajemy.

Oprócz nas na kempingu stoją jeszcze dwa namioty. Rozbijamy się sprawnie, bo zaczyna kropić deszcz…

Rozłożeni, zdawałoby się, że można odpocząć. Ale gdzie tam… Okazało się, że szczebelki z których zrobiony jest podest, mają rowki, którymi spływa woda. Na dodatek nie były do końca proste i mimo tego, że były pomiędzy nimi szparki, pod namiotem zbierała nam się woda. Nasza podłoga nie jest zbyt gruba i łatwo przesiąka. W deszczu więc musieliśmy rozłożyć pod namiotem naszą plastikową matę. Udało się.

Ale problemy się nie skończyły. Ponieważ padało dość mocno, woda, uderzając o deski podestu, chlapała nam na ścianki tropiku (wierzchnia warstwa namiotu nie sięga do samej ziemi). I znowu namiot zaczął nam przesiąkać, tym razem po bokach, które odprowadzały wodę do dołu i znowu przesiąkaliśmy od spodu… Oczywiście część rzeczy mieliśmy już mokrych…

Po chwili zastanowienia doszliśmy do wniosku, że musimy się rozbić na piasku. Spakowaliśmy szybko plecaki, ubraliśmy się w kurtki przeciwdeszczowe i wzięliśmy się za przeprowadzanie akcji. Wszystko przebiegło sprawnie i odnieśliśmy sukces, bo więcej wody już nie dostawało się do środka namiotu, ale co już mieliśmy mokre, takim pozostało. Śpimy!

23 lipca, czwartek
/Sokcho/

Budzimy się ok. 10. Leje jak z cebra… Ludzie z pozostałych namiotów zbierają się do domu… Ale co najlepsze wcześnie rano obok nas rozbiła się jakaś rodzinka: mama+dziadek+dwoje dzieci (w naszym wieku ;-)). Widać deszcz im nie straszny.

Około południa na szczęście się przejaśniło i mogliśmy rozwiesić nasze rzeczy, żeby przeschły. Zdążyliśmy też wykopać system rowków wokoło naszego namiotu i iść coś przekąsić, nim ponownie zaczęło lać…

Kolejnego dnia (24.07) lało tak mocno, że Łukasz został w namiocie, a ja poszłam na spacer po gimbapy na wynos. Przechadzka w deszczu wydała mi się nie lada atrakcją :-)

25 lipca, sobota
/Sokcho/

Dzisiaj pogoda była w miarę ładna. Na kempingu pojawiło się sporo innych namiotów. Ludzie przyjeżdżali tu całymi rodzinkami. Przywozili ze sobą mnóstwo sprzętów. Poza akcesoriami typowo plażowymi, jak koła do pływania, obowiązkowo musiał to być stolik z wbudowanym grillem oraz duuużo jedzonka. Co chwilę dobiegały do nas zapachy czegoś pysznego… O muzyczkę zadbał chłopak z namiotu obok (ten z mamą, siostrą i dziadkiem). Hity w stylu „I feel good…” wyjątkowo oddawały klimat, jaki tam panował.

Przed wyjściem na miasto postanowiliśmy jeszcze przetestować plażowe prysznice. Woda niestety tylko zimna…

Poszliśmy zgłosić ekipie parkingowej, że chcemy zostać jeszcze jeden dzień (sami narzucili nam system płacenia tylko za bieżącą dobę). Jakież było nasze rozczarowanie, gdy obwieścili nam, że nasze miejsce ktoś zarezerwował i musimy się przenieść… Tyle pracy przy urządzaniu się i kopaniu rowków, poszło na marne…

Poszliśmy coś zjeść i wróciliśmy grzecznie, żeby przestawić nasz domek. Eh…

Wieczorem wybraliśmy się na zwiedzanie wioski Abai, zamieszkiwanej przez uchodźców z Korei Północnej. Niestety w połowie drogi złapał nas deszcz. Zdążyliśmy jedynie zasmakować w nadziewanych krążkach squidowych, z których słynie Sokcho.

20150723_183544.resized

Po powrocie na kemping zauważyliśmy, że część rodzinek, które rozbiły się rano, zdążyła się już zebrać do domu. Byliśmy naprawdę pod wrażeniem tego, że Koreańczycy potrafią włożyć tyle zachodu w rozbicie się (większości z nich samo rozbicie namiotu zajmowało dobrze ponad godzinę), przygotowanie jedzenia i wszystkich sprzętów po to, by poskładać to wszystko po kilku godzinach i wrócić do domu).

IMG_1753.resized IMG_1754.resized IMG_1758.resized IMG_1759.resized

26 lipca, niedziela
/Sokcho – Seroaksan National Park/

Niedziela przywitała nas piękną pogodą. Wykorzystaliśmy to na wycieczkę do Parku Narodowego Seroaksan, jednego z najpopularniejszych w Korei. Nieopodal wejścia znajduje się wielki posąg Buddy. W planach jest wybudowanie świątyni zaraz naprzeciwko tego posągu. Ludzie mieli możliwość wykupienia dachówek i wypisania na nich kredą swoich dedykacji.

Zaraz obok posągu znajdował się sklep z pamiątkami oraz połączona z nim herbaciarnia, w której można było zasmakować w zdrowotnej, gratisowej herbatce).

IMG_1763.resized IMG_1769.resized IMG_1774 (kopia).resized IMG_1775 (kopia).resized

Kolejnym punktem była Świątynia Shinheungsa. W drodze do niej zaglądnęliśmy tym razem do kawiarni, naszą uwagę bowiem przykuł napis na tablicy, mówiący dość bezpośrednio o tym, żeby nie rozglądać się po kawiarni, tylko siadać i zamawiać kawę.

Kuknęliśmy do środka i zostaliśmy zagadnięci przez sympatycznego pana z obsługi. Od razu przeprosiliśmy, że robimy to, czego nie wolno, czyli podziwiamy kawiarnię (mieli tam bowiem fajne sprzęty do parzenia kawy), pan jednak zdawał się nie mieć z tym problemu. Mało tego. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, bardzo się uradował, albowiem miał jakiegoś znajomego polskiego księdza, który go tam odwiedzał… :-)

IMG_1779 (kopia).resized IMG_1783 (kopia).resized IMG_1784 (kopia).resized

Po zwiedzeniu świątyni postanowiliśmy uskutecznić trekking do jaskini Geumganggul. Przechadzka miała zająć nam 3 godziny. Najpierw ścieżka wiodła wzdłuż rzeki, po płaskim lub lekko pod górkę. Końcowy odcinek był jednak znacznie bardziej wymagający. Skalne, strome schody na odcinku 600 metrów, nie zostawiły na nas suchej nitki. Na górze zastaliśmy jednak coś, co warte było wysiłku.

IMG_1786 (kopia).resized IMG_1792 (kopia).resized IMG_1794 (kopia).resized IMG_1797 (kopia).resized IMG_1806 (kopia).resized IMG_1814 (kopia).resized IMG_1822 (kopia).resized IMG_1823 (kopia).resized IMG_1829 (kopia).resized IMG_1834 (kopia).resized IMG_1835 (kopia).resized

W jaskini urządzona została a’la kapliczka buddyjska oraz urzędował tam mnich. Bardzo sympatyczny człowiek, który każdego kto dotrał na górę, witał zimnym kubeczkiem wody spływającej ze skał :-) Widok z jaskini był naprawdę piękny i idealnie komponował się ze stoliczkiem do medytacji, ustawionym zaraz na brzegu jaskini. Miejsce było magiczne. Zapytałam mnicha czy tam śpi. Ale okazało się, że nie. Codziennie rano wychodzi na górę i pozostaje w jaskini do wieczora. Być może w tygodniu ma więcej czasu na medytację. W weekendy bowiem, co chwilę ktoś wpadał do niego w odwiedziny…

Droga powrotna poszła nam dosyć szybko i sprawnie. Gdy dochodziliśmy już do wyjścia, byliśmy świadkami śmiesznej sytuacji. Chłopczyk ok. 3 lat z pudełkiem chipsów potyka się, wywraca i chipsy lądują na ziemi. Mały wpada dosłownie w furię i ze złości zaczyna biegać w kółko, płacząc wniebogłosy :-P Śmialiśmy się, że pewnie tak bardzo prosił o te chipsy, że ich stara przeistoczyła się w tak straszny dramat. Jakie to ludzkie…

Mkniemy autobusem do Sokcho, po drodze mijając (niewidoczny z autobusu, ale gdzieś tam podobno był) wakacyjną rezydencję Kim Dzong Ila (pierwszy sekretarz partii w Korei Północnej) z czasów, gdy ta część Korei Południowej należała do jej północnego (i jedynego) sąsiada.

Wieczorem, jako że nasza knajpka była zamknięta, posilamy się najpierw gimbapem z tuńczykiem u pani, która w tygodniu ma tyle zamówień, że zawsze gdy koło niej przechodziliśmy, mówiła: „godzina czekania”, ponieważ miała aż tyle zamówień telefonicznych (w Korei chyba popularne jest zamawianie lunchu przez telefon), a później bibimbapem w lokancie obok. Tym razem wybór padł na wersję w kociołku, z surowym żółtkiem wbitym na środek. Ponieważ kociołek rozgrzany był do czerwoności, po wymieszaniu żółtko ścinało się na ryżu, a ten lekko przypiekał się od spodu.

Wracając do namiotu, przechodziliśmy przez plażę, a na niej jak to w niedzielę mnóstwo ludzi. Co ciekawe oni tu wszyscy kąpią się w ubraniach (prawdopodobnie chronią się tak przed słońcem, gdyż opalenizna nie jest tak pożądana, jak u nas). Ponadto prawie wszyscy mieli na sobie dmuchane koła ratunkowe.

IMG_1756.resized

20150724_162407.resized 20150724_162456.resized 20150730_153240.resized

Powodem tego było to, że brzeg morza bardzo szybko nabierał głębokości, co w połączeniu z większymi falami chyba było zbyt niebezpieczne w ich opinii. Wieczorami natomiast zaraz przy wyjściu z plaży rozstawiane były różne stanowiska, przy których można było coś wygrać, jeśli np. trafiło się monetą do odpowiedniej miseczki. Nagrodami były zwykle sztuczne ognie (takie najprostsze, pojedyncze), gdyż Koreańczycy mają bzika na punkcie fajerwerków. Lipiec to miesiąc, w którym odbywa się tu z resztą festiwal ku ich czci.

27 lipca, poniedziałek
/Sokcho/

Pogoda uległa znaczącej poprawie, żeby nie powiedzieć, że zbytniej. Upały wróciły, co sukcesywnie odbierało nam siły na jakiekolwiek zwiedzanie w godzinach do co najmniej 16… Zwykle około południa szliśmy coś zjeść, po to, by później wrócić co centrum turystycznego przy naszej plaży i okupować w nim komputery z dostępem do internetu. Wysyłamy trochę zapytań do Japończyków z couchsurfingu, mając nadzieję, że ktoś zdecyduje się nas do siebie zaprosić :-) Próbowaliśmy też nawiązać kontakt z kimś z Busan, skąd wypływamy do Japonii, ale niestety zero odzewu…

Dzisiejszym popołudniem wybraliśmy się do portu Jangsa, który oddalony był od naszej plaży o dobre 8 km… W Sokcho odbywał się akurat festiwal kałamarnic i w owym porcie podobno można było złapać swoją własną sztukę i później zanieść ją do pobliskiej restauracji z prośbą o przyrządzenie. W trakcie przechadzki rozśmieszył nas plakat z reklamą ciastek w kształcie psiej kupy, wiszący na jednej ze sklepowych witryn. Głównym bohaterem był szczeniaczek, sumiennie prezentujący proces produkcji owych łakoci :-) Całą trasę przeszliśmy na nogach, po drodze odwiedzając wioskę Abai. Z powodu gorąca nie zapuściliśmy się zbytnio w głąb tej dzielnicy. „Wioska” była z resztą niczym niewyróżniającą się z wyglądu niewielką częścią miasta. No może poza tym, że ceny w restauracjach były trochę wyższe… Wystarczyło nam pooglądanie sobie charakterystycznych malunków na murach pod wielkim mostem łączącym dwie części miasta rozdzielone rzeką wpływającą do zatoki.

Rzekę ową można było pokonać łodzią Gatsby, obsługiwaną specjalnym systemem, a mianowicie poprzez pociąganie żelaznej liny. Oczywiście skorzystaliśmy z okazji. Kto chciał, mógł przyłączyć się do roboty…

IMG_1838 (kopia).resized IMG_1842 (kopia).resized IMG_1845 (kopia).resized IMG_1850 (kopia).resized IMG_1855 (kopia).resized IMG_1859 (kopia).resized IMG_1860 (kopia).resized

Po drugiej stronie miasta, na naszej trasie stał pomnik matki i syna trzymających się za ręce, przy czym kobieta drugą ręką wskazywała kierunek północny. Statua przedstawia ból i tęsknotę osób, które przy podziale Korei musiały rozstać się ze swoimi bliskimi.

Do portu doszliśmy ok. 18. Na miejscu zastaliśmy kilka przyportowych knajpek, dosłownie zlepionych z tego, co właściciele mieli pod ręką lub gdzieś znaleźli. Zaczęliśmy wypytywać o ten festiwal i możliwość łapania kałamarnic. Mieliśmy szczęście, bo zastaliśmy na miejscu (na lekko już podpitego) organizatora imprezy. Okazało się, że łapanie odbywa się w godzinach 14 do 15, kosztuje 20 000 WON od osoby, a kałamarnice wpuszczane są na ten czas do ogrodzonej części morza. Hmm… Nie bardzo nas pociągają takie zorganizowane, płatne połowy :-) Myśleliśmy, że jest jakieś miejsce, w którym można złapać naturalnie występujące squidy, a nie takie wpuszczone… Żegnamy się z państwem, zapewniając, że wrócimy dnia następnego…

W drodze powrotnej natrafiamy na chińską knajpkę, która aż huczy z powodu ilości klientów. Porcje spore i niedrogie, więc nie ma się co dziwić. Zamawiamy makaron w sosie z czarnej fasoli z warzywami (głównie cebula, marchewka) pokrojonymi w drobną kostkę. Dobre…

Wracamy na plażę autobusem, jest już bowiem ciemno i późno, a w naszych nogach, mimo sutej kolacji (albo właśnie z jej powodu), nie ma już sił…

28 lipca, wtorek
/Sokcho/

Popołudniem robimy wypad do Eatery Town, czyli dzielnicy Sokcho, gdzie można zjeść potrawy z całej Korei. Znowu przemierzamy tego dnia ponad 10 km na nogach… Po drodze kukamy do sklepiku z charakterystycznymi ciasteczkami w kształcie liścia klonowego z marmoladkowym nadzieniem w środku. Miły pan częstuje nas jednym, co w zupełności nam wystarcza. Dobre, ale baaardzo drogie, niestety…

W Sokcho znajduje się charakterystyczna wieża, postawiona z okazji Expo organizowanego przez Koreę w 2011 roku. W trakcie spaceru przechodzimy nieopodal i podziwiamy.

Do „miasteczka jedzeniowego” dochodzimy ok. 17. Chyba za wcześnie, bo większość knajpek wydaje się być zamknięta (Koreańczycy jedzą trochę późniejszym wieczorem). Krążymy uliczkami, próbując jednak coś znaleźć. Najbardziej chyba jednak chodzi nam o klimatyzację ;-)

Trafiamy w końcu do pana, u którego w knajpce można przyrządzić sobie coś na grillu. W środku jeden stolik zajęty, podoba nam się to, co państwo mają na stoliku. Nieśmiało pytamy pana co to jest i po ustaleniu ceny (9 000 WON od osoby) zamawiamy to samo.

IMG_1870.resized

Na środku stoliczka znajduje się patelnia typu grill, a pod nią palnik gazowy. W ramach naszych zestawów dostajemy 200 g boczku pokrojonego w cienkie plasterki, kilkanaście talerzyków z rozmaitymi dodatkami oraz ogrom różnych rodzajów liści, głównie sałat, lecz były tam też liście sezamu, które bardzo polubiliśmy (dodawane są do gimbapów z tuńczykiem).

Boczek ląduje na patelni i gdy jest już ładnie podsmażony można go zawijać w liście razem z sosikami i innymi dodatkami (dostaliśmy m.in. kawałek marynowanej na słodko ryby, ogórki w paseczkach, kimchi… ). Ponadto w zestawie był też gulasz warzywny z tofu oraz miseczka ryżu.

Pojedzeni wyruszamy jeszcze na miasto w poszukiwaniu dmuchanej matki do spania. Gdy jechaliśmy wczoraj autobusem, widzieliśmy wiele sklepów sportowych, co obudziło naszą nadzieję, że w końcu uda nam się coś kupić… Niestety, choć jakiś tam wybór był, nie zdecydowaliśmy się na nic, gdyż naszym zdaniem cena była nieadekwatna do jakości…

Wracamy późnym wieczorem do namiotu (który w międzyczasie przestawiliśmy już trzeci raz, gdyż zwolniło się miejsce pod drzewami, które dawały trochę cienia), wykończeni do granic możliwości. Spanko.

29 lipca, środa
/Sokcho/

Ostatni dzień w Sokcho. Wieczorkiem robimy wypad do prehistorycznej osady z 7-9 wieku p.n.e. zwanej Joyangdong. Do zobaczenia jest kilka zrekonstruowanych drewnianych chatek pokrytych słomianymi dachami. Ale nie o te chatki tu chodzi. Ich rekonstrukcja ma bowiem tylko upamiętniać fakt, że odkopano w tym miejscu różnego rodzaju narzędzia z epoki brązu (znajdujące się obecnie w muzeum). Bardzo przyjemne miejsce na wzniesieniu, dzięki czemu mogliśmy przy okazji podziwiać ładny widok na miasto, w promieniach zachodzącego słońca. Wracając z „wycieczki” kusimy się na brzoskwinie, na które w Korei jest teraz sezon (dużo starszych pań sprzedających te owoce gdzieś na mini starganach ulicznych). Ponadto próbujemy tego wieczoru pierożków z nadzieniem kimchi oraz tofu z kurczakiem. Pierożki są duże i przyrządzane na parze. Właścicielką lokalu była sympatyczna pani, która pozwoliła się nam nawet sfotografować.

IMG_1877.resized IMG_1881.resized IMG_1890.resized IMG_1891.resized

30 lipca, czwartek
/Sokcho – Pohang/

Dziś przemieszczamy się do Pohang. Co prawda w naszym planie było odwiedzenie wioski Hakone (słynącej z charakterystycznych dla Korei tradycyjnych masek), ale ze względu na okoliczności i niemiłosierny upał zmodyfikowaliśmy nasz plan w trakcie jazdy. Jak to się mówi. Mierz siły na zamiary :)

Poranne pakowanie w pełnym słońcu, pochłonęło sporo naszych witalnych sił. Skrywając się przed ukropem pod naszą uroczą białą parasolką w zielone kropki, doczłapaliśmy (dosłownie) do głównej drogi. Miejskim autobusem wyjechaliśmy trochę za miasto i zaczęliśmy stopowanie.

Wystawiamy kciuki, uśmiechamy się, próbując nie marszczyć przy tym zbytnio twarzy (ze względu na słońce) i już po kilku minutach siedzimy w wypasionej bryce. Para młodych ludzi, ładne, odprasowane ciuszki, przyjemna dla ucha muzyczka, klimatyzacja – tak w upały można funkcjonować :-)

Jedziemy z nimi kilkadziesiąt kilometrów. Nie mówią zbytnio po angielsku, więc próbujemy komunikować się przez google translate. Większość jazdy przebiega jednak w ciszy. Jest czas, żeby odpocząć.

Wysadzeni zostajemy na obwodnicy miasta… . Bez zastanowienia łapiemy dalej. Zatrzymuje się jakiś chłopak, ale jedzie tylko do centrum. Drugi samochód przynosi nam trochę więcej szczęścia. Dwie sympatyczne panie ok. pięćdziesiątki jadą do Donghae, więc dokładnie tam, gdzie chcemy odbić na Hakone.

Panie nie mówią po angielsku, ale należą do tego typu ludzi, dla których komunikacja nie opiera się jedynie na wspólnym języku ;-) W ruch idą ręce, google translate i kilka angielskich zwrotów. Są bardzo wesołe, rezolutne, i okazują się być siostrami. Jadą odebrać trzecią z nich właśnie w Donghe. W ich rozmowach przewija się nazwa Pusan, czyli Busan – miasto, do którego ostatecznie zmierzamy i z którego wypływa nasz prom do Japonii :) A że Po drodze do Busan jest Pohang, obok którego znajduje się druga z ciekawiących nas tradycyjnych koreańskich wiosek, postanawiamy odpuścić Hakone na rzecz opcji bezpośredniej jazdy właśnie do Pohang.

Paniom bardzo podobała się historia naszej podróży i generalnie były pod wrażeniem, że my tak autostopem i pod namiotem… Wiec jak wspominamy, że my jednak do Pohang, a nie Donghae (czyli jakieś 300 km dalej) to po chwili namysłu mówią „Lets go!” I tak oto łapiemy stopa na blisko 400 km co, jak na warunki koreańskie, jest mega wyczynem.

Nadmienić tu trzeba, że w czasie naszych prób złapania okazji, zatrzymywało się kilka innych samochodów, ale jak słyszeli nazwę miejscowości oddalonej zaledwie o 50-60 km to robili wielkie „WOOW” i twierdzili, że to strasznie daleko i że będzie nam trudno kogoś złapać. To było dosyć śmieszne z naszej perspektywy, gdy stopujemy już 10 miesiąc, a czasami zdarzało nam się robić po 1000 km dziennie. No ale kwestia perspektywy…
Tak czy siak, zgarniamy trzecią siostrę w Donghae, która okazuje się być równie wesoła co pozostałe dwie i mkniemy drogą ekspresową w stronę Pohang. Pani kierująca okazuje się być trenerką tańca i cheerleaderek w Busan (pokazuje nam nawet kilka fotek). Czas mija dosyć szybko a my trochę rozmawiamy a trochę przysypiamy :).

Na miejscu jesteśmy już po zmroku, a pamiątkowe selfie robimy sobie pod stacją benzynową.

20150730_154207.resized 20150730_215649.resized

Po znalezieniu supermarketu i przekąszeniu lekkiej kolacji, ruszamy w kierunku plaży, gdzie tej nocy rozkładamy namiot, zaraz obok jakiejś koreańskiej rodzinki. Wszystko idzie jak należy, już nam się smacznie śpi, a tu nagle o 3 w nocy budzi nas stukanie młotka… Jakiś starszy pan postanowił się koło nas rozbić i dosłownie „wali” swym narzędziem w śledzie, budząc wszystkich dookoła… Grrr…

31 lipca, piątek
/Pohang/

Głównym celem naszego przyjazdu do Pohang miało być odwiedzenie bardzo ciekawej, historycznej wioski Yongdang.
Przy okazji natrafiamy na festiwal miejski związany z pokazami sztucznych ogni (na punkcie których Koreańczycy mają fioła), który swój początek ma mieć dzisiaj wieczorem. Wszyscy dookoła trąbią, że koniecznie o 21:00 musimy być w okolicy plaży, żeby nie ominął nas szoł :)

O 8:30 zrobiło się już całkiem gorąco, a że postanowiliśmy wykorzystać chwilowy spokój i ciszę na dodatkową drzemkę, rozłożyliśmy naszą matkę i kocyki w cieńiu dużych namiotów festiwalowych ustawionych nieopodal naszego. Ok. 11:00 postanowiliśmy wyruszyć w miasto.

Wyczytujemy w Internecie, że do Yongdang jedzie pociąg, co byłoby dla nas najwygodniejszą i prawdopodobnie najtańszą opcją. Ruszamy więc w stronę dworca kolejowego, bo ciężko było nam sprawdzić rozkład online. Po drodze szukamy czegoś do jedzenia, abyśmy nie poumierali z niedożywienia ;-). Choć z racji upałów nie jesteśmy jakoś meega głodni. O tej porze, większość knajpek dopiero się otwiera, więc ciężko jest sprawdzać jakość jedzenia naszą tradycyjną metodą – gdzie jest więcej ludzi :)
Do wyboru mamy (poza mcdonaldem i innymi fastfoodami) koreańskie klasyki, jak: zupy, makarony, ryż w różnych konfiguracjach i gimbapy. Trafiamy w końcu do sympatycznej lokanty prowadzonej przez starszą panią. Przez witrynę widać charakterystyczny stolik z pojemnikami, przy którym robi się gimbapy.  Pani jest bardzo miła, a my korzystamy z zaplecza prądowego i ładujemy nieco nasze sprzęty elektroniczne.

Po posiłku nie pozostaje więc nic, tylko wyruszyć w drogę… Gdyby nie upał, który normalnie zwala z nóg. Docieramy pod dworzec, przedzierając się przez handlowe uliczki pełne sklepów ze sprzętem turystycznym i ubraniami. Niestety, nie mieli dmuchanych materacy, który również planujemy zakupić (nasz drugi materac również wyzionął ducha – tym razem z wyeksploatowania…).

Gdy docieramy w okolice dworca, okazuje się, że jest on chwilowo nieczynny, bo trwa jakiś remont. My ledwo trzymamy się na nogach, więc zapada decyzja, że wioska musi poczekać do jutra, a my czmychamy w klimatyzowane zakamarki jednego z centrów handlowych. Czasem człowiek musi wrzucić na luz, bo by się wykończył, a naprawdę było ze 40 st. C.

Popołudnie spędzamy w odkrytym po drodze Lotte Departmebt Store, gdzie na kilku piętrach znajdują się sklepy i stoiska z produktami wszelkiej maści. Od sprzętów domowych, przez kosmetyki po wypasione ubrania. Taki trochę „window shopping” choć najbardziej interesujący dla nas dział, to ten z jedzeniem. Lubimy odkrywać nieznane dotąd produkty spożywcze, ale też sposób pakowania i prezentowania tych, które znamy.
Na obiad trafiamy na najwyższe piętro, skąd rozpościera się widok na całe miasto. Nie jest ono jakoś specjalnie urokliwe, choć ratuje je trochę fakt, że znajduje się nad morzem, więc trochę morskich akcentów wdziera się w architekturę krajobrazu. Na obiad zamawiamy bibimbap z owocami morza i z pięknymi widokami za oknem, nie spiesznie delektujemy się jedzonkiem.

Robi się już wieczór, co oznacza zbliżający się początek festiwalowych wydarzeń i gwóźdź programu w postaci pokazu fajerwerków. Im bliżej naszej plaży, tym tłum gęstnieje, a dobiegające nas dźwięki muzyki i bębnów stają się coraz głośniejsze. Ulica biegnąca przy samej plaży została zamknięta dla ruchu drogowego, a jej środkiem mknie korowód różnego rodzaju grup tanecznych, przedstawicieli różnych zawodów i instytucji miejskich. Każda z nich co jakiś czas przystaje przy specjalnych „stacjach” i daje mini pokaz dla publiki. Albo coś tańczą, albo wykrzykują albo śpiewają. Ludzie są poprzebierani i mają kolorowe sztandary. Prawdziwy karnawał… :-)

My podziwiamy razem z innymi ludźmi ten szoł, a następnie, tuż przed 21:00 udajemy się w okolice naszego namiotu i zajmujemy dogodną pozycję do podziwiania sztucznych ogni, które odpalane miały być z barki zacumowanej kilkadziesiąt metrów od brzegu.
Trzeba przyznać, że ich pokaz robił ogromne wrażenie. Zarówno jego długość (trwał blisko godzinę), jak i efektowność. Sztuczne ognie mieniły się wieloma kolorami, miały fikuśne kształty, a czasem dosłownie lały się z nieba… Takich jeszcze w naszym życiu nie widzieliśmy :)

Po pokazie ludzie zaczęli rozchodzić się do swoich hoteli i domów, a my kładziemy się spać.

IMG_1900.resized IMG_1904.resized IMG_1907.resized IMG_1918.resized IMG_1922.resized

1 sierpnia, sobota
/Pohang/

Rano robi się potwornie gorąco (temp. koło 11:00 to już ok. 38 st.). Wypróbowany dzień wcześniej system sprawdza się i tym razem. Bierzemy naszą matę pod namiot festiwalowy, kocyki i jeszcze godzinkę drzemiemy w cieniu. Na plaży już sporo ludzi i bardzo gwarnie. Nic dziwnego jest sobota i środek wakacji :-) My jednak plażowanie zaliczyliśmy już w Sokcho, więc tym razem dzień planujemy nieco bardziej aktywnie.
Wczoraj się nie udało, więc spróbujemy dzisiaj dotrzeć do Yangdong. Jakiś pan z obsługi festiwalu zagaja do nas łamanym angielskim. Okazuje się być bardzo sympatyczny i dostajemy od niego wskazówki, jak dotrzeć do miejsca gdzie zmierzamy. Autobus 105 lub 201 dowiezie nas prawie na samo miejsce.

Najpierw jednak idziemy na śniadanie do lokalu, który znaleźliśmy dzień wcześniej. Sympatyczna starsza Pani, po raz kolejny cieszy się na nasz widok, choć z racji, że jest dosyć wcześnie jest jeszcze w trakcie „ogarniania” lokalu. Tak czy siak, zamawiamy po porcji makaronu z sosem (ja z ostrym sosem chili, a Helenka na coś a’la bibimbap), a do tego po gimbapie. W końcu przed nami kilka godzin w terenie. Do posiłku raczymy się kolejną porcją koreańskiego tv show lecącego z plazmy na ścianie. Jest klimat ;-)
Ze wskazówkami od lokalsa wyruszamy na przystanek. Hmm… tylko w którym to kierunku? Pytamy zatem młodą dziewczynę o autobus do Yangdong… Chyba jednak nie jest to aż tak charakterystyczna atrakcja jak nam się wydawało, bo musieliśmy kilka razy powtórzyć tą nazwę (w różnych konfiguracjach Yongdang, yangdong, yongdong itp.), żeby koleżanka załapała.

Tak nam się przynajmniej wydawało…
„Autobus 700 będzie ok, o właśnie jedzie…” No to wsiadamy i kupujemy bilety. Kierowca na pytanie czy jedzie do Yangdong, coś tam odpowiada, że „ok”, no to jedziemy. Jak się okazuje w zupełnie innym kierunku i w inne miejsce o podobnie brzmiącej nazwie, ale zdecydowanie niebędące atrakcją turystyczną ;-)

Zorientowanie się w sytuacji zajmuje nam dobrych kilka przystanków. Wysiadamy i drepczemy w przeciwnym kierunku. Trzeba wrócić się jeden przystanek, żebyśmy mogli złapać 201 (pan miał rację). Jako że autobus jeździ raz na 30 min, mamy przymusową „obsuwę” o dobre 1,5 godziny.

20150723_150555.resized

Takim właśnie sposobem wysiadamy w okolicy, już właściwej wioski, dopiero ok. 14:00.

Upał leje się z nieba, więc warunki na zwiedzanie dosyć ekstremalne, ale albo dzisiaj albo wcale. Jeszcze tylko 15 min „z buta” od przystanku autobusowego do kas biletowych i można zacząć podziwianie.

Nasze zwiedzanie rozpoczynamy od odwiedzin w klimatyzowanym :) mini muzeum, pokazującym miniatury tutejszych atrakcji i opowiadających historię tego miejsca. Następnie ruszamy w teren.

Wioska ta została założona przez niejakiego Son Yung dona w 15 wieku, gdy otrzymał on tutaj ziemię za zasługi (był m.in. ministrem spraw wewnętrznych), od rządzącego ówcześnie króla z dynastii Joseon. Zapoczątkował on budowę kilkudziesięciu rezydencji, świątyń i budynków użyteczności publicznej (np. szkoły), tworzących (z przynależnymi do służących chatkami) całą wioskę. Blisko 150 większych i mniejszych budowli należało tutaj do kilku klanów, m.in. Wolseong, Yi Eon-jeok czy Yeogang Yi.
Większość z budynków, zaprojektowana została z dbałością o funkcjonalność, zasady panujące w tamtych czasach (osobne strefy dla kobiet, mężczyzn i służby) czy nawet ułożenia terenu.

Co ciekawe część domów nadal jest zamieszkiwana, co powoduje, że cała wioska żyje.
Przechadzamy się dolinką, zaglądając to tu to tam. Im ważniejszy mieszkaniec ówczesnej wioski tym dom położony wyżej z widokiem na pozostałe zabudowania i pola uprawne. Naprawdę ładnie, tylko czemu tak gorąco?

Wytrzymujemy jakieś 1,5 godziny, ratując się zimną wodą i cieniem drzew. W niektórych domach urządzono mini kawiarnie lub sklepiki, więc można co nieco zakupić. Jeszcze tylko zdjęcie na tle lilii wodnych i wracamy w stronę wyjścia. Na zakończenie serwujemy sobie po mrożonej kawie i ruszamy w drogę powrotną do Pohang. Tym razem nieco sprawniej…
Dobrze jest wiedzieć, dokąd się zmierza, wiec wysiadamy kilka przystanków wcześniej i na obiad udajemy się do Lotte Department Store, gdzie w podziemiach znajduje się kilkanaście restauracyjek z różnego rodzaju jedzeniem. Od gimbapów, przez sushi i hamburgery po KFC.

My decydujemy się na zestawy – gorący kociołek z owocami morza, ryż i zupka oraz bibimbap na ciepło. Na deser paluszki „cioci Ani” na słodko z nadzieniem z białego sera, wypiekane na miejscu… Pycha :) Po takim posiłku możemy już udać się na kolejny pokaz sztucznych ogni, który rozpoczyna się o 21:00.

W czasie pokazu, na scenie pojawia się jakiś grająco-śpiewający koreański duet, więc robi się już zupełnie romantycznie. Koreańczycy nie są jednak zbyt wylewni i nie widać było jakiś konkretnych reakcji publiczności, czy tańców pod sceną ;-) My lekko „pląsamy” podziwiając prawie godzinne wybuchy różnokolorowych petard. I w taki oto przyjemny sposób kończymy nasz ostatni wieczór w Pohang.

IMG_1927.resized IMG_1929.resized IMG_1940.resized IMG_1947.resized IMG_1955.resized IMG_1958.resized IMG_1963.resized IMG_1971.resized IMG_1972.resized IMG_1978.resized IMG_1981.resized IMG_2004.resized

IMG_1981.resized IMG_2017.resized IMG_2018.resized IMG_2023.resized

2 sierpnia, niedziela
/Pohang – Busan/

Poranny zimny prysznic (do którego już przywykliśmy) daje nam energię na przemieszczenie się do Busan, skąd za kilka dni płyniemy do Japonii. Oczywiście mamy zamiar łapać stopa, ale zanim przystąpimy do akcji, wypadałoby coś zjeść. Już wczoraj zapadła decyzja, że na śniadanie wracamy do centrum handlowego, w którego podziemiach odnaleźliśmy wczoraj mnóstwo w miarę niedrogich knajpek.

Ja (Helenka) raczę się gryczanymi nudlami na zimno. Łukasz zamawia bardziej konkretne danie z ryżem. Oczywiście nie pojadłam sobie i mieliśmy dylemat, czym by tu dojeść. Swymi cenami skusiło nas KFC. Ależ to był błąd… Zamówiliśmy jeden zestaw na pół, przy czym kotlet w kanapce był oczywiście jakimś okropnym paskudztwem… Na pocieszenie zajedliśmy to paluszkami „cioci Ani” i wyruszyliśmy w drogę. Wniosek: co tanie to drogie ;-)

Najpierw podjechaliśmy autobusem (tym samym co do wioski Yangdong). Wysiedliśmy na przystanku nieopodal rozwidlenia dróg, z których jedna prowadziła do Busan. Upał niemiłosierny… Sklepu z napojami brak… Pozostaje nam coś szybko złapać. Machamy zatem i uśmiechamy się do każdego, kto przejeżdża. Już po chwili jakaś miła pani otwiera okno samochodu i krzyczy do nas „where are you going?” „Gyeongiu” odpowiadamy (czyli miasto na trasie do Busan), wiedząc, że dla Koreańczyków wszędzie jest daleko i gdybyśmy powiedzieli, że do Busan to byliby przerażeni (w końcu to aż 100 km ;-)). Państwo podjeżdżają pod przystanek i każą nam wskakiwać do środka. Jadą trochę za Gyeongiu i chętnie nas podrzucą ten kawałek. Rodzinka (mama, tata i synek) była naprawdę sympatyczna. Pani trochę mówiła po angielsku, korzystaliśmy też z google translate. Wypytywali nas o podróż i oczywiście nie dowierzali, że tak można. Pod koniec jazdy napisali nam w zeszycie wiadomość dla następnego kierowcy, aby było nam się łatwiej porozumieć. Oni zaś jechali na wycieczkę do jakieś świątyni, podobno bardzo ładnej. Padła propozycja wspólnego zwiedzania, ale nie chcieliśmy im robić problemu. Wiedzieliśmy bowiem, że po zwiedzaniu nie będą wiedzieć co z nami zrobić, bo przecież tak gorąco i na pewno będzie nam ciężko kogoś złapać…

Kończymy kawkę, zakupioną dla nas przez miłych państwa w trakcie jazdy i łapiemy dalej. Stajemy zaraz za światłami, przy zatoczce, więc miejsce wręcz idealne. Auta nie jadą zbyt szybko i mają się gdzie zatrzymać. Zabiera nas stamtąd pan jadący do Ulsan (wcześniej odmówiliśmy kilku osobom, które chciały nas tam zabrać, bo myśleliśmy, że złapiemy kogoś bezpośrednio do Busan. Pan jednak zapewnił, że wie gdzie nas wysadzić, więc postanowiliśmy mu zaufać).

Pan faktycznie wysadził nas w dobrym miejscu. Problem był tylko taki, że samochody jechały z górki, w związku z czym trochę szybko i żeby się zatrzymać, kierowca musiał podjąć zdecydowane kroki. Łapaliśmy tam ok. 30 minut, w międzyczasie tłumacząc panu Koreańczykowi z psem na spacerze, że nie chcemy złapać taksówki (pan pomyślał, że nie wiemy jak złapać taryfę i stwierdził, że nam pokaże. Wyszedł na drogę i zaczął machać na taksówkarzy mimo naszych protestów. W końcu zjawił się drugi Pan, równie „pomocny”, lecz ten rozumiał trochę po angielsku, dzięki czemu w końcu pojęli, o co nam chodzi i dali nam spokój).

Los chciał, że gdy tam łapaliśmy, przejeżdżała akurat policja. Oczywiście zawrócili do nas :-P Przyznaliśmy się, że łapiemy stopa i… może nie do końca im się to podobało, ale opowiadaliśmy im o stopowaniu w Korei z takim entuzjazmem, że ostatecznie nie mieli nic przeciwko :-D Przejeżdżali co prawda jeszcze później dwa razy, sprawdzić czy już złapaliśmy, ale na szczęście drugi raz do nas nie podjechali.

Ogólnie mieliśmy w tym miejscu wielu kibiców. W końcu podjechał do nas jakiś pan i udzielił nam rady: napiszcie sobie kartkę, gdzie jedziecie :-) Może to śmieszne, ale często nie piszemy już kartek, bo nam się po prostu nie chce… Pan był na tyle zdeterminowany do pomocy, że napisał ją dla nas :-D

Po drugiej stronie ulicy, na przystanku autobusowym siedziały dwie dziewczyny. Jesteśmy przekonani, że już szły do nas, żeby dać nam wskazówki jak dojechać na dworzec autobusowy, ale gdy się tak czaiły, podjechał samochód, a w nim młody uśmiechnięty od ucha do ucha chłopak :-) Zawrócił specjalnie po nas! Kartka pomogła – jechał prosto do Busan.

Podróżował ze swoją żoną, która prawdopodobnie uległa wypadkowi, gdyż była częściowo sparaliżowana. Mimo tego oboje mieli w sobie dużo pozytywnej energii, co definitywnie udzielało się otoczeniu. Jazda minęła bardzo przyjemnie i szybko. Zostaliśmy podrzuceni na miejską plażę, i już po chwili nie mogliśmy uwierzyć, że dalej jesteśmy w Korei…

Powodem był fakt, że przeważająca część przechodniów nie była pochodzenia Koreańskiego. Hindusi, Wietnamczycy, Malezyjczycy… Ze zdecydowaną przewagą tych pierwszych. Reklamy zapraszające do hinduskich restauracji można było spotkać co kawałek… Byliśmy zszokowani :-) Co więcej Busan okazał się być bardzo nowoczesnym miastem, pełnym olbrzymich, nowoczesnych budynków. Miasto przypominało nam trochę biedniejszą wersję Dubaju, o ile w tym przypadku można w ogóle użyć słowa „biedniejsza”…

Atmosfera na wybrzeżu mocno imprezowa. Rozbijanie namiotu raczej nie wychodziło w grę. Doświadczenie nauczyło nas, że chęć oszczędzenia w takich miejscach, wiąże się zwykle z niepotrzebną stratą…

Zjedliśmy po gimbapie w taniej lokancie i pomaszerowaliśmy na lody do Mc Donalda, licząc na internet i znalezienie taniego noclegu. Ceny wszystkich dostępnych miejsc były holendernie wysokie. Korea pochłonęła już sporo naszych oszczędności, przez co płacenie za jedną noc ponad 200 zł (wszystko co tańsze było już zajęte), w ogóle nie wchodziło w grę… Co tu robić…

Stwierdzamy, że idziemy jednak w stronę plaży i zobaczymy co się tam dzieje. Trafiamy na kilka namiotów rozbitych pod drzewami nieopodal parkingu samochodowego. Robimy oględziny. Miejsce wygląda spoko, namioty należą do koreańskich rodzinek, wydaje się być w miarę bezpiecznie. Rozbijamy się…

Rozmowy wieczorową porą (było już po północy) przerywa nam dwóch chłopaków, którzy uprzejmie prosili wszystkich o złożenie namiotów. No nie… Chłopcy byli pracownikami parkingu i ich obowiązkiem było zachowanie „porządku”. Tylko dlaczego nie wzięli się za to kilka godzin wcześniej? My postanowiliśmy nie dyskutować, ale część ludzi z pozostałych namiotów trochę się oburzyła. Ostatecznie chłopcy zadzwonili po przełożonego. Dyskusja toczyła się po koreańsku, więc nie wiele zrozumieliśmy, ale chodziło prawdopodobnie o godzinę. Ludzie podobnie jak my nie wiedzieli za bardzo, co mają ze sobą zrobić o tak późnej porze. Pan z jednego z namiotów mocno się zdenerwował i doszło prawie do rękoczynów… Wygrana przechodziła co chwilę to na jedną, to na drugą stronę. Ostatecznie jednak przegraliśmy i musieliśmy się ewakuować…

My postanowiliśmy iść po prostu kawałek dalej w większe „krzoki” i udało się. Nie byliśmy widoczni dla przechodniów i było małe prawdopodobieństwo, że ktoś nas odnajdzie (jeśli w ogóle ktoś miałby nas szukać). No może o poranku mogli dostrzec nas jedynie pracownicy ostatnich pięter biurowców sięgających nieba…

 

3 sierpnia, poniedziałek
/Busan/

Poranny upał mobilizuje nas do szybkiego spakowania plecaków i opuszczenia naszej miejscówki. Jako że spało nam się nie najgorzej, mamy zamiar powrócić w to samo miejsce także i tej nocy.

Dwa gimbapy na śniadanie i chowamy się znowu w Mc Donaldzie. Jest tania kawa, klima i internet. Można żyć ;-) Po jakimś czasie Łukasz wybiera się na miasto w poszukiwaniu telefonu (mongolskie cudo się nam popsuło), a ja zostaję dalej w „Maku” i pilnuję plecaków, nadrabiam zaległości w pisaniu i planuję co dalej… Przy okazji obserwuję sobie ludzi i zastanawiam się nad fenomenem miękkich kanapek. My nie skusiliśmy się na „zestaw”, bo jak to Łukasz określił: „jesz tego hamburgera i frytki, popijasz colą i jest ci tak przyjemnie, ale po godzinie czujesz w żołądku taką zlepioną kulę, przypominającą gąbkę, a twój żołądek nie wie, co ma z tym dalej zrobić…”.
No ale lody to zupełnie inna bajka ;-) Może nie wiele zdrowsze, ale od czasu do czasu…

Po powrocie Łukasza robimy wypad na obiad i wracamy znowu do „Maka” ;-P Internet był na tyle dobry, że udało się nawet pogadać z rodzicami :-)

Śpimy znowu w „krzokach” przeliczając, ile dzięki temu udało nam się zaoszczędzić…

4 sierpnia, wtorek
/Busan/

Upałów ciąg dalszy… Prawie 40 stopni nie zachęca do zwiedzania miasta. Ale wyjście do teatru? Jak najbardziej! Będąc w centrum turystycznym, otrzymaliśmy zniżki na spektakl pt. „Queen’s banquet”. Przedstawienie odbywało się w wypasionym hotelu i sprawiało wrażenie czegoś bardziej atrakcyjnego od pospolitych występów dla zagranicznych turystów, więc zarezerwowaliśmy bilety.

Zanim jednak nastał wieczór przemieściliśmy się do hotelu w okolicach portu, z którego wypływa jutro nasz prom do Japonii. Musieliśmy bowiem oporządzić się przed kolejnym krajem oraz zrobić pranie :-) Natrafiliśmy w tych okolicach na sympatyczną knajpkę, gdzie zaserwowali nam pyszne bibimpapy ze squidem… Zapewne wrócimy tam jutro na ostatni koreański obiad.

IMG_2040.resized IMG_2044.resized

Queen’s banquet. Start: godzina 20:00. Pojawiamy się na miejscu pół godziny wcześniej, aby wykupić zarezerwowane bilety. Teatr znajduje się w podziemiach hotelu. Oprócz nas na miejscu pojawia się jeszcze jedna para zagranicznych widzów. Resztę stanowią Koreańczycy :-) Część gości ubrana była bardzo odświętnie. Było jednak sporo takich widzów „jak my”, czyli osób będących na wakacjach, a co za tym idzie z ograniczonymi możliwościami, jeśli chodzi o garderobę. Dzięki temu nie czuliśmy się bardzo niezręcznie w naszych japonkach ;-)

Na początku wyświetlono kilka slajdów, opowiadających o tym, co się będzie działo na scenie. Historia opowiadała o tym, jak to król i królowa, wybrani i zesłani przez niebiosa, przynieść mają dobrobyt i radość wszystkim ludziom zamieszkującym ich królestwo.
Głównym punktem pierwszej części spektaklu było szykowanie królowej na „imprezę”. Trzy służące z oddaniem i wdziękiem pomagały przyodziać ją w 9 warstw odświętnego stroju oraz coś w rodzaju ogromnej „korono-peruki”.

W drugiej części miłość królewskiej pary odzwierciedlona została w muzyce i tańcu prezentowanych przez ich poddanych. Jako że przedstawienie odbywało się w formie bankietu, wyprawianego na cześć króla i królowej, główni zainteresowani usiedli w pierwszym rzędzie i stali się jakby częścią widowni. Kolejno pojawiały się różne grupy tancerzy i muzyków. Najbardziej podobali nam się bębniarze z charakterystycznymi czapeczkami, do których przyczepione były bardzo długie wstążeczki. Przy poruszaniu głowami, wstążeczki te zataczały koła, tworząc ciekawy efekt. Bębniarze co jakiś czas mieli tzw. solówki, w czasie których wystukiwali na swoich bębenkach szybkie rytmy zachęcając widownię do klaskania. W międzyczasie wykonywali tańce w stylu break dance, co stanowiło ciekawe pomieszanie tradycji ze współczesnością. Spróbujcie sobie wyobrazić pana, stukającego na bębenku, wymachującego do rytmu wstążeczką, jednocześnie wykonującego salta… Miły dla oka był też widok pań tańczących układ z wachlarzami, które ramię w ramię sunęły po scenie, jak gdyby poruszały się po szynach… Przedstawienie trwało 70 minut, przy czym cały ten czas wypełniony był wieloma różnorodnymi, bardzo dynamicznymi elementami, przez co minął nam bardzo szybko.

IMG_1867 IMG_1877 IMG_2102

To były naprawdę dobrze wydane 20 tys. WON, czyli 60 złotych i jeden z bardziej ekscytujących wieczorów w Korei Południowej.

Jutro atakujemy Japonię!