Wpis ten wrzucamy, będąc już w Ułan Bator w Mongoli. Niestety 2 godziny po przjeździe tutaj, w miejskim autobusie, skradziono nam oba telefony komórkowe. Wraz z telefonami przepadły wszystkie nasze zdjęcia „z drogi”, tzw. seflie robione telefonem i filmiki. Całe 7 miesięcy podróży było właśnie tam (bez kopii) i poza tymi zdjęciami, które już wylądowały na blogu/facebooku plus to co mamy na dużym aparcie, nie zostało nam nic…

Tak więc nie bedzie zbyt dużo zdjęć z nami lub takich właśnie z drogi… pozostały jedynie wspomnienia, których na szczęście nikt nam nie odbierze :-)

M i Ł

18 maja, poniedziałek
/Kathmandu/

Ostatni poranek na nepalskiej ziemi :-) Wstajemy dosyć wcześnie, jako że o godzinie 11 lecimy do Chin! A przed wylotem chcemy jeszcze zahaczyć o centrum i kupić jakieś pamiątki, bo wcześniej nie było czasu ;-) A, że wpadł nam do głowy pomysł wysyłania paczki do Polski, to nie możemy się powstrzymać przed zakupem jakiegoś ładnego kocyka, który będzie nas grzał, gdy po powrocie, siedząc w bujanym fotelu, będziemy popijać gorącą herbatę i wspominać jak to w Nepalu było :-)

W centrum przekazujemy nasze kijki trekkingowe w dobre ręce jakiegoś turysty, choć bardziej prawdopodobne, że chłopak był wolontariuszem przybyłym do Nepalu z pomocą humanitarną dla poszkodowanych w trzęsieniu. Niestety nie mamy zbyt wiele czasu, żeby z nim pogadać, bo „czas goni nas, goni nas, goni nas cały czas…”

Na lotnisko dostajemy się taksówką, niestety innego sposobu nie ma. Po drodze zatrzymuje nas policja i wręcza naszemu kierowcy mandat za brak licencji. Nie pomogły nasze jęki, że nam się spieeeeeszyyy…

Na miejscu rozglądamy się za naszymi znajomymi z Irlandii. Ich samolot wylatuje o 10 do New Delhi. Niestety nie udaje się ich spotkać, pewnie siedzieli już na pokładzie…

My też planowo o 11:10 wzbijamy się w powietrze… I już zaczynam (Helenka) marudzić, że jest pochmurnie i że miały być widoki na Himalaje i że miało być tak pięknie, a nie będzie, bo niezbyt ładna pogoda… A tu nagle wznosimy się ponad chmury a tam co? Góry!!! To był najpiękniejszy lot w moim życiu :-) Nie dość, że ponad chmurami mogliśmy podziwiać jeszcze raz Tą Najwyższą, i inne nie mniej okazałe, to w dalszej części lotu niebo się rozpogodziło i tym sposobem, mogliśmy nacieszyć oczy równie górzystym Tybetem. Krajobraz różnił się jednak znacznie od tego, który mogliśmy podziwiać w Nepalu. Tybetańskie wzgórza nie są aż tak zielone, przyjmują za to wszystkie odcienie ciepłego brązu, co wzbudziło w nas nie mniejszy zachwyt.

Poza widokami z góry zwiedziliśmy też lotnisko w stolicy Tybetu – Lashie, gdzie nasz samolot tankował. Tyle z tego mieliśmy, że mogliśmy pooglądać trochę tybetańskiej biżuterii i innych pamiątek, powystawianych w naszym „gejcie” oczywiście nie bez przyczyny…

Ponadto sprawdzono nasze paszporty, wbito pieczęci i tym sposobem nasza 30-dniowa wiza zaczęła żyć własnym życiem. Do tego zabrali nam jeszcze dwie godziny, przez co wyprzedzamy Polskę już o 360 minut.

Lecimy dalej. Podczas poprzedniego lotu uraczono nas jakimiś słodkimi ciastami biszkoptowymi oraz chińskim małym co nieco (popularne są tutaj takie małe saszetki, w których można znaleźć np. kawałek rybki w oleju, słoną jak nie wiem co kapustę, szyjkę z gęsi itp.). Nam trafiło się glutowate, ciemnoszare coś ;-) Natomiast podczas tego lotu dostaliśmy ryż z ziemniaczkami i kurczakiem. Jak na samolotowe jedzenie było pycha ;-)

Lądujemy w Chengdu. Godzina ok. 18. Mamy zamiar wbić na miasto, żeby dopełnić żołądki chińskim „hot pot-em”, przespać noc w (zarezerwowanym!) hostelu i wrócić dnia następnego na lotnisko, by lecieć dalej, na zachód, do Urumqi. Dziewczyna z informacji trochę mąci nam w głowach. Twierdzi, że jeśli mamy lot o 9, to jadąc pierwszym autobusem z centrum na lotnisko (o 6 rano), możemy spóźnić się na nasz samolot. Radzi brać rano taksówkę. Hmm… Przemyślimy :-)

Wysiadamy w centrum nieopodal zarezerwowanego hostelu, centralnie przy knajpce z hot pot-ami. A co to jest hot-pot? Hot-pot to taki wielki półmisek, wypełniony gorącym olejem, z pływającymi w nim warzywami i mięskiem lub rybą. Do tego dostaje się miseczkę ryżu. I tak łowi się z oleju poszczególne składniki, odsącza troszkę na ryżu i siup do buzi. My zamówiliśmy opcje z karpiem :-) Wszystko byłoby super, nawet z pałeczkami nam jako tako szło, tylko że w kawałkach ryby było sporo ości, co trochę odbierało przyjemność jedzenia.

Pojedzeni, czas podjąć decyzję co z noclegiem. Szukamy chwilę w internecie, korzystając z wi-fi jednego z wielkich hoteli, jakiejś miejscówki nieopodal lotniska, żeby rano mieć blisko. Nie znajdujemy niczego co odpowiadałoby naszym wymaganiom ;-) Stawiamy na spanie w zarezerwowanym hostelu. W naszej opinii, jeśli będziemy na lotnisku 2,5 godziny przed wylotem, to będzie ok.

Przemieszczamy się do hostelu, przedzierając się przez miejską dżunglę. Do przejścia mamy ok. 1,5 km. Chengdu, po powrocie z Nepalu, przypomina nam Dubaj. Wszędzie wielkie budynki i wszystko wybetonowane. Nie możemy powiedzieć, że lubimy takie miasta, ale z drugiej strony czasem i takie miasto fajnie zobaczyć. Hostel Panda okazał się naprawdę sympatycznym miejscem, godnym polecenia. Fajna obsługa, pokój na wypasie, a to wszystko w rozsądnej cenie :-)

19 maja, wtorek
/Chengdu/

Rankiem wszystko szło dobrze, do chwili, gdy okazało się, że nasz samolot startuje jednak z terminalu międzynarodowego, a nie wewnątrz krajowego, jak na chłopski rozum przyjęliśmy. Do przejścia pomiędzy jednym a drugim mieliśmy około 1 km. Narzuciliśmy sobie szybkie tempo, ale odprawa i wszystkie formalności poszły gładko, więc ostatecznie mieliśmy nawet Jeszcze trochę czasu już przy samym gejcie.

Po wylądowaniu siedzieliśmy jakiś czas na lotnisku, korzystając z wi-fi i czekając na odpowiedź jednego pana z couch-surfingu, który chciał nas teoretycznie ugościć. Problem w tym, że nie zauważył dat, które zaznaczyliśmy i w wiadomości pytał, kiedy się zjawimy. Po wysłaniu do niego wiadomości zwrotnej czekaliśmy 2 godziny na odpowiedź, ale się ostatecznie nie doczekaliśmy. Wzmożony głód i zmęczenie zmusiły nas do zabrania się autobusem do centrum miasta i szukania hotelu.

Po drodze natknęliśmy się na przyuliczną piekarenkę z płaskimi chlebkami. To był pierwszy symptom tego, co miało się później dobitnie potwierdzić: jesteśmy w muzułmańskiej części Chin!

Po zameldowaniu w hotelu Green Tree Inn (pokój z widokiem na meczet) robimy wypad na miasto w celu dalszych poszukiwań muzułmańskości. Długo szukać nie musieliśmy. Na pobliskim bazarze barany na oczach wszystkich były obdzierane ze skóry. Wszędzie restauracyjki z baranimi szaszłykami. Panie w chustach na głowie. Panowie w charakterystycznych czapeczkach. Społeczność, która zamieszkuje tę część Chin to Ujgurzy. Mniejszość narodowa pochodzenia tureckiego, którą w ostatnich latach mocno piętnuje chiński rząd. Kilka lat temu doszło do dość dużych zamieszek ulicznych spowodowanych buntem Ujgurów przeciwko wywieraniu na nich presji do asymilacji z chińskim narodem.

Włóczymy się po bazarku i okolicznych uliczkach, przy okazji poszukując czegoś do jedzenia. O daniach wegetariańskich można pomarzyć. No nie licząc arbuza, któremu się nie mogliśmy oprzeć. Ale kto by sobie pojadł arbuzem. Na obiadokolację nie pozostało nam nic innego jak spałaszować szaszłyka. Znaleźliśmy małą knajpkę, pełną ludzi. Byłam pod mocnym wrażeniem. Jak dla mnie mięso było zbyt twarde. W opinii mej byłam jednak osamotniona. Gdy rozglądnęłam się dookoła, zobaczyłam mnóstwo kobitek oraz trochę większych kobit, zajadających mięcho z szaszłyków z takim smakiem i łapczywością, że opadła mi szczena. Ci ludzie mają to w genach. Respect.

Wracając do hotelu mamy przyjemność podziwiać meczet w świetle zachodzącego słońca. Allah Allah… Czy my naprawdę jesteśmy w Chinach?

20 maja, środa
/Urumqi/

Dzisiejszy dzień przeznaczamy na wrzucenie posta z Nepalu, tak więc po wstępnym przebudzeniu raczymy się herbatką, a ja (Łukasz) skaczę do mini piekarni, obczajonej dzień wcześniej po świeży chlebek naan z sezamem i cebulką. W sam raz na dobry początek dnia. Następne kilka godzin to kończenie tekstów, wybieranie zdjęć i wrzucanie wszystkiego do internetu. Idzie jak po grudzie, bo wszystko musi być wrzucane przez tzw. VPN, czyli specjalny program, który pozwala nam na dostęp do stron blokowanych przez chińską „cenzurę” (gmail, google, wordpress, facebook itd.). Trwa to dwa razy dlużej niż zwykle.

IMG_9837 (Medium)

Zastaje nas popołudnie, a z nim przychodzi lekki głodek. Po wrzuceniu posta z czystym sumieniem możemy wybrać się na wieczorny spacer po mieście. Jak już wcześniej wspomnieliśmy, główną atrakcją miasta jest muzułmańska dzielnica skupiona wkoło starego meczetu. W niedalekiej odległości znajduje się też wielki bazar, który odwiedziliśmy już dzień wcześniej. Robimy zatem rundkę „zapoznawczą” po straganach z jedzeniem i kryjących się za nimi restauracjach. Do wyboru mamy: szaszłyki w różnej wielkości i konfiguracji, wielkie kotły z ryżem, warzywami i duszonym mięsem, wielopiętrowe bambusowe tace z pierożkami/bułkami na parze i mnóstwo innych smakołyków.

IMG_9840 (Medium) IMG_9882 (Medium) IMG_9875 (Medium)

Po rozpoznaniu terenu wybieramy jeden z lokali, który wydawał się w miarę niedrogi a oblegany i zamawiamy Lamian, czyli ręcznie robiony/ rozciągany makaron z sosem mięsno-warzywnym. Helenka kuka panom kucharzom do okienka i przypatruje się, jak makaron powstaje z kawałka surowego ciasta. Rach-ciach i pan rękami rozwałkowuje przygotowany kawałek. Składa na pół, lekko prószy w mące i znów rozciąga, i tak kilka razy, aż powstanie kilkadziesiąt cieniutkich wstążek makaronu, wtedy całość ląduje w gorącej wodzie.

Wygląda fajnie i smakuje jeszcze lepiej. Jest to tradycyjna potrawa tego regionu, zaraz obok szaszłyków baranich. Dodatkowym plusem jest to, że po zjedzeniu porcji właściwej, dostajemy dokładkę :). Ponieważ ja nadal czułem lekki niedosyt, przenieśliśmy się do knajpki przy najbardziej ruchliwej bazarowej ulicy, gdzie uraczyłem się właśnie tą drugą specjalnością, czyli pieczonymi na podłużnych grillach szaszłykami, zaserwowanych w bułeczce.

Resztę wieczoru spędzamy przechadzając się po uliczkach i zakamarkach dzielnicy. Co rusz natrafiamy na jakiś sympatyczny meczet, dom lub straganik. Te bardziej na uboczu wyglądają zdecydowanie bardziej „klimatycznie i lokalnie”. Ludzie jak zwykle spoglądają na nas z mieszanką zaciekawienia i zdziwienia :)

IMG_9879 (Medium) IMG_9853 (Medium) IMG_9854 (Medium)

 

IMG_9858 (Medium) IMG_9862 (Medium) IMG_9866 (Medium) IMG_9857 (Medium)

Tak naprawdę dopiero ok. 20:00 – 21:00 robi się naprawdę tłoczno i właśnie wtedy większość lokali jest zapełnionych. My na deser kupujemy sobie po kawałku arbuza na jednym ze straganików. Chyba jest sezon, bo arbuzów cała masa na każdym kroku.

Wracamy do hotelu ok 21:30 i chwilę jeszcze internetujemy. Czas do spania.

 

21 maja, czwartek
/Urumqi/

Dzisiaj mamy zamiar rozpocząć stopowanie. Jako że z Chińczykami trudno jest się porozumieć, a chcemy uniknąć nieporozumień w kwestiach finansowych (czyli jasno ustalić, że chcemy jechać za darmo) tworzymy tekst mówiący o co nam chodzi i prosimy ludzi na recepcji naszego hotelu o przetłumaczenie. Najpierw kiwają głowani „nie, nie, nie”, ale nie chodzi im o to, że nie chcą nam tego przetłumaczyć, ale o to, że nasz plan nie ma szans powodzenia. W końcu udaje nam się ich przekonać, że tak czy inaczej, chcemy spróbować i tekst zostaje przetłumaczony :-)

Ruszamy na jedną z głównych ulic miasta i zaczynamy łapać. Napisaliśmy sobie nawet kartkę z nazwą miasta Turfan, do którego chcieliśmy tego dnia dojechać. Kierowcy co prawda kukali na nas, ale rzadko kto się zatrzymywał. Jeśli już to po to, żeby nam przekazać, że nie jadą za miasto. W zatoczce, przy której łapiemy, pojawia się młody chłopak. Wnioskujemy, że czeka aż ktoś go stamtąd odbierze. Po kilku minutach podchodzi do nas z przetłumaczonym na telefonie zdaniem: „stąd bardzo mało samochodów jedzie na Turfan”. Ponieważ dość mocno grzało słonko, a my mieliśmy za sobą już niezły spacer, żeby dotrzeć w to miejsce z naszego hotelu, nie chciało nam się za bardzo przemieszczać gdzieś indziej. Tłumaczymy mu, że chcemy jeszcze chwilę poprobować. Łapiemy jeszcze kilkanaście minut. W międzyczasie zbiera się nieopodal nas grupka chińczyków w podeszłym wieku, zaciekawieni co my to robimy… Podjeżdża samochód po tego chłopaka, który z nami stał. I co się okazuje? Chłopak ten jedzie do Turfan i woła nas, żebyśmy wsiadali :-D A przed chwilą tłumaczył nam, że mamy marne szanse powodzenia… W samochodzie za kierownicą siedzi jakiś pan w wieku ok. 50 lat. Zmieniają się z chłopakiem miejscami, tak że teraz chłopak prowadzi i jedziemy. Podejrzewamy, że to tata.

Przejechanie 200 km przebiega sprawnie, po drodze zatrzymujemy się prawie przy każdym zjeździe ze sklepem i łazienkami, bo nasi dobroczyńcy muszą zapalić. Na bramkach z opłatami zostajemy zatrzymani przez policję. Policjanci zaglądali każdemu do samochodu, no i oczywiście gdy zobaczyli białych musieli zrobić dochodzenie skąd się wzięliśmy i gdzie zmierzamy. Panowie tłumaczą, że zabrali nas na stopa, pokazujemy też im naszą kartkę. Nie spotyka się to z wielkim entuzjazmem, ale ostatecznie nas puszczają i jedziemy dalej.

Na jednym ze zjazdów „pan tata” zagaduje do tirowców. Przypuszczamy, że chce nas przerzucić do tira (może wystraszył się trochę tej policji). Nic takiego jednak się nie dzieje i razem z nimi dojeżdżamy do pierwszego zjazdu do miasta Turfan. Razem z nami wysiada młody chłopak. Godzina ok. 21. Pyta gdzie idziemy, bo on idzie w kierunku centrum. My sami nie wiemy. Jesteśmy głodni, a w miejscu, w którym wysiedliśmy był potencjał, żeby coś zjeść. Zastanawiamy się też co z noclegiem… Ostatecznie postanawiamy zostać i coś najpierw przekąsić. Żegnamy się z chłopakiem i uderzamy w kierunku mini bazarku z mini lokantkami na otwartej przestrzeni.

2015-05-25

Do wyboru mamy wszelkiego rodzaju szaszłyczki z różnej maści paróweczkami i warzywkami, smażonymi na głębokim tłuszczu i maczanymi w sosie z oleju i przypraw (głównie chili). Zostajemy nawet poczęstowani takim szaszłyczkiem przez jedną z miłych pań. Szaszłyczki powiedzmy sobie szczerze były takie se, jako że kolor paróweczek był mocno różowy, z mięsem nie miały one prawdopodobnie nic wspólnego. Oprócz szaszłyczków do wyboru mamy kociołki z makaronem, warzywami i mięsem/jajkiem, różnego rodzaju podroby i coś, na co my się skusiliśmy, a mianowicie pierożki z mięsem i zieleninką w rosołowej zupie. Obsługiwali nas mili państwo. Pan zaganiał ludzi i dokładał do pieca, a pani przygotowywała posiłki i w międzyczasie lepiła pierożki. Ciekawe czy mieli wdrożony HACCP, czyli system zapewnienia bezpieczeństwa żywności, bez którego u nas żadna gastronomia nie może działać ;-)

Ciepły płaski chlebek na drogę i ruszamy szukać noclegu. Słońce zdążyło w międzyczasie zajść za horyzont, a razem z nim odszedł w zapomnienie nasz plan o rozbijaniu namiotu. Mieliśmy adres jakiegoś taniego hostelu, więc postanowiliśmy zmierzać w jego kierunku. Szliśmy tak ok. 45 min. Zaczęło się robić coraz później. Zapytaliśmy o drogę dwóch pań, uprawiających coś w stylu marszobiegu. Okazało się, że idą w naszą stronę, ale ostrzegały, że przed nami jeszcze kawał drogi… Ruszyliśmy za nimi, nadały nam niezłe tempo ;-P Ostatecznie dotarliśmy do miejsca, gdzie nasze drogi się rozchodziły i zapadła decyzja o wzięciu taksówki. Okazało się, że kosztowało nas to naprawdę nie wiele (ok. 4 zł), a zostaliśmy dowiezieni pod sam hostel do którego, sądząc po trasie taksówki, mieliśmy jeszcze daleką drogę. Hostel okazuje się bardzo przyjemnym miejscem. Oprócz fajnej scenerii i miłej obsługi jest też czysto i schludnie.

22 maja, piątek
/Turpan/

Wstajemy wyspani i w dobrych nastrojach na obadanie okolicy. Nasz hostel z rana wygląda jeszcze bardziej sympatycznie. Podwórko z przewieszonymi krzakami winogron, przez które prześwituje poranne słońce, kręcący się między stolikami golden retriver, zabytkowe mury i brama wejściowa do budynku. Możemy polecić Tap Hostel w Turfie. Wstępnie pakujemy nasze manatki i udajemy się w poszukiwaniu śniadania.

Jest bezchmurnie i zaczyna się robić bardzo bardzo gorąco. Turfa znajduje się w depresji, która maksymalnie sięga 150 m poniżej poziomu morza. Powoduje to specyficzny mikroklimat. Jest tu wilgotno, ale gorąco. To właśnie dzięki temu, specjalnością tego regionu są winogrona i powstające z nich rodzynki. W całym mieście spotykamy pełno straganów z wieloma rodzajami rodzynek.

Idąc za wskazówkami recepcjonistki z hostelu, trafiamy na główną ulicę, która ma nas zaprowadzić do Turfa Muzeum. Wcześniej jednak zbaczamy w jedną z przecznic i trafiamy na lokantę przygotowującą się właśnie na przybicie pierwszych obiadowych gości :). Jest 11:00, a my raczymy się miksem makaronu, warzyw i sosu. Wszystko to na zimno, mające formę takiej makaronowej sałatki. Ponieważ, jak wspomniałem, jest dosyć gorąco, taki posiłek wystarcza nam na kolejne 3-4 godziny.

Docieramy do Muzeum, w którym można było zobaczyć historię tego regionu, wiele starych przedmiotów sprzed kilku tysięcy lat oraz sporo zmuminifikowanych zwłok, odnalezionych w grobowcach na tym terenie( był to w bardzo dawnych czasach popularny w tych stronach rytuał). Były zwłoki dzieci, dorosłych w ciekawych strojach, zwierząt, a nawet szaman, przy którym znaleziono pewne ilości marichuany (można by przypuszczać, że to najstarszy odnaleziony na świecie dealer maryśki ;))

Drugą z atrakcji miasta jest sporych rozmiarów Emins Minaret z 1777 roku. Jest on zbudowany w stylu typowym dla regionów irańsko-afgańskim z piaskowego kamienia. Ponieważ nie można wspiąć się na sam minaret a bilet za 25 zł pozwala nam jedynie na podziwianie budowli z bardzo bliska, wielu turystów zadowala się zrobieniem kilku fotografii z odległości bramek wejściowych, co niewiele odbiega od płatnego widoku. Tak też robimy i my :)

Ah po drodze udaje nam się jeszcze zaliczyć świeżo pieczony, ujgurski chleb tak charakterystyczny dla całej prowincji Xinjang oraz owocujące właśnie drzewa morwy :)

Wracamy do hostelu ok 16:00 i postanawiamy jeszcze tego dnia przemieścić się o 100 km, w stronę buddyjskich jaskiń Bezeklik. Dziewczyny z hostelu twierdzą, że stopem będzie nam mega trudno, zwłaszcza o tej porze, ale my wierzymy w swoje siły. Z resztą już nie raz przekonaliśmy się, że prędzej czy później jakoś gdzieś się przedostajemy. Pakujemy zatem plecaki, w siadamy w autobus jadący w stronę głównej drogi i próbujemy coś złapać. Jest 18:00 więc do zmroku jeszcze 3 godziny.

Zatrzymuje się auto z 3 osobami. Pan kierowca znów okazuje się przewodnikiem i wie dokąd zmierzamy. Zamieniamy w aucie kilka zdań i bez problemy podrzucają nas do momentu kiedy droga odbija od głównej trasy. Tam wysiadamy, ponieważ ekipa z auta jedzie dalej prosto. Jest pustawo, piaszczyste góry, rzeczka, dziko i surowo. O ta nam chodziło :)

Ponieważ w stronę jaskiń z uwagi na porę, ruch raczej słaby, nie tracimy czasu i idziemy piechotą wzdłuż drogi. Wbija się ona w górską dolinę wijąc sie wzdłuż piaskowych zboczy. Po godzinie udaje nam się zatrzymać furgonetkę z dwoma panami którzy podrzucają nas 5 km, pod same jaskinie. Chcemy znaleźć jakieś sympatyczne miejsce na namiot nad rzeczką. Jak tylko zbliżamy się do ogrodzenia wyznaczającego teren jaskiń (chcieliśmy zejść tamtędy do rzeki) w naszą stronę wyrusza biegiem dwóch panów ochroniarzy, wymachując rękami i coś krzycząc…
Panowie próbują nam wytłumaczyć, że jaskinie zamknięte, żebyśmy wrócili rano i że nie wolno nam się tu rozbijać namiotem. To znaczy, nie chcieliśmy się rozbić na „ich terenie” tylko obok. Ale chyba podejrzewali, że będziemy chcieli w nocy nielegalnie wejść do jaskiń i profilaktycznie postanowili nas wygonić. Ponieważ komunikacja z nimi nie była możliwa (my swoje a oni swoje) postanawiamy nie stresować ich więcej i odchodzimy kilkaset metrów schodząc nieco w dół.

I tak ukryci na skraju kanionu, rozbijamy namiot z widokiem na rozgwieżdżone niebo i księżyc.

IMG_9923 (Medium) IMG_9914 (Medium) IMG_9912 (Medium) IMG_9893 (Medium) IMG_9926 (Medium)

IMG_9930 (Medium) IMG_9943 (Medium)

23 maja, sobota
/Bezeklik/

Rankiem sprawnie składamy nasz domek. Nie chcemy psuć widoku pojawiającym się tam turystom. Idziemy kawałek główną drogą, podziwiając jeszcze raz piękne widoki na otaczające nas góry, a przy okazji próbujemy łapać każdy przejeżdżający obok nas samochód. Do skrzyżowania z drogą szybkiego ruchu zabiera nas pan jadący furgonetką. Tzn. Zabiera nas trochę dalej (niestety w kierunku Turfan), bo gdy chcemy wysiadać, pan akurat odbiera telefon i nie ma go jak o tym poinformować ;-)

Kolejny autostop to młody chłopak. Zabiera nas do pierwszej z miejscowości którą mijamy po drodze, gdzie zamierzamy zjeść śniadanie, a dopiero potem ruszyć na Hami. Trafiamy do lokanty, której można by dużo zarzucić pod względem czystości. W kuchni jednak sporo się działo, więc zaryzykowaliśmy. Zamówiliśmy ponownie lamian. Nie można go było porównać do tego w Urumqi, ale musiał nas w tej chwili zadowolić.

Wychodzimy na drogę w kierunku autostrady. Przejeżdżający obok nas taksówkarze nie potrafią zrozumieć, że nie potrzebujemy podwózki i uparcie na nas trąbią. W oczach mają dolary. Nie z nami te numery ;-) Stajemy w cieniu jakiegoś murku i próbujemy łapać. Upał nie do zniesienia. Jesteśmy w końcu na pustyni… Zatrzymuje się dla nas kilka aut, ale nikt nie jedzie gdzieś dalej. Z pomocą przychodzi nam nauczycielka angielskiego i dwóch policjantów (nie na służbie). Oczywiście pierwsze co to chcą nas zabrać na dworzec autobusowy. My wzbraniamy się oczywiście, tłumacząc, że podróżujemy głównie autostopem i chcemy jeszcze popróbować. Oni uparcie tłumaczą nam, że nie mamy szans na złapanie kogoś kto jedzie do Hami, że tutaj mieszka dużo Ujgurów, a oni nie znają chińskiego i nie potrafią przeczytać naszej kartki (faktycznie, gdy dawaliśmy ludziom naszą kartkę, często nie czytali jej tylko odrazu nam ją oddawali lub gdy jechało z nimi dziecko, to dziecko ją czytało – zapewne uczyło się chińskiego w szkole). Hmm… Ostatecznie policjanci i pani nauczycielka wymyślili, że oni złapią nam stopa do kolejnej miejscowości, z której jak twierdzili będzie nam łatwiej coś złapać i tak też się stało. Jeden z panów policjantów zatrzymał taksówkę, wiozącą dwóch innych pasażerów i rozkazał kierowcy zabrać nas za darmo do… , czyli ok. 20 km dalej.

Kazaliśmy się wysadzić zaraz za zjazdem z autostrady i łapaliśmy dalej. W międzyczasie podreptaliśmy do pobliskiej stacji benzynowej po wodę, bo jak już wcześniej wspominałam, żar lał się z nieba.

Ostatecznie łapaliśmy już na samym wlocie na autostradę, zaraz przed znakiem zakaz ruchu pieszych. Ruch był prawie żaden, ale w końcu udało nam się złapać pana jadącego prosto do Hami. Z panem też przechodzimy kontrolę policji, ale bez większych problemów, dostajemy pozwolenie na dalszą jazdę. Pan mówi nawet co nieco po angielsku, trochę po rosyjsku. Jedzie do Hami pozałatwiać jakieś sprawy biznesowe. Proponuje nam nawet wspólną kolację. Sprawy się jednak komplikują, gdy przy wjeździe co miasta spotykamy się z kolejną kontrolą policji. Tym razem widzimy, jak przeszukują ludziom bagażniki, a nawet schowki przy siedzeniu pasażera. Gdy przychodzi kolej na nas, panowie policjanci nie mogą się nadziwić, że widzą turystów, każą nam wysiąść z samochodu, pokazać paszporty, usiąść w ich namiociku i czekać. W mięczyczasie nasz pan kierowca odjeżdża, a razem z nim zaproszenie na kolację. Policjanci nie mówią ani trochę po angielsku, widać że sami nie wiedzą co z nami zrobić. Nie mogą uwierzyć, że przyjechaliśmy autostopem, a nie autobusem. Ostatecznie wzywają jakiegoś komendanta, który też nie wie co począć. Patrzą w nasze paszporty i myślą…

Po kilkunastu minutach pada propozycja, że ulokują nas w jakimś hotelu. Wsiadamy w policyjną furę i jedziemy. Oczywiście jak turysta, to pewnie ma kasę. A biały to już z pewnością nią s.. . Wybrali dla nas chyba najdroższy hotel w mieście. Z tym że załatwili nam naprawdę niezłą zniżkę, bo z 600 juanów, mieliśmy zapłacić tylko 150. Dla nas to i tak jednak sporo. Pani recepcjonistka mówiła po angielsku, więc wytłumaczyliśmy jej o co nam chodzi. Ostatecznie ona się nami zajęła, a panowie policjanci wrócili do swoich obowiązków. Poprosiliśmy ją o wskazanie tańszego hotelu. Wynalazła coś niedaleko nas i nawet tam z nami poszła. Okazało się jednak, że ten tańszy hotel nie posiadał pozwolenia na przyjmowanie zagranicznych turystów. Zmęczeni sytuacją, podróżą i upałem postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstw czterogwiazdkowego hotelu „na wypasie” i wróciliśmy tam, gdzie zawieźli nas panowie policjanci.

Wieczorem wybraliśmy się na coś do jedzenia. Nieopodal naszego hotelu było kilka restauracyjek ze stolikami na zewnątrz. Przy jednym z takich stoliczków siedziało kilkunastu zrobionych już trochę chińczyków, wydających dziwne okrzyki na nasz widok. Postanowiliśmy się udać w bardziej odosobnione miejsce. Zupka z długaśnym makaronem (ciągle ciężko się nam wyznać w chińskim menu, oni tu tych znaczków mają ponad 3000 tysiące i nawet jak piszemy nazwy miejscowości na kartkach, gdy łapiemy stopa, to później ciężko spotkać gdzie indziej taki sam znaczek).

Dojadamy świeżym, cieplutkim chlebkiem i wracamy do naszego hotelu.

24 maja, niedziela
/Hami/

Rankiem załapujemy się na śniadanie w hotelu. Do wyboru mamy różnego rodzaju miksy a’la sałatkowe z kiełkami, grzybami, strączkami, różnymi warzywami, trawą morską, a ponadto ryż zapiekany z jajkiem, jajecznicę z pomidorami, chowmein, prażone orzeszki ziemne, jajka sadzone, jajka gotowane, kleik z kaszy jaglanej lub ryżu, bułeczki półfrancuskie… Wybór spory, aczkolwiek nie było kawy ;-)

Po śniadaniu pakujemy manatki i w drogę. Najpierw autobusem miejskim, teoretycznie w stronę autostrady. Kierowca twierdził, że wysadzi nas tak, żebyśmy mieli blisko, ostatecznie wylądowaliśmy tylko na innym osiedlu. Próbowaliśmy dowiedzieć się, czy nie jeździ stamtąd jakiś autobus na lotnisko (z mapy wynikało, że w pobliżu jest wjazd na autostradę), ale ludzie twierdzili, że nie ma. Oczywiście każdy kierował nas na bus station.

Jako, że zrobiło się wokoło nas zamieszanie i wszyscy chcieli nam pomóc, postanowiliśmy się oddalić… Trafiliśmy do sklepu sportowego, bo a nuż coś dla siebie znajdziemy (powoli kończą nam się ciuchy). Sklep prowadzony był przez przesympatycznych ludzi, buddystów. Pan odprawiał akurat ceremoniał picia herbatki i zaprosił nas do stołu (stół i krzesła stały normalnie w sklepie). Piliśmy z nim herbatkę, za każdym razem wznosząc toast. Pan miał taką specjalną drewnianą tacę, na której ustawiał małe szklane kubeczko-miseczki, nalewał świeżo zaparzoną herbatę i siup do buzi. Pomimo tego, że państwo (wraz z ich nastoletnim synem) nie mówili po angielsku, komunikacja przebiegała bezproblemowo. Gdy dowiedzieli się, że jesteśmy świeżo po ślubie, podarowali nam w prezencie dwie butle gazowe. Na odchodne dostaliśmy też całą siatkę chińskich suchych jabłuszek z pestką w środku. Podobno dają dużo siły.

2015-05-27

Siedziało się z nimi naprawdę sympatycznie, ale zrobiło się późno i musieliśmy uciekać. Z pobliskiego przystanku autobusowego zabrał nas na wylot na autostradę młody chłopak, który jak się okazało, nie jechał w tamtym kierunku, ale zgodził się nas podwieźć za darmo.

Na wylocie spędziliśmy może ok. godziny… Ruch był bardzo mały, a samochody albo załadowane, albo niechętne do zabrania dwóch obcokrajowców. Ostatecznie zaczynamy tłumaczyć ludziom, że chcemy tylko na pobliską stację. Zabiera nas dwóch panów. Słońce powoli zaczyna zachodzić, a my w sumie przejechaliśmy może 20 km… Łapiemy jeszcze chwilę na tej stacji. Z pomocą przychodzi nam dziewczyna tam pracująca. Jest bardzo bezpośrednia, zarówno wobec nas, jak i w stosunku do kierowców. Ostatecznie prawie na chama wsadza nas do tira :-) I tym sposobem, przemieszczamy się tego dnia jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do następnego zjazdu, czyli jak oni tu na to mówią „service area” (oprócz stacji benzynowej na takim zjeździe jest też zawsze restauracja, supermarket, łazienki, a i samochód można podreperować).

Rozbijamy się za jakimś małym domkiem, był to chyba punkcik wymiany opon. Nikt nas tam nie widzi, a i ochronę przed wiatrem i piachem mamy zapewnioną. Pompujemy matki, rozkładamy się wygodnie i oglądamy serial :-) Nagle ktoś do nas podchodzi z latarką, ale szybko ucieka, gdy widzi Łukasza bez koszulki. Wydobywa z siebie tylko coś w stylo „o…o…oł…” i oddala się od naszego namiotu. Teraz wiemy, że możemy spać spokojnie, gdyż mamy ochronę :-)

25 maja, poniedziałek
/w drodze/

Wstajemy wyspani i gotowi do drogi. Z rana znów w okolicy namiotu kręcą się jacyś zaciekawieni kierowcy. Zwijamy nasz mały domek dosyć sprawnie i kierujemy kroki do jednej z umiejscowionych przy stacji lokant. Jak zwykle w takich momentach wybieramy tą, w której siedzi najwięcej klientów. To zazwyczaj dobry wyznacznik jakości. Ponieważ po angielsku nikt nie mówi, a całe menu w „krzaczki”, posiłkujemy się aplikacją na telefonie i tłumaczymy kilka opisów dań. Pada na zestaw smażonego tofu w sosie z czosnkiem i jakimiś warzywkami, zielone przypominające fasolkę szparagową z cebulką warzywko, również w sosie oraz dwie porcje ryżu.

W lokalu jesteśmy my, obsługa i ok. 10 kierowców tirów. Oczywiście wszyscy bacznie obserwują każdy nasz ruch ;)
Jest 10:30, my jemy śniadanie, dla nich zbliża się pora obiadowa. Wszystko było bardzo smaczne i dało nam wystarczającą ilość energii na resztę dnia.

Do pokonania mamy ponad 650 km. Stajemy na wyjeździe ze stacji i zaczynamy stopowanie. Raz-dwa łapiemy panów tirowców, którzy pomimo ” podwójnej obsady” zabierają nas do siebie. Jedziemy z nimi blisko 300 km, po drodze próbując się skomunikować na temat tego, kto my jesteśmy i co my właściwie tu robimy :) Panowie częstują nas jakimiś orzeszkami i nie omieszkują zrobić sobie z nami wspólnego zdjęcia (które oczywiście zaraz ląduje w internecie).

Po drodze rezygnujemy z pierwotnego planu udania się do Danhuang gdzie znajdują się groty z buddyjskimi rzeźbami i ruszamy prosto na Jiayouguan gdzie zamierzaliśmy zobaczyć Wielki Mur (przynajmniej jego fragment – zdecydowanie mniej oblegany niż ten w Pekinie).

Następuje jednak pewien błąd w komunikacji. Nasi kierowcy chyba byli święcie przekonani, że odbijamy na południe. My natomiast interpretujemy ich słowa tak, że to oni zjeżdżają i nie jest nam dalej „po drodze”. Tak czy siak, wysadzają nas na rozjeździe, po czym odjeżdżają dokładnie tak, jak chcieliśmy dalej jechać… Trochę to była śmieszna sytuacja :) Próbowaliśmy do nich machać, ale bez skutku.

No nic. Takie sytuacje nie są nam straszne więc parę kroków do przoduj i po raz kolejny wystawiamy dłonie przed siebie.

Kolejny tir i kolejny zestaw dwóch wielce nami zainteresowanych panów kierowców. Po raz kolejny w ruch idą różnego rodzaju przekąski oraz aparaty fotograficzne. Panowie bardzo sympatyczni i opiekują się nami należycie. A co ważne, jadą co najmniej do Jiayouguan, czyli znów uda się dojechać do założonego celu :) Staramy się jak najwięcej opowiedzieć o sobie. Na tyle ile jesteśmy w stanie wytłumaczyć za pomocą prostych zwrotów, gestów i słownika w komórce. Obowiązkowe selfie, żeby można było dać znać kolegom tirowcom, że mamy tu takich białasów z Europy ;)

Trzeba jeszcze dodać, że tiry w chinach są zdecydowanie dłuższe i cięższe od tego, co jeździ u nas po drogach 40 ton to tutaj standard.

Około 18:00 zbliżamy się do naszego celu, czyli Jiayouguan. Jako że o tej porze zwiedzanie raczej nie wchodzi w grę, a i zanim znaleźlibyśmy jakiś nocleg minęłoby pewnie trochę czasu, postanawiamy zostać na noc na stacji 20 km za miastem i dopiero rano wrócić do centrum i rozpocząć zwiedzanie.

Wysiadamy zatem na wyżej wymienionej stacji i rozglądamy się wstępnie. Najpierw jednak postanawiamy coś zjeść, bo przez cały dzień lecimy tylko na porannym posiłku i orzeszkach od panów kierowców.

Kupujemy chińskie zupki w chińskim sklepie na chińskiej stacji benzynowej i zalewając gorącą wodą z chińskiego podgrzewacza, zajadamy je korzystając z pałeczek…też chińskich ;). Cała obsługa stacji bardzo się nami interesuje. Próbują się nas pytać: skąd jesteśmy, dokąd zmierzamy, gdzie już byliśmy w chinach itd. Jak tylko usłyszeli o naszych planach związanych ze spaniem w namiocie, rezolutny starsze pan, sprawiający wrażenie głównego „wodza” ekipy wziął nas za rękę i zaprowadził do głównego holu „mini hotelu” dla kierowców i innych podróżnych, który znajdował się obok. „Tu możecie rozłożyć namiot” wydawał się mówić, i wskazywać wykafelkowany kawałek podłogi zaraz obok skórzanych sof. Nam ta opcja pasuje :) Jest ciepło, prosto, łazienki pod nosem a jakby zaczęło kropić, to nie ma problemu ze składaniem mokrego namiotu ;)

Helenka poszła jeszcze zakupić pastę do zębów, bo akurat nam się skończyła. Już wychodziła ze sklepu, kiedy „przydybał” ją nasz pan gospodarz. Jak tylko dowiedział się od ekspedientki, jaki był cel Helenkowej wizyty, kazał jej przyjąć pastę z powrotem i oddać pieniądze, a inną z pań obsługujących wysłał na górę do biura. Po 3 minutach przyniosła nam całe pudełko paty truskawkowo-miętowej jak prezent dla strudzonych podróżników :) Kładziemy się spać, choć co rusz słyszymy odgłosy zdziwienia i komentarzy, osób pojawiających się w hotelu. Taka atrakcja im się trafiła ;) ok. 22:00 robi się już cicho i spokojnie.

26 maja, wtorek
/Jiouguan/

Wstajemy budzeni przez odgłosy pań z obsługi, które rozpoczęły już poranne porządki. Ludzie również zaczynają bardziej intensywnie przemykać przez hol. Generalnie kto rano wstaje… więc zaczynamy się zwijać. Korzystamy z wrzątku, który na chińskich stacjach jest dostępny za darmo 24 h/dobę, robiąc sobie poranną herbatę. Zasiadamy na skórzanych sofach i zajadamy jakieś bakalie, żeby nie ruszać zupełnie na głodnego.

Teraz trzeba wrócić się jakieś 20-30 km autostradą, aby dotrzeć do bramek wjazdowych do centrum Jiouguan. Kolejnym ułatwieniem jest tu fakt, że stacje w Chinach zazwyczaj występują parami, po obu stronach drogi. Łączy je zazwyczaj tunel pod jezdnią, którym są w stanie przejść piesi a czasem i samochody osobowe. Przemykamy więc na drugą stronę, stajemy przy wylocie i zaczynamy machanie. Nie mija zbyt dużo czasu, kiedy zabiera nas kolejne auto ciężarowe i wysadza przed samymi bramkami. Panowie nie wjeżdżają do miasta, tylko mkną dalej autostradą. Kilkaset metrów na nogach i już jesteśmy w obrębie miasta.

Czas poszukać właściwego śniadania/wczesnego obiadu ;) Przecież na głodnego zwiedzanie to słaba przyjemność. Idziemy w kierunku, który na znakach wskazywał fragment Wielkiego Muru. Miasto wydaje się dosyć nowoczesne. Typowe dla Chin wysokie budynki, dobrze utrzymane i zagospodarowane pobocza, same nowe auta na ulicy.

Po kilku minutach marszu dochodzimy do czegoś w rodzaju hali sportowej, wokół której rozstawionych jest kilkadziesiąt straganów z wyrobami z kamienia. Od pierścionków, przez bransoletki i naszyjniki po wielkie posągi. Wszystko to w kolorach od zielonego przez ceglasty, kremowy, a nawet czarny. Zwłaszcza dla buddystów, których w Chinach jest sporo takie kamienie to przedmioty o dużym znaczeniu religijno- zdrowotnym.

My jedynie przez te stragany przemykamy, zresztą na poszukiwanie pamiątek jeszcze może przyjdzie pora. Za straganami dostrzegamy sporych rozmiarów restaurację, która specjalizuje się w Hot Pot. Jako że wydawała się ona jedynym lokalem w okolicy serwującym jedzenie, a my byliśmy już dosyć głodni, decydujemy się zostać. Ceny nie były najniższe, ale doszliśmy do wniosku, że oszczędzając na transporcie i noclegu, możemy sobie pozwolić na odrobinę jedzeniowego szaleństwa.

Hot Pot to forma posiłku, w której zamawiany jest gotujący się wywar (w różnych smakach i wariacjach) oraz szereg surowych dodatków, które w tym wywarze podgotowujemy na bieżąco i zajadamy. Ponieważ była to restauracja klasy wyższej, całość była dosyć ciekawym przeżyciem i swego rodzaju ceremonią…

Na początku musieliśmy przeskoczyć problem komunikacyjny, bo ani Panie nie mówiły po angielsku, ani z karty dań nie mogliśmy zbyt wiele wywnioskować. Na szczęście determinacja pani kelnerki, nasza aplikacja w telefonie oraz sugestie pozostałych kelnerek, pozwoliły nam na podjęcie decyzji. Zamówiliśmy „Nursing Pot” czyli rosołek z warzywami a do tego na osobnych talerzykach: paseczki tofu, brokuły, korzeń lotosu, sałatę i dwie miseczki ryżu. Do naszego stolika została oddelegowana jedna z pań, aby
Się nami zaopiekować i zadbać, aby nam nic nie brakowało.

Na początek na stole wylądowała zielona herbata, która była systematycznie dolewana. Panie przyniosła nasz kociołek i umieściła go na specjalnym podgrzewaczu naftowym (aby rosołek cały czas lekko bulgotał). Następnie wrzuciła do niego pierwszą partię „smakołyków”. Dostaliśmy też po miseczce ryżu i zmiksowanym specjalnie dla nas sosie na bazie sosu sojowego, chili, czosnku, pokruszonych orzeszków, zieleniki i kilku innych przypraw (bardzo pyszny). Po kilku minutach gotowania można było zacząć wyławianie i zajadanie, a pani systematycznie dokładała nam kolejne kawałki…
Do osobnych miseczek dostaliśmy też trochę odcedzonego wywaru, który smakował wyśmienicie… Całość kosztowała ok. 40 zł i trwała ok. 1 godziny, ale było warto.

Po takim posiłku, aż chce się ruszyć dalej. Wsiadamy w Autobus nr 4 jadący do Fortu Jiouguan, który stanowi centralną atrakcję miasta. Połączony z fragmentem Wielkiego Muru fort, zbudowany jest na planie kwadratu. Wewnątrz znajdują się zabudowania i warownie a dookoła sporo zielonego terenu. Charakterystyczna architektura chińska z wielopoziomowymi budynkami, dachami krytymi dachówką z lekko „podwiniętymi” rogami. Wszystko to naprawdę malowniczo wyglądało, zwłaszcza na tle pobliskich wzgórz. My jednak jesteśmy tam z innego powodu, zwłaszcza że bilet wstępu to blisko 25 zł od osoby. Naszym celem było wejście na fragment Wielkiego Muru, który jest tutaj udostępniany dla zwiedzających, a zdecydowanie mniej oblegany od tego w okolicach Pekinu. Po dotarciu do Fortu pytamy zatem o to, jak dotrzeć do „właściwej atrakcji”. Pani kieruje nas do miejsca zwanego „Pierwsza warownia Wielkiego Muru”. Miejsce to oddalone jest o blisko 7 km od Fortu i pada sugestia taksówki (jako że autobusy tam nie jeżdżą) za jedyne 90 zł. My jednak rezygnujemy z tego ułatwienia i idziemy stopować :)

Wracamy się do głównej drogi ok. 1 km i po 20 minutach stania, udaje nam się zatrzymać samochód. Kierowca okazuje się chińskim przewodnikiem i wiezie nas pod samą bramę wejściową. Nie mamy zbyt dużo czasu, bo była już 17:00 a zamykali ok. 18:30. Udaje nam się zakupić bilety studenckie. W oddali widać fragmenty muru i ruiny jakiejś budowli. Musimy podjeść ok. 2 km co z plecakami nie było takie łatwe. Niestety po dotarciu na miejsce doznajemy lekkiego rozczarowania. Sam fragment ma ok kilometra, ale wysoki jest może na 3 metry i zdecydowanie nie można na niego wejść (w większości był mocno nadszarpnięty). Ruiny również nie prezentowały się jakoś okazale. Sytuacji nie ratowała nawet sympatyczna dolinka z „tradycyjną wioską” zbudowaną na potrzeby turystów. Kręcimy się chwile i robimy kilka pamiątkowych zdjęć. W końcu bądź co bądź jest to jeden z pierwszych fragmentów Wielkiego Muru od strony zachodniej. Niemniej jednak wydaje nam się, że w okolicy znajduje się jeszcze jeden, bardziej okazały fragment.

Zbliża się godzina zamknięcia więc czas się ewakuować. Postanawiamy przemieścić się bliżej fortu i znaleźć tam miejsce na nocleg. Po wyjściu za bramę na parkingu zastajemy jedynie jeden autokar i dwa samochody osobowe. Złapanie stopa powrotnego będzie trudne… Idziemy chwilę na nogach. Mija nas autokar, machamy, nic. Mija pierwszy samochód, nic. Mija drugi – to samo. No to klops. Jesteśmy dobre 6 km od cywilizacji, robi się ciemnawo, a my nie mamy zbyt dużych zapasów jedzeniowych. Liczyliśmy jednak, że panuje tu większy ruch. Po chwili mija nas kolejne auto, tym razem w przeciwnym kierunku, ale ku naszej uciesze po 5 min wraca. Tym razem sukces. Pan zatrzymuje się i podrzuca nas w okolice fortu. Zbliża się zachód słońca, więc postanawiamy wdrapać się na wzgórze nieopodal fortu i podziwiać tenże w blasku ostatnich promieni. To będzie też dobre miejsce na nocleg. Najpierw jednak trzeba coś zjeść. Łapiemy autobus jadący do centrum i postanawiamy podjechać kilka przystanków, aby znaleźć coś do jedzenia. Była 19:00 a komunikacja działała tylko do 20:30. Nie mieliśmy już siły na stopowanie. Poza tym bilet to tylko 60 groszy…

Po 4 przystankach wysiadamy i trafiamy do sympatycznej lokanty serwującej zupy i makarony ręcznie robione (podobnie jak do lamian). Pani właścicielka bardzo się przejęła naszą wizytą i stara się nam doradzić. My korzystamy ze sprawdzonej strategii „to, co ten pan/pani” i zamawiamy dwie duże michy pysznej zupy z makaronem warzywami i mięskiem. Jedzenie takiej potrawy pałeczkami wymaga wprawy, ale nam idzie już dosyć sprawnie. Trzeba tylko przyzwyczaić się do siorbania ;) Koszt jednej takie zupy, którą najadamy się do syta to ok. 4,5 zł. Chyba wrócimy tu na śniadanie.

Jedzenie tak nam smakowało, że pochłonięcie zupy zajmuje nam jedynie 20 min, więc mamy jeszcze czas na drobne zakupy owocowe. Oczywiście po raz kolejny wzbudzamy wielkie zainteresowanie lokalsów i wszyscy nam się przyglądają. Taka im się trafiła atrakcja ;)

Wracamy autobusem w okolice wcześniej „obadanej” górki i raz-dwa rozbijamy nasz mały domek. Jest już 21:00 i zrobiło się ciemno, więc po krótkim „wieczorze filmowym” na naszym telefonie komórkowym kładziemy się do spania. Postanawiamy następnego dnia poszukać tego właściwego Wielkiego Muru.

IMG_9952 (Medium) IMG_9978 (Medium) IMG_9985 (Medium) IMG_9996 (Medium) IMG_9944 (Medium) IMG_9948 (Medium) IMG_9949 (Medium)

27 maja, środa
/Jiouguan/

Poranek z widokiem na Fort Jiouguan i pobliskie wzgórza. Jest trochę pochmurno, ale są spore szanse na wypogodzenie. Helenka serwuje nam na pierwsze śniadanie owocowy miks z jogurtem. Gramolimy się jeszcze chwile i pakujemy manatki.

Plan zakładał dotarcie do biura informacyjnego przy Forcie i dopytanie gdzie dokładnie znajduje się drugi fragment Muru. Sytuacja jednak potoczyła się nieco inaczej. Po dojściu do skrzyżowania widzimy już drogowskaz na kolejny, ten właściwy fragment. 14 km do celu.

W tym momencie woła do nas jakiś Pan. Widząc nas zmierzających w stronę fortu, pewnie pomyślał, że tam właśnie zmierzamy, a to 1,5 km piechotą. My jednak planowaliśmy przemieścić się aż 12 km dalej… Sytuacja była dosyć śmieszna, bo Pan zaprasza nas do auta i ruszamy. Po drodze okazuje się, że my jednak nieco dalej niż tylko do Fortu. Pokazujemy nawet mini ulotkę ze zdjęciem Wielkiego Muru. Pan coś tam mamrota pod nosem, ale jedzie dalej…. I tak zawozi nas do celu, czyli pod wejście na właściwą atrakcję, której tak szukaliśmy. Chyba nieco wbrew sobie ;) Oto stoimy przed Wielkim Murem, który wspina się po pobliskim wzgórzu. Wygląda zdecydowanie bardziej okazale, niż to, co widzieliśmy dzień wcześniej. Po raz kolejny korzystamy z kart Planeta Młodych i kupujemy bilety studenckie po 20 yuanów od osoby, zostawiając przy okazji u pań w kasie nasze plecaki.

Najpierw wdrapujemy się na kilkusetmetrowy płaski kawałek Muru, aby dostać się po bardzo stromych schodach w kierunku baszty na jednym ze wzgórz. Pogoda faktycznie nieco się poprawia, a widok ciągnącego się muru daje wyobrażenie tego, jak to dawniej wyglądało. Warto było tu przyjechać. Spacerując, spędzamy tu jeszcze ok. godziny, odwiedzając również pobliską pagodę, czyli coś w rodzaju wysokiej kilkupiętrowej świątyni. Możemy polecić to miejsce. Czas jednak ruszać dalej do Zangye. Najpierw jednak posiłek regeneracyjny, tak aby móc resztę dnia poświęcić na „działania terenowe” ;). Po raz kolejny unikamy propozycji taksówkowej do centrum i próbujemy skorzystać z autostopu. Udaje się i tym razem, a zatrzymują się dwie panie – jedna z nich właśnie przyjechał z Pekinu. Zamieniamy kilka zdań, gdyż dziewczyna całkiem nieźle radzi sobie po angielsku. Stwierdzamy, że jako punkt docelowy wskażemy znów Fort, z którego będzie nam łatwo dostać się dalej. Korzystając ze sprawdzonych rozwiązań, bierzemy autobus do lokanty z dnia poprzedniego.

IMG_0040 (Medium) IMG_0045 (Medium) IMG_0048 (Medium) IMG_0012 (Medium) IMG_0014 (Medium) IMG_0017 (Medium) IMG_0033 (Medium) IMG_0037 (Medium)

Pani właścicielka bardzo się ucieszyła, gdy zobaczyła nas po raz kolejny w progu. Znów zamówiliśmy zupę i znów była przepyszna. Do tego na pół, makaron z sosem mięsno-warzywnym i jesteśmy pełni. Pani, jak i poprzednio była bardzo przejęta odwiedzinami zagranicznych turystów i cały czas kukała, czy czegoś nam nie brakuje.

IMG_0064 (Medium) IMG_0071 (Medium) IMG_0061 (Medium)

Najedzeni, z zaliczonymi wszystkimi najważniejszymi atrakcjami możemy ruszać dalej. Aby wydostać się z miasta, kierujemy się na bramki wjazdowe na autostradę, w miejscu, w którym rozpoczynaliśmy zwiedzanie Jiouguan. Obsługa bramek nieco zdziwiona naszym przybyciem, ale po wytłumaczeniu im naszego planu i pokazaniu kartki z chińskim tekstem, bardzo chcą nam pomóc.

Pozwalają nam stanąć zaraz za szlabanami i informują niektórych kierowców, co my tu robimy. Okazuje się nawet, że nie jesteśmy jedynymi, którzy łapią tu „okazje”. Niedaleko nas kręci się jeszcze jedna dziewczyna, która najwidoczniej też chce gdzieś się przemieścić. Po ok. godzinie wsiada najpierw ona, a potem ten sam samochód zatrzymuje się obok nas. Wsiadamy my, ale gdy robi się ciasnawo z powodu naszych plecaków, ona postanawia wysiąść, co spotyka się z protestem właścicieli auta i udaje się wcisnąć nasze plecaki do bagażnika. Tak więc całą piątką docieramy do Zangye :)

Po drodze udaje nam się namierzyć dosyć tani hostel w samym centrum, a państwo (co ciekawe tym razem kierowcą była Pani, a Pan pilotem i zagadywaczem). Sprawnie docieramy do noclegu, który okazuje się ukrytym nieco budynkiem na tyłach dużego biurowca.

Hostel prowadziło kilka osób, w zależności od pory, w jakiej się tam pojawialiśmy. Po południu był to pan około czterdziestki, który był bardzo sympatyczny i pomimo bariery językowej, starał się nas zagadywać jak mógł. W innych porach dnia spotykaliśmy też dwie panie, a wszyscy oni urzędowali w przeszklonym pokoiku, zaraz na wejściu do hostelu.

Dostaliśmy bardzo duży pokój z wszystkimi potrzebnymi gadżetami (nawet wrzątek w dużym termosie) za jedyne 80 yuanów. Po całym dniu jazdy i innych atrakcji, byliśmy lekko zmęczeni. Dodatkowo zaczęło lekko kropić, wiec postanawiamy zostać już w hostelu a braki energetyczne uzupełnić orzeszkami i rodzynkami :)

28 maja, czwartek
/Zangye/

Głównym celem, dla którego przyjechaliśmy do Zangye, poza samym miastem, była wyprawa do parku krajobrazowego Danxia zwanego potocznie „Górami Tęczowymi”. Nie jest to przesadzona nazwa, ale o tym później. Niemiej jednak aby w pełni cieszyć się wyprawą w tamto miejsce, potrzebna jest dobra, słoneczna pogoda. Dzisiejszy dzień do takich nie należał, więc zostajemy w mieście na jeszcze jeden dzień.

Po porządnym wyspaniu się i porannej kawie, kierujemy nasze kroki w poszukiwaniu śniadanio-obiadu. Już przyzwyczailiśmy się do tego, że opcji strict śniadaniowych jest tu niewiele (przynajmniej takich, z których bylibyśmy zadowoleni), a przynajmniej nie musimy potem zaliczać obiadu.

Prowadzeni przeczuciem i wskazówkami jednego ze sprzedawców biżuterii, odchodzimy kilkaset metrów wzdłuż jednej z uliczek i trafiamy do dosyć obleganej kanapki serwującej tzw. „kociołki”.

Dzięki aplikacji w telefonie i wsparciu pań zamawianie znów idzie sprawnie, choć klienci dookoła mają trochę rozrywki obserwując, jak dopytujemy o poszczególne opcje. Za 13 yuanów, czyli ok. 8 zł, każde z nas dostaje sporych rozmiarów kociołek, z jeszcze bulgoczącą zupą, a w niej: makaron, tofu, warzywa, jajko przepiórcze, grzybki i coś tam jeszcze. Pyszne, niedrogie i jest tego sporo.

Po takim posiłku jesteśmy gotowi do eksploracji miasta :) Na pierwszy rzut idzie główny plac miasta ze wznoszącą się na kilkadziesiąt metrów pagodą. Klasyczny przykład chińskiej architektury. Obchodzimy ją dookoła, robiąc kilka zdjęć, jednak do środka nie wchodzimy.

Po przejściu przez główny plac miasta docieramy do niewielkiej uliczki wypełnionej sklepikami z biżuterią, starociami i pamiątkami. Zaglądamy do kilku. Naprawdę przepiękne mają tam przedmioty i w żaden sposób nie przystają one do stereotypu „chińskiego badziewia”. Od zestawów do parzenia herbaty, przez stare monety i bibeloty po buddyjskie naszyjniki. Jest w czym wybierać, choć ceny kosmiczne. Niektóre z bransoletek składających się z 10 kamiennych kulek to koszt ponad 5000 zł.

Kilkaset metrów dalej znajduje się kolejny plac z fontanną, ciągnącym się wzdłuż krużgankiem i bardzo ładną, sporych rozmiarów „Świątynią śpiącego Buddhy”. Wchodzimy do środka. Jest to kompleks mniejszych i większych świątyń oraz budynków pełniących funkcję muzealną. Większość z nich jest drewniana z pięknie zdobionymi ścianami. Centralny punkt stanowi świątynia, w której znajduje się największy na świecie, drewniany posąg śpiącego Buddhy. Spędzamy tam ok. 2 godzin spacerując wśród urokliwych budyneczków i podziwiając dzieła stworzone w dawnych Chinach. Znajdowało się tam wiele starych ksiąg, rzeźbionych tablic, posągów Buddhy i malowideł. Zdecydowanie warte odwiedzenia, jeśli kiedyś będziecie w okolicy.

Po dawce „czegoś dla ducha”, kręcimy się chwile po okolicznych uliczkach, rozglądając się dalej po okolicy. Uczniowie w pobliskich szkoła właśnie kończą lekcje, co uwidacznia się ich ilością na ulicach i w pobliskich knajpkach. W jednej z nich, serwującej takie a’la pierożki-pampuchy jest spory tłumek. Postanawiamy i my skorzystać z okazji i spróbować kilku rodzajów, bo wyglądały smakowicie. Każdy rodzaj ma inne nadzienie: z dwoma rodzajami zieleninki, miksem kurczakowym i na słodko. Do tego w ramach odmiany zamiast herbaty, woda spod ryżu/makaronu. Tak, Chińczycy zazwyczaj czymś popijają posiłek i jest to właśnie któraś z opcji: zielona herbata, woda spod czegoś, lub po prostu wrzątek :)

Najedzeni i ukulturalnienie wracamy do hostelu, aby skorzystać nieco z dostępności całkiem nieźle działającego internetu.

IMG_0156 (Medium) IMG_0077 (Medium) IMG_0084 (Medium) IMG_0086 (Medium) IMG_0095 (Medium) IMG_0097 (Medium) IMG_0110 (Medium) IMG_0114 (Medium) IMG_0117 (Medium) IMG_0123 (Medium) IMG_0127 (Medium) IMG_0130 (Medium) IMG_0134 (Medium) IMG_0140 (Medium)

29 maja, piątek
/Zangye/

Dzisiaj ma byc ładnie, co oznacza, że w planie jest odwiedzenie „Tęczowych Gór” a jako, że chcielibyśmy odwiedzić też bardziej górsko-wiejską okolicę, postanawiamy stamtąd przez góry Quilam przedostawać się w stronę Xian.

Lekkie śniadanko jogurtowo owocowe i wstępne pakowanie, potem na chwilę idziemy na miasto, aby zaliczyć jakieś zakupy i zjeść wczesny obiad (przed nami cały dzień zwiedzania i przemieszczania się).

Tym razem chcemy zjeść coś z ryżem. Pada na knajpkę na przeciwko tej serwującej kociołki. W środku dwóch panów zajada coś, co wyglądało całkiem smakowicie. Ryż, tofu w sosie, pomidory z jajkiem i jakieś mięsko z zielonymi warzywami. Pokazujemy, że chcemy to samo… I prawie się udaje, bo dostajemy podobny zestaw tylko bez mięska. Nie tracimy czasu na dodatkowe tłumaczenia tylko zajadamy to, co nam podano :), ale nie pojedliśmy sobie wiec „dobijamy” jednym kociołkiem na pół.

Zakupy i wracamy do hostelu. Pakujemy się i idziemy z buta na autobus do Danxia, czyli miejsca gdzie znajdują się „Tęczowe Góry”.

Jest to jedno z tych niesamowitych miejsc, w których człowiek uświadamia sobie, że otaczający go świat jest zbyt piękny i niesamowity, żeby mógł powstać ot tak sobie, bez pomocy „kogoś na górze”. Tęczowe Góry to park krajobrazowy o powierzchni kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych, pokryty pagórkami i formacjami skalnymi mieniącymi się wszystkimi kolorami. Od żółtego po niebieski. Widać to szczególnie w bezchmurne dni, w blasku popołudniowego słońca. Dlatego najlepiej jest tu przyjechać ok. 16:00 -17:00. My docieramy tam właśnie w okolicach 16:30. Autobus jedzie z centrum około godziny i kosztuje 10 yuanów od osoby.

Poza biletem wstępu wykupuje się również bilet na autobusik, który na zasadzie „wsiadaj i wysiadaj, kiedy chcesz” przewozi ludzi pomiędzy platformami widokowymi, których jest 4-5. Na każdym przystanku, mamy możliwość wdrapania się na jakąś górkę lub wzniesienie i podziwianie różnokolorowych warstw skalnych tworzących przepiękne krajobrazy. Aby „podkręcić” nieco atrakcyjność, część formacji otrzymała specjalne nazwy nawiązujące do ich specyficznych kształtów. I tak mamy: modlących się mnichów, leżącego Buddę czy feniksa rodzącego się z popiołów. No jak się człowiek mocna skoncentruje to jest w stanie to zobaczyć.

Razem z nami po parku kręci się sporo osób, ale nie przeszkadza to aż tak bardzo w nacieszeniu się widokami. Zaraz przy pierwszej platformie, zaczyna się jednak chmurzyć. Powoduje to, że mieniące się kolory są nieco bledsze, ale i tak widoki warte były wycieczki. Udaje nam się zaliczyć 3 platformy, aby chwilę potem pojawiły się grzmoty i regularny deszcz. Chowamy się w czekającym na kolejną grupę turystów autobusie i po kilkunastu minutach rozpogadza się, świeci piękne słońce, a nawet na chwilę pojawia się prawdziwa tęcza. Idealna pogoda w najpiękniejszym widokowo miejscu w całym parku :) Robimy sporo zdjęć, „walcząc” o widok z kilkudziesięcioma innymi zwiedzającymi ;) Zdecydowanie warto odwiedzić to miejsce i możemy je nazwać jednym z cudów natury.

IMG_0234 (Medium) IMG_0248 (Medium) IMG_0253 (Medium) IMG_0257 (Medium) IMG_0298 (Medium) IMG_0204 (Medium)

Jest 18:30 i czas pomału się ewakuować. Chcemy jedynie wyjechać/wyjść trochę poza zabudowania i znaleźć dogodne miejsce na namiot. Jutro ruszymy w stronę gór. Robimy jeszcze niewielkie zakupy. Wstępujemy do lokalnej piekarni (zakupione bułeczki wyglądały bardzo smakowicie, ale były trochę bez smaku — ni słone, ni słodkie). I próbując łapać przejeżdżające auta, dreptamy wzdłuż głównej drogi.

Po ok. 3 km mijamy ostatnie zabudowania i dochodzimy do pól i pagórków, rozsianych wkoło drogi. Na jednym z takich wzgórz, pomiędzy drzewami znajdujemy sympatyczne miejsce na namiot. Tu postanawiamy zostać. Jeszcze tylko kolacja z zupek chińskich i bułeczek, jeden odcinek serialu i do spania.

30 maja, sobota
/Danxia/

Śniadanko na wypasie: banany, jogurt naturalny (w Chinach wszystkie jogurty, nawet naturalne, są słodkie), orzechy i rodzynki daje nam dużo pozytywnej energii, dzięki czemu szybko łapiemy stopa w stronę naszej destynacji. A plan zakłada przejechanie przez góry Qilian i odwiedzenie wioski o tej samej nazwie.

Małżeństwo w wieku ok. 40 lat. Jadą na wycieczkę do Binggou, czyli tak jak Danxia, mini parku krajobrazowego. Tego dowiadujemy się jednak dopiero przy wysiadaniu… Okazało się, że państwo z własnej, nieprzymuszonej woli, postanowili nas podwieźć kilkadziesiąt kilometrów. Spostrzegliśmy to dopiero, gdy zatrzymali się w mieście Sunam, zaczęli szukać map i drogowskazów, a gdy powiedzieliśmy, że jeśli chodzi o nas, to my możemy zostać tutaj, odpowiedzieli: „ok”, pokazali na siebie i dodali „Binggou”. A Binggou było 1,5 km za miejscem, z którego nas zabrali… Widoki w trakcie jazdy były piękne, więc wierzymy, że mili państwo postanowili się ot, tak przejechać i nacieszyć oczy. Ale ponieważ nie mówili po angielsku, to nie szło się dowiedzieć co nimi kierowało :-)

Tym, sposobem wylądowaliśmy w Sunam. Byliśmy już trochę głodni, a że nie lubimy, gdy zbyt długo burczy nam w brzuchach, udaliśmy się w poszukiwaniu jedzenia. Do centrum mieliśmy ok. 1,5 km. Miasto zrobiło na nas wrażenie (nie mylić z zachwytem). Ulokowane w górskiej scenerii, pełno nowych, prawie identycznych bloków i innych budynków mających służyć użyteczności publicznej, co kawałek jakiś most na rzece, która płynęła przez środek tegoż miasta. Co nas jednak zaskoczyło: nie było tam widać ludzi! Szliśmy ulicą wzdłuż rzeki i dosłownie czuliśmy się, jakby przed nami ktoś rozwinął fototapetę. Nic się nie poruszało, nie dochodziły do nas żadne dźwięki… Dopiero gdy doszliśmy do centrum, miasto ożyło. Okazuje się, że Chińczycy ostatnimi czasy zwykli budować właśnie takie „miasta widma”. Podobno chcą być przygotowani na napływ ludności wiejskiej do miast, a ponadto (jeśli nie przede wszystkim) jest to ich sposobem na nakręcanie gospodarki (miejsca pracy, sprzedaż materiałów budowlanych, zaciąganie kredytów przez deweloperów itd.). Pytanie, czy to w przyszłości przyniesie im więcej strat czy korzyści. Choć patrząc na to, jak szybko się bogacą, kto wie, może znajdzie się tylu chętnych na zostanie „blokersem” :-P W naszych głowach pojawiła się też myśl, że wygląda to trochę tak, jakby ktoś chciał narzucić społeczeństwu tę formę zamieszkania, gdyż w mieście tym, nie pozostało zbyt wiele miejsca, gdyby ktoś np. chciał wybudować sobie dom… Choć z drugiej strony Chińczyków jest tak dużo, że pewnie jest to po prostu sposób na dobre wykorzystanie powierzchni.

Zaraz po wejściu do centrum, natrafiliśmy na mini targ. Sprzedawano w rządku: owoce, warzywa, zboża i nasiona, chleby (takie płaskie, okrągłe, ale popakowane już w siatki foliowe, więc mało dla nas atrakcyjne), a zaraz obok stoisko mięsne ze świeżo obranym ze skóry baranem… Nieopodal pani piekła bataty i ziemniaki, na które mi (Helence) od razu pociekła ślinka. Zachcianka została zrealizowana, ale dopiero po kociołku (kurczak z warzywami i ryżem), który spałaszowaliśmy w jednej z lokant. Co ciekawe w kociołku tym, kurczak wkrojony był w całości, łącznie z kośćmi i skórą. Chińczycy mają taki zwyczaj, że wszystko, co niezjadliwe, odkładają na stół. Tak po prostu. Nie na jakiś talerzyk, tylko na stół.

Brzuchy pełne, ruszamy dalej. Idziemy kawałek główną ulicą, ale ruch można powiedzieć żaden. Jeśli już ktoś jedzie, to co prawda zatrzymuje się, ale tylko po to, żeby nam odmachać ręką, że nie, nie. Młody chłopak i dziewczyna chcą nam coś przekazać, ale bez wspólnego języka ciężko nam się konkretnie dowiedzieć co. Może to, że jak później zabrała nas z tamtego miejsca furgonetką, to okazało się, że droga po kilku kilometrach przechodzi w szutrową, a do naszej wioski Qilian czeka nas nie mała przeprawa przez góry (Na mapie droga, którą mieliśmy zamiar jechać droga 213, wyglądała na całkiem normalną).

Wracając do furgonetki :-), Jako że pan miał w środku ekipę, nam dostały się miejsca na pace. Ileż było w tym dla nas radochy, szczególnie dla mnie – Helenki, tym bardziej że całkiem nie dawno pomyślałam „hmm…nigdy nie jechaliśmy jeszcze na pace, ale byłoby fajnie”. Wszystko było fajnie, do momentu gdy, droga nie zamieniła się w szutrową, biegnącą z jednej strony wzdłuż uskoku przy rzece, a z drugiej wzdłuż kamienistego zbocza, z którego (co można było stwierdzić patrząc na drogę) co jakiś czas spadały kamienie. To by było jeszcze do przeżycia, bo pan nie jechał bardzo szybko. Problem powstał, gdy dogoniła nas ciężarówka (jak się później okazało, budowano tam tamę na rzece) i zaczęła trąbić, żebyśmy się pospieszyli. Nasz pan kierowca wziął to do siebie i zaczął pędzić jak szalony (przynajmniej my to tak odczuwaliśmy na pace). Po chwili miałam serdecznie dość i zaczęłam mu stukać w szybkę, okazując, że trochę się boję. W głowie miałam obraz, jak zza zakrętu wyjeżdża inne auto, pan hamuje, a my lecimy hen daleko przed siebie :-P Pan się zatrzymał, ciężarówka nas minęła i znowu było fajnie :-) W pewnym momencie pan i ekipa odbijali w inną dróżkę, a my zostaliśmy na rozjeździe.

Widoki takie, że łał. Ciągnie, żeby jechać dalej, ale coś podpowiada, że może to nam zająć trochę dłużej, niż planowaliśmy… W ciągu godziny jadą może dwa auta, przy czy wszystkie skręcają tam, gdzie nasza furgonetka. Na rozjeźzie, przy którym jesteśmy znajdują się jakieś a’la warsztaty. Podchodzi do nas młody chłopak. Twierdzi, że w którąkolwiek stronę byśmy nie pojechali to do zabudowań mieszkalnych mamy daleko. To samo, za pomocą google translate, przekazuje nam ekipa młodych Chińczyków, wracająca akurat z roboty. Mówią, że do najbliższej wioski mamy 30 km, że tam dalej mieszka naprawdę niewiele ludzi i że w większości są to osoby w bardzo podeszłym wieku. Nas to nie zniechęca, a wręcz przeciwnie :-) Tyle tylko, że zarzucamy temat jechania przez góry (nie chcemy tracić czasu, choć wiemy, że tracimy piękne widoki) i postanawiamy uderzyć w kierunku, w którym pojechała nasza furgonetka.

Postanawiamy chwilę iść na nogach. Jako że było już ok. 18, zaczynamy rozglądać się za miejscem na namiot. Los jednak chciał, żeby w naszą stronę jechała jeszcze jedna ciężarówka i z sympatycznym panem przemieszczamy się ok. 20 km, po drodze mijając pojedyncze domy. Jak się później okazało, jeden taki dom, to na mapie jest już wioska :-) Tym sposobem przejechaliśmy 4 chińskie wsie ;-)

Po drodze mogliśmy podziwiać piękne wzgórza, co wyższe pokryte śniegiem, a co niższe zajęte przez barany i jaki. Zwierzęta mają tu naprawdę dobrze :-) mimo tego, że barany przeznaczone były zapewne na rzeź… Najpiękniejszy widok stanowiły oczywiście pary rodzic + młode :-) Taki dopiero co narodzony, ledwo stojący na nogach Jak, wzbudził we mnie szczególne wzruszenie ;-) Albo uciekające przed naszą ciężarówką stado baranów i jagniąt. Ratuj się kto może… Wszystkie zamiast zejść na bok, wyobraziły sobie, że potwór-ciężarówka je goni i uciekały przed siebie. Ale czy człowiek czasami nie zachowuje się podobnie? Boi się czegoś, co stwarza zagrożenie, ale tylko w jego postrzeganiu, a rzeczywistość okazuje się taką ciężarówką, która po prostu chce przejechać :-)

Nasz pan kierowca zatrzymuje się przy jednym z domostw (by zatankować wodę), przy którym inny pan reperuje swoją ciężarówkę. Nawiązujemy pogawędkę w stylu „każdy myśli, że wie, o czym druga strona mówi, ale pewności nigdy nie ma”. To od panów dowiadujemy się, że domy, które mijaliśmy to były już te wsie, widniejące na naszej mapie. Wszystko byłoby dobrze tylko, że my nastawialiśmy się jeszcze na jakieś jedzenie…

Ostatecznie, jako że jest już późno, rozbijamy namiot na kawałku nieogrodzonego pola, nieopodal rzeki, i gotujemy zupki chińskie (a trzeba zaznaczyć, że zupki chińskie w Chinach są, w porównaniu do naszych, niczego sobie). Podziwiamy jeszcze otaczające nas krajobrazy w świetle zachodzącego słońca, zamykamy drzwiczki naszego domku i śpimy otuleni rześkim, górskim powietrzem…

IMG_0301 (Medium)

31 maja, niedziela
/Quilan/

Budzimy się około 9. Będąc jeszcze w namiocie słyszymy dźwięk przejeżdżającej ciężarówki — to daje nadzieję, że mimo niedzieli jakoś się stąd wydostaniemy. Bo choć widoki przepiękne, to jednak w Chinach niekoniecznie chcemy stronić od ludzi i uciekać na dłużej w przyrodę.

Kawka, skromne śniadanko w postaci garści orzeszków ziemnych i w drogę. Przez pierwsze 3 godziny nic nas nie mija, więc maszerujemy, podziwiając piękną scenerię górską i pasące się wszędzie barany i jaki.

Choć krajobrazy piękne, to po dwóch godzinach marszu, każde z nas co jakiś czas odwraca głowę z nadzieją, że może coś jednak jedzie… Niestety garść orzeszków szybko uległa strawieniu, a my stawaliśmy się coraz bardziej głodni…

W końcu, gdy wpadliśmy już w trans marszu i wymietliśmy z naszych głów nadzieję, że coś pojedzie, ktoś na nas z impetem zatrąbił, czego się wręcz zlękliśmy ;-P Apropo Chińczycy ciągle trąbią, alarmując wszystkich, że się zbliżają, że wyprzedzają, że skręcają itd. Dwóch panów zatrzymało się na nasze skinienie i tym sposobem zostaliśmy podrzuceni w miejsce, gdzie dnia poprzedniego toczyliśmy debatę z chłopakami, którzy odradzali nam wbijanie na wioski. Tam przyszła do nas jakaś miła pani Chinka z, jak się domyślamy, mnóstwem dobrych rad, bo gadała do nas jak najęta, wogóle się nie przejmując, że jej ni w ząb nie rozumiemy. Na szczęście zabrał nas stamtąd do Sunam pan, jadący ciężarówką pełną kamieni. Łukasz twierdzi, że nie są to zwyczajne kamienie — może się czegoś wywiemy na ten temat.

W Sunam pierwsze co, to idziemy oczywiście coś zjeść. Trafiamy do lokanty prowadzonej przez 3 młode dziewczyny. Mają ciekawe nakrycia głowy, ale nie wiemy, z jakiego były klanu ;-)

Pojedzeni ruszamy na główną drogę łapać coś na Danxię, a później na Zanghye. Wiele aut przejeżdża obok nas, a kierowcy tylko odmachują, dając znak w stylu „nie, nie, nie”. Zatrzymują sie jacyś starsi państwo. Jadą prosto, ale chyba tylko kawałek, bo też mówią coś w stylu „nie, nie, nie” :-P Nieopodal nas, w korycie wyschniętej tymczasowo rzeki dwaj panowie zbierali jakieś kamienie. Coś definitywnie jest na rzeczy.

Ostatecznie zabiera nas stamtąd dwóch chłopaków, którzy jak później dedukujemy, jechali chyba ot, tak na przejażdżkę. Ogólnie się im nie spieszyło, bo jechaliśmy średnio 40 km/h słuchając przy tym muzyczki i podziwiając widoki :-)

Z Danxia do Zanghye zabrał nas pan Buddysta z bardzo korpulentnym posążkiem Buddy na desce rozdzielczej. Nie pogadaliśmy za dużo, bo nie było wspólnego języka, ale co tam… Lądujemy ponownie w zaznajomionym hostelu.

1 czerwca, poniedziałek
/Zhangye/

Przed check-outem robimy szybką rundkę po mieście. Pan z recepcji bardzo się wczuł, gdy Łukasz zapytał go wczoraj, gdzie w pobliżu można dobrze zjeść i oprócz wskazania restauracji, rozkazał wręcz udanie się dzisiaj o poranku na plac główny, gdzie z okazji dnia dziecka miały występować chińskie maluchy.

Faktycznie na mieście działo się dużo. Wszędzie mnóstwo dzieciaków z rodzicami. Żeby zobaczyć jak występują, musieliśmy się mocno po przepychać (nie było tam bowiem sceny). Głośna muzyka i zamieszanie szybko nas stamtąd przepędziły. Na innym placu nieopodal dwie panie i dwóch panów ćwiczyło sobie tai-chi. Kobitki zaprezentowały nam układ przy dźwiękach muzyki płynącej z ich małego magnetofoniku. Panie były ładnie ubrane, i jak przypuszczamy, specjalnie dla nas ściągnęły z twarzy maseczki chroniące przed wdychaniem brudnego powietrza. Panowie też byli uroczy. Każdy miał swój magnetofonik i swój układ taneczny. Jeden pan miał nawet w ręku dzidę :-) Na kolejnym z placyków odbywały się tańce w parach. Trzeba przyznać, że przypadło nam do gustu to tańczenie i ćwiczenie na ulicach.

IMG_0356 (Medium) IMG_0333 (Medium) IMG_0336 (Medium) IMG_0345 (Medium)

Dobra, czas ruszać dalej. Przed nami długa droga. Idziemy w kierunku wjazdu na autostradę. Upał i uliczny kurz. Wskakujemy do jakiegoś autobusu. Jeśli pojedzie prosto, to dowiezie nas do naszego celu. Jeśli nie to będziemy wyskakiwać po drodze ;-)

Ostatecznie lądujemy na bramkach przy wjeździe na autostradę. Tam wszyscy próbują nam pomóc, ale nie do końca potrafią załapać, o co nam właściwie chodzi ;-) A my najpierw chcemy łapać coś na Wu-wei. To tylko 200 km w stronę Xi’an. Szybko jednak okazuje się, że ten wjazd na autostradę jest po zachodniej stronie miasta. Istnieje jeszcze jeden po wschodniej i prawdopodobnie większość samochodów jedzie właśnie tam. Mijają dwie godziny, a my dalej na bramkach. Ruch prawie żaden i wszyscy jadą w przeciwnym kierunku, niż my chcemy. Ostatecznie decydujemy się łapać cokolwiek i w którąkolwiek stronę byle dotrzeć na jakąś stację benzynową. Zabieramy się z jakimś młodym chłopakiem w kierunku przeciwnym do naszego i cofamy się o ok. 70 km…

Stratę nadrabiamy tirem. Zostajemy wysadzeni na jakiejś stacji i rozbijamy namiot na mięciutkim trawniczku nieopodal restauracji dla podróżnych.

2 czerwca, wtorek
/Lanzhou/

Rankiem wzbudzamy wielkie zainteresowanie u pracowników kuchni, którzy pod byle pretekstem przechadzają się koło naszego namiotu i kukają ukradkiem do środka :-)

Po śniadaniu w jednej z lokant, ukrytych gdzieś za ogrodzeniem stacji (w restauracji dla podróżnych do wyboru był tylko bufet w mało atrakcyjnej dla nas cenie, a co bardziej istotne nie było tam panów tirowców, co jest wyznacznikiem tego, gdzie dają dobrze zjeść), stajemy przy wylocie i łapiemy coś na Xi’an, czyli dawną stolicę Chin.

Zabrani zostajemy przez młodą zakochaną w sobie parę ludzi w wieku ok. 20 lat. Co najlepsze jadą do samego Xi’an, czyli 800 km do przodu… Uradowani już planujemy, że tej nocy wbijemy do miasta i jutro będziemy mogli już je zwiedzać :-)

Nasi dobroczyńcy całą drogę przekomarzają się ze sobą, szturchają, podszczypują. Jak to młodzi. Niestety nie mówili po angielsku, więc nie mogliśmy z nimi pogadać. Po drodze padła propozycja zjechania na obiad do Lanzhou. Oczywiście byliśmy za :-) Wszystko szło dobrze, do momentu, gdy z powodu robót drogowych utknęliśmy w korku… Coś się wtedy podziało, bo dziewczyna najpierw zaczęła chlipać, później coś z siebie wykrzyczała, a po dojechaniu do miasta, spakowała swoje rzeczy i pojechała gdzieś taksówką… Chłopak został z nami, rozłożył ręce, przeprosił nas i wydukał: „I am sorry, go to my girlfriend”.

Tym sposobem wylądowaliśmy w centrum wielkiego miasta, czego jedyną zaletą było to, że mogliśmy poszukać czegoś dobrego do jedzenia. Znaleźliśmy knajpkę z tradycyjną zupką chińską, czyli rozciąganym w dłoniach makaronem, zalanym wywarem mięsnym, z dużą ilością zieleniny i dodatkiem łyżeczki pasty z papryczki chilli rozgniecionej w oleju. Pycha. Pan na naszych oczach robił makaron i byliśmy naprawdę pod wrażeniem. Najpierw zrolował kawałek ciasta, następnie rozciągną go na szerokość ramion, oprószył w mące, złożył ze sobą końce, rozciągną ponownie,i tak kilka razy, i postał długi makaron nitki :-)

Z miasta na wylot na autostradę zabrał nas jakiś chłopak — łapaliśmy stopa na przystanku autobusowym, ot tak, bo dlaczego nie ;-) Udało się nam to w niecałe 5 minut. Później z dwójką chłopaków jadących tirem dojechaliśmy na jakąś stację przy drodze w kierunku Xi’an i tym sposobem, mieliśmy załatwiony dobry start na dzień następny.

3 czerwca, środa
/w drodze/

Pierwszy stop to optymistyczny pan jadący ciężarówką. Zgarnia nas ze stacji benzynowej i wiezie ok. 200 km… Problem w tym, że w pewnym momencie zjeżdża z autostrady i wjeżdża na drogę boczną, za którą nie musi płacić. Jazda nam się trochę przez to wydłuża. Bardzo szybko jednak przekonujemy się, że to dla nas nawet lepiej. Z autostrady mało co można zobaczyć, gdyż po obu stronach rosną równo w rzędach posadzone drzewa. Jadąc z panem, możemy podziwiać pięknie zielone wzgórza, tarasy ryżowe i sady jabłoni… Bardzo stęskniliśmy się za zieloną i żywą scenerią. Jak do tej pory jechaliśmy bowiem głównie przez pustynne, suche krajobrazy.

Pan wysadza nas w centrum… Maszerujemy od razu do głównej drogi, by złapać jakiś autobus na wylotówkę. Zaczynamy się trochę pieklić, bo jazda do Xi’an strasznie nam się wydłuża. Po drodze zahaczamy o stragany z jedzeniem i porywamy a’la omleta tzn. pan najpierw rozlewał ciasto naleśnikowe na takiej wielkiej patelni, na to wybijał jajko, rozsmarowywał je na całej powierzchni i czekał, aż się zapiecze, układał warzywka i jedną rozkrojoną wzdłuż parówkę, na to coś w rodzaju chrupiącego, tłustego chipsa, zawijał, przekrajał na pół i gotowe. Co mnie (Helenkę) bardzo boli, to to, że oni tu wszystko w woreczki foliowe pakują… Jeśli coś jest bardzo gorące, to przypuszczam, że niezłe świństwo przenika w ten sposób do jedzenia. I nikt mi nie wmówi, że te woreczki są z atestem…

Na deser kusimy się na czereśnie i w drogę. Wokoło nas kręci się pełno młodzieży. Wielu z nich zagaduje do nas w stylu: „helo”, „can I help you”, a najśmieszniejsze jest „what is wrong with you?”, czyli w dosłownym tłumaczeniu co z tobą nie tak? :-)

Na wylotówkę zabiera nas pan, takim mini busikiem. Musimy przejechać przez bramki z opłatami. I wtedy przychodzi mi do głowy myśl, że pan będzie chciał od nas kasę… Intuicja nie zawodzi i faktycznie pan później upomina się o swoje… Po przeczytaniu naszej kartki odpuszcza jednak i ostatecznie nic mu nie płacimy.

W dalszą drogę zabierają nas dwaj młodzi Chińczycy jadący tirem. Wysadzają nas 200 km przed Xi’an, na stacji typu service area, gdzie na wybetonowanym placyku rozbijamy namiot… Panowie strażnicy proponują, żebyśmy rozbili się w holu pomiędzy supermarketem a restauracją, ale postanawiamy nie nadużywać ich uprzejmości. Nasza miejscówka wydaje się spoko…

4 czerwca, czwartek
/Xi’an/

Pobudka o 4 rano… Mamy powódź w namiocie… Niestety siąpiący deszczyk spowodował, że na naszym wybetonowanym placyku zebrała się woda i nas podtopiło… Jako że nie było się za bardzo gdzie przenieść, (tzn. mogliśmy się rozbić wewnątrz budynku, tak jak proponowali ochroniarze, ale że namiot był mokry, a za niedługo ruch w supermarkecie pewnie by się zwiększył), postanowiliśmy się zebrać i posiedzieć przy stoliczku oglądając nasz serial…

Jest jeden plus wstania o świcie: możemy wcześnie zacząć stopować :-) Łapiemy dwóch panów jadących wypasioną bryką na lotnisko w Xi’an i tam nas właśnie wysadzają. Nie przepadamy co prawda za lotniskami, bo zwykle ciężko się z nich tanio wydostać. Nie odpuszczamy i próbujemy łapać stopa. Udało nam się to bez większych problemów i zamiast za 30 zł które musielibyśmy wydać na autobus, do centrum dostajemy się za free z panem policjantem po cywilu, jak się później okazało (robiliśmy krótki przystanek pod komendą, bo musiał coś załatwić).

Do ścisłego centrum chcemy pojechać metrem. Plan jednak okazuje się niewykonalny – w plecaku mam dwie puszeczki z camping gazem, a są to rzeczy widniejące na liście pt. „czego do chińskiego metra wnosić nie wolno”. Jako że nie chcemy się pozbyć naszego prezentu od pana Buddysty ze sklepu sportowego, wyruszamy na poszukiwanie autobusu. Kilkanaście minut później jesteśmy już na pokładzie i w niezbyt szybkim tempie przedzieramy się do skrzyżowania z charakterystyczną dla Xi’an wieżą tzw. Drum Tower.

Wysiadamy z autobusu i pierwsze co ruszamy coś zjeść. Do wyboru mamy kilka knajpek stojących w rzędzie. Żadna z nich do końca do nas nie przemawia, ale żołądki się buntują, więc zasiadamy w jednej i chlipiemy marną zupę za ciężkie pieniądze. Niestety po wkroczeniu w bardziej turystyczną część Chin ceny podskoczyły o 30 albo i więcej procent…a jakość spadła.

Kierujemy się do zarezerwowanego wcześniej hotelu. Ponieważ zarezerwowaliśmy coś zaraz przy słynnej w Xi’an ulicy muzułmańskiej, ciężko ją było ominąć i nie popłynąć razem z tłumem, który się na niej tłoczył. Zgodnie okrzyknęliśmy ją naszymi Krupówkami. Królowały na niej różnego rodzaju knajpki serwujące głównie dania z baraniną. Ponadto były stoiska ze smażonymi kalmarami, z bułeczkami, do których pakowano gotowaną baraninę (chyba popularne, bo stały do nich wielkie kolejki), z cukierkami, które, zanim zostały pokrojone na kawałki, rozciągano na hakach (na pierwszy rzut oka można było pomyśleć, że robią makaron ;-) ) oraz wiele sklepów z ciuchami, biżuterią i pamiątkami. Na ulicy panował straszny hałas. Na szczęście dziedziniec naszego hotelu był od tego zgiełku na tyle odgrodzony, że do naszego pokoju nie dochodziło nic a nic.

Zostawiamy plecaki i po skonsultowaniu z dziewczyną na recepcji jeszcze tego dnia jedziemy zwiedzać słynną Armię Terrakotową. Są to figury ponad 7 tysięcy żołnierzy, oficerów i ich zaprzęgów, wypalone z gliny, stworzone w 3 w. p.n.e. na życzenie pierwszego cesarza Chin. Armia to została umieszczona w podziemnym mauzoleum i miała bronić grobu owego cesarza. Jak na razie dokopano się tylko do tej armii. Grób nadal pozostał nietknięty, ponieważ podobno jest chroniony przez system samo zwalniających się kusz i innych pułapek, co stanowi niebezpieczeństwo dla archeologów.

Muzeum bardzo nam się podobało. Śmialiśmy się tylko z tego, że od wejścia na teren muzeum do samego budynku był spory odcinek do przejścia, który oczywiście został wykorzystany w ramach biznesu elektrycznych meleksów (lub stworzony właśnie po to).

Z powrotem do Xi’an przemieszczamy się podmiejskim autobusem i spacerkiem przez miasto kierujemy się w stronę naszego hotelu. Po drodze zatrzymujemy się na jedzonko w jednej z restauracyjek: zielenina z wędzonym tofu, micha innego tofu (bardzo delikatnego niczym grecki jogurt) w czerwonym sosie chili, po miseczce ryżu, a na dojedzenie pierożki z krewetkami. Obsługiwały nas sympatyczne panie kelnerki, które uczyliśmy liczyć po angielsku, a one nas po chińsku :-)

Wieczorny spacer do hotelu trochę nam się wydłużył. Okazało się, że mamy niezłe „chody” i jakimś cudem znaleźliśmy się po drugiej stronie centrum. Po drodze mijaliśmy grupę pań uprawiających „fitness” na środku chodnika, przy jednej z głównych ulic. Magnetofonik, pani prowadząca i układ taneczny wnet dopracowany będzie na szóstkę z plusem. Trzeba się starć, bo obok na krawężniku siedzieli panowie i pilnie obserwowali chodnikowe wygibasy.

Oprócz tego spotkaliśmy tej nocy panią z wielką lunetą, z której za odpowiednią opłatą, można było poobserwować Saturna…

IMG_0483 (Medium) IMG_0490 (Medium) IMG_0492 (Medium) IMG_0368 (Medium) IMG_0370 (Medium) IMG_0389 (Medium) IMG_0401 (Medium) IMG_0404 (Medium) IMG_0412 (Medium) IMG_0419 (Medium) IMG_0436 (Medium) IMG_0444 (Medium) IMG_0457 (Medium) IMG_0459 (Medium) IMG_0468 (Medium)

5 czerwca, piątek
/Xi’an/

Do południa pakujemy plecaki, zostawiamy je pod opieką hotelowej ekipy i ruszamy poszwendać się trochę po mieście.

Xi’an był kiedyś stolicą Chin, więc ma coś wspólnego z naszym Krakowem. Był jednym z kluczowych miast na Jedwabnym Szlaku, albowiem to właśnie tutaj szlak ów miał swój początek/koniec.

Xi’an jest jednym z niewielu miast, którego dawne mury obronne, wysokie na 12 metrów, stoją nieprzerwanie od czasów słynnej dynastii Ming (XIV w.). Są one na bieżąco restaurowane i można po nich chodzić (w sumie mają 14 km długości).

Klucząc bazarowymi uliczkami, docieramy pod zabytkowy meczet (tak, meczet!), ale decydujemy się nie wchodzić do środka. Pani sprzedająca bilety podeszła do nas bardzo biznesowo tzn. było to coś w rodzaju: Dawać kasę, bo mi się śpieszy. Kuknęliśmy tylko przez bramę i jednogłośnie zdecydowaliśmy o odwrocie…

Do charakterystycznych zabytków Xi’an można zaliczyć dwie wieże: Drum Tower i Bell Tower. W przeszłości dźwięk dzwonu z Bell Tower informował mieszkańców o wschodzie słońca, a dźwięk bębna z Drum Tower o jego zachodzie. Pod obydwie wieże podchodzimy i podziwiamy. Są bardzo kolorowe i przez to bardzo nam się podobają.

Lody w Mc Donaldzie na zakończenie zwiedzania i pora ruszać dalej… Zabieramy z hotelu plecaki i kierujemy się na przystanek autobusowy w celu złapania czegoś w okolice drogi wylotowej z miasta…

Po drodze zaglądamy jednak do sklepu z telefonami (zapragnęłam bowiem posiadać takowy, a mąż oczywiście podchwycił temat :-) ). Z jednego sklepu przechodzimy do drugiego, z drugiego do trzeciego… I tym sposobem spędzamy popołudnie (i wieczór w zasadzie też), na wyborze telefonu… Ostatecznie dokonujemy zakupu, z tym że ze sklepu wychodzimy po 20 :-)

Zapada decyzja o powrocie do hotelu. Tego wieczoru robimy jeszcze wypad na pierożki do sympatycznej lokanty, o której Łukasz wyczytał gdzieś w internecie. Warto było zostać w Xi’an tą jeszcze jedną noc, choćby ze względu właśnie na te pierożki: bardzo delikatne, z nadzieniem szpinakowym i marchewkowym, w liczbie 20 sztuk na porcję i ciesząco niskiej cenie.

Muszę tutaj jeszcze wspomnieć o sytuacji z hotelem i jak to bywa w biznesie turystycznym. Otóż wyobraźcie sobie, że wróciliśmy dziś do tego samego hotelu (bo ogólnie zrobił na nas dobre wrażenie i obsługa była fajna itd.) i dostaliśmy ten sam pokój, w którym spaliśmy poprzedniej nocy. Wchodzę do łazienki, sprawdzam ręczniki a tam co? Okazuje się, że powiesili ładnie na wieszaku te, których używaliśmy, tylko ładnie poskładali i myśleli, że będzie cacy… Ja jednak jestem przewrażliwiona i potrafię rozpoznać ręcznik, z którego korzystałam, z resztą ręczniki te były wciąż wilgotne po tym, jak ich używaliśmy! Gdybyśmy niw wrócili do tego hotelu i nie dostali tego samego pokoju, inni goście wycieraliby się ręcznikami po nas… I kto się ze mną nie zgodzi, że to już jest po prostu chamstwo? Podkreślić należy, że hotel nie należał do tych najtańszych… Oczywiście odnieśliśmy im te ręczniki i poprosiliśmy o czyste, a oni udawali głupich.

IMG_0534 (Medium) IMG_0540 (Medium) IMG_0549 (Medium) IMG_0555 (Medium) IMG_0560 (Medium) IMG_0562 (Medium) IMG_0570 (Medium) IMG_0497 (Medium) IMG_0501 (Medium) IMG_0507 (Medium) IMG_0510 (Medium) IMG_0512 (Medium) IMG_0514 (Medium) IMG_0521 (Medium) IMG_0524 (Medium) IMG_0526 (Medium) IMG_0531 (Medium)

6 czerwca, sobota
/Xi’an/

Trzeba brać nogi za pas, czas zaczyna gonić nas…

Ale zanim opuścimy Xi’an nie możemy się powstrzymać przez podreptaniem do lokanty z pierożkami. Nie zniechęcają nas nawet ciążące na plecach plecaki. To nic, że tym razem trochę błądzimy, albowiem uliczki pełne straganów, wyglądają całkiem inaczej za dnia niż nocą. My uparcie szukamy i ostatecznie osiągamy cel :-) Pierożki… Na obiad (dla nas śniadanie) podają 30 sztuk na porcję :-D Tym razem zamówiliśmy też wersję z mięsem i zieleninką. Pycha!

Na obrzeża miasta dostajemy się miejskim autobusem. Lądujemy w miejscu gdzie przecina się ze sobą mnóstwo dróg i saminie wiemy co dalej… Próbujemy się rozeznać w rozjazdach, gdy z pomocą przychodzą nam państwo na skuterku :-) Po wytłumaczeniu im o co nam chodzi, pan prosi żebyśmy zaczekali, a on przyjedzie po nas samochodem i odstawi nas na wjazd na autostradę… Tak też się dzieje i dzięki miłym państwu zaoszczędzamy mnóstwo czasu i energii…
Kolejny stop to młodzi chłopcy, którzy podrzucili nas tylkk kilka km na najbliższą stację, ale zawsze to coś – byliśmy już przynajmniej przy autostradzie :-) Na stacji tej spędziliśmy chyba ze dwie godziny. Ruch był żaden, większość aut to były tiry, a kierowcy jakoś mało się nami interesowali…

W końcu zabrał nas ze sobą elegancki pan w eleganckim samochodzie, a później kolejny pan, którego zapamiętamy z tego, że prawie nam zasypiał za kierownicą (to były dwa dość długie stopy, w sumie przejechaliśmy ok. 600 km).

Zostaliśmy wysadzeni na jednej z service area, gdzie naszym zwyczajem rozbiliśmy namiot, a przed snem spałaszowaliśmy uroczych rozmiarów pudełeczko urodzinowych lodów :-

7 czerwca, niedziela
/Nanjecun/

Trzech pozytywnych panów podrzuca nas na przedmieścia Zenghou, czyli do wioski Nanjecun mamy już tylko ok. 20 km. Zostajemy wysadzeni zaraz za bramkami opłat i po zakupie czegoś na ochłodę ruszamy przed siebie. Do skrzyżowania z drogą, która prowadzi do naszego celu, mamy ok 1,5 km. Po drodze Łukasz zakupuje dwie świeżo pieczone bułeczki – pani tak poprostu stoła przy ulicy i podpiekała bułeczki na ruszcie :-) Można? Można. W Chinach można.

Do skrzyżowania podrzuca nas jakiś młody chłopak, a kolejny samochód, już do samego Nanjecun, to pozytywna rodzinka: mama i tata około 40-stki i 12-letni chłopiec. Państwo są nami bardzo zaaferowani. Pani wydzwania do ich córki i poprzez nią próbuje się z nami komunikować po angielsku. Trzeba przyznać, że furę mieli na wypasie. A nawet dwie, bo w międzyczasie zatrzymaliśmy się pod ich domem (chyba specjalnie z nami jechali do samego Nanjecun), pani wskoczyła w drugie auto i zgarnialiśmy po drodze ich córkę z chłopakiem.

Cała rozinka była bardzo zaciekawiona co będziemy robić, gdzie pójdziemy, gdzie będziemy nocować. Po szeregu pytań wystrzeliwanych w naszą stronę niczym z karabinu, pani nagle rzuciła do nas „ok bye, bye”, więc nie pozostało nam nic innego jak podziekować i się oddalić…

Rozstajemy się przy ulicy wiodącej na plac główny Nanjecun. Teoretycznie miejscowość ta posiada status wioski (końcówka -nun), ale ponieważ jak większość chińskich wiosek w ostatnim czasie się rozrosła i uprzemysłowiła, ciężko nazywać ją dalej wioską, gdyż wogóle takowej nie przypomina. Miasteczko to słynie z tego, że jest jednym z ostatnich, które nie zmieniło się od czasów panowania Mao. Już z oddali widzimy charakterystyczną tęczę – bramę do miasta. Zaraz za nią wchodzi się na plac na którym widnieją wielkie portrety Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i Mao, który na środku tego placu ma również swój pomnik.

Nieopodal na trawiastym placu za żywopłotem dostrzegamy młodych chłopców ćwiczących kung-fu. Trzeba było widzieć ich mimikę twarzy, napięte mięśnie i energicznie wykonywane ruchy. Widoku dopełniały okrzyki, które z siebie wydobywali…

Ledwie zdążyliśmy się nacieszyć ich widokiem, a już w następnej chwili dopadło nas 3 Chińczyków, z mnóstwem pytać i chęcią na sesję zdjęciową, której nie wypadało nam odmówić. Podpytaliśmy ich o jakieś lokanty z jedzeniem i ruszyliśmy przedłużeniem ulicy z której przyszliśmy. Do wyboru mieliśmy góra 3 knajpki. Tylko w jednej było pełno ludzi, więc na nią postawiliśmy. Zasiedliśmy, wybraliśmy (z trudem) 3 potrawy, trochę nas zdziwiło, że nie mają ryżu w menu, ale to nas nie powstrzymało przed złożeniem zamowienia.

Do tego o co chodzi w tym lokalu doszliśmy po chwili: otóż niektóre stoliki były umieszczone jakby w osobnych pomieszczonkach, odgrodzone jeden od drugiego, a drzwi stanowiła krótka kotarka. Za kotarkami, w każdym z tych „boksików”, aż wrzało od rozmów, ludzie grali sobie w karty, a dotego popijali wódeczkę… Okazało się, że to co zamówiliśmy to były poprostu zakąski do alkoholu :-P Wszystko było bardzo tłuste, a porcje były całkiem spore… My zamówiliśmy takie kulki z zieleniny, które jak się okazało były nasączone olejem jak gąbki, cały talerz różnego rodzaju tofu z orzeszkami ziemnymi oraz plastry cukini smażone w cieście i zalane sosem pomidorowym…

Oczywiście nie byliśmy w stanie tego wszystkiego sami zjeść. Trochę pomogli nam państwo z jednego z „boksików”, którzy za każdym razem gdy otwierali nową flaszeczkę przychodzili do nas ją rozpocząć ;-) Wódka, którą serwowali była produkowana właśnie w Nanjecun i pakowana w takie ładne, elegancie pudełeczka.

Tego wieczoru trafiliśmy jeszcze na ulicę pełną stoisk z jedeniem typu: smażone paróweczki, makaron i jakieś sosy do wyboru (szwedzki stół na kółkach), omlety, bułeczki z mięsem…

Gdy się trochę ściemniło, rozbiliśmy cichaczem namiot w parku nieopodal placu z portretami 5 guru Nanjecun i poszliśmy spać, jak przystało na kulturalnych gości.

IMG_0590 (Medium) IMG_0593 (Medium) IMG_0602 (Medium) IMG_0604 (Medium) IMG_0608 (Medium) IMG_0615 (Medium) IMG_0617 (Medium) IMG_0618 (Medium) IMG_0572 (Medium) IMG_0578 (Medium) IMG_0581 (Medium)

8 czerwca, poniedziałek
/Nanjecun/

Rankiem (ok. godz. 6!) zwijamy namiot, obudzeni przez donośne pieśni i okrzyki patryiotyczne (jak się domyślamy, bo brzmiało to jak coś a stylu: do pracy rodacy!) puszczane z głośników na placu głównym. Cały czas obserwowani jesteśmy przez starszego pana na trójkołowym motorku, wyglądającego na ochroniarza.

Po złożeniu namiotu, czas na toaletę. Ja (Helenka) wchodzę do damskiej, publicznej łazienki i co zastaję? Kilka stanowisk, odgrodzonych od siebie murkiem, sięgającym do wysokości kolan! Wszystkie stanowiska połączone jednym rowem, którym mało rwącym strumyczkiem płynęła woda, tak więc sąsiadka korzystająca ze stanowiska obok może podziwiać wszystko co płynie wraz z nurtem z innych stanowisk… No powiedźcie mi czy to już nie jest przesada? :-) Ja rozumiem, że obywatel nie powinien mieć nic do ukrycia, ale żeby nawet w toalecie trzeba się było wszystkim dzielić z innymi?

Idźmy dalej… Na śniadanko zaszliśmy na mini bazarek, który zwiedzaliśmy wczorajszego wieczoru. Nie zawiedliśmy się. Na jednym ze straganów pani z córką serwowały takie jakby tortille z podduszoną zieleniną w środku (były to głównie liście botwinki). Napewno było zdrowo. Do tego zaryzykowałam zakup jakiejś bryjki, którą jadło bardzo dużo lokalsów (była bardzo tania, bo na nasze kosztowała tylko 2 zł). Było to coś w rodzaju zsiadłego mleka na ciepło, a na to mleko pani wlewała chochlę jakiegoś, że tak powiem, brązowego gluta. Całość posypywała przyprawami i orzeszkami. Ochydne to było, aczkolwiek pewnie zdrowe…

Po śniadaniu ruszamy jeszcze na ulicę z fabrykami makaronów do chińskich zupek, z których słynie to miasteczko. Widok paleciaków budzi w nas wspomnienia o naszej fabryce łososia ;-)

Po drodze spotykamy kilkanaście pań (wystrojonych w mini spódniczki i w pełnym makijażu), z miotłami, zamiatające ulice, prawdopodobnie w ramach czynu społecznego. Czyż to miasteczko nie fascynuje? Toż to jest inny świat. Oczywiście gdziekolwiek człowiek by nie spojrzał tam ujrzy portret Mao lub jakiś baner przedstawiający tego dawnego przywódcę, w otoczeniu wiernych mu obywateli, gotowych poświęcić wiele dla swych komunistycznych ideałów…

Oprócz wódki i makaronu w Nanjecun produkowane są również grzebienie z różnego rodzaju drewna (głównie sandałowego). Nie mogłam przepuścić takiej okazji i zakupiłam sobie taki jeden zgrabny egzemplarz.

IMG_0630 (Medium) IMG_0631 (Medium) IMG_0634 (Medium) IMG_0635 (Medium) IMG_0622 (Medium) IMG_0624 (Medium)

W drodze do głównego skrzyżowania zaczepiają nas małolaty i proszą o możliwość zrobienia nam zdjęcia. Nam humory dopisują i udajemy, że nie wiemy o co im chodzi i odchodzimy z głupimi uśmieszkami. Było to bowiem na zasadzie podbiegania do nas, bełkotania kilku niezrozumiałych słów i pokazywania na telefon. Przy śniadaniu też mieliśmy fajną sytuację, gdy młoda dziewczyna podeszła do Łukasza i powiedziała stanowczo: „daj mi swój numer” tak poprostu, bez zająknięcia :-)

Ze skrzyżowania zgarnął nas młody chłopak samochodem w stylu terenowy. Zaoferował, że może nas zawieść do drogi prowadzącej na autostradę. Jak obiecał tak zrobił, mimo tego, że po drodze napotkaliśmy na strajk tirów, i musiał (tzn. nie musiał, ale chciał, bo mimo naszych protestów nie odpuścił) nas zawiwść nie do najbliższego, ale do następnego wjazdu…

Stamtąd zabrał nas młody chłopak, z którym nie mogliśmy się dogadać, bo komunikowaliśmy się z pomocą jego dziewczyny, która gadała trochę po angielsku, rozmawiając z nią przez telefon. Niestety użyliśmy złego sformułowania „gas station” (że chcemy, żeby wysadził nas na stacji benzynowej), a ona zrozumiała „bus station” i nie mogliśmy tego odkręcić. Chłopak ostatecznie zwiózł nas z autostrady (bo przed jego miastem niestety nie było żadnej stacji) i wylądowaliśmy na bramkach opłat.

Nie mineło 10 minut i już byliśmy w kolejnym samochodzie. Z tym, że znowubzaszło nieporozumienie i okazało się że panowie jechali w innym kierunku niż nasz… Tym sposobem cofnęliśmy si3 o kilkadziesiąt km, ale za to wylądowaliśmy na stacji ;-)

Po tych perypetiach i zawirowaniach nasz los się w końcu odmienił i ostatecznie złapaliśmy stopa jadącego 700 km w naszą stronę. Trzech młodych mężczyzn, wypasiony samochód i klima, czyli szczęście o którym nam się nie śniło ;-) Panowie jadą do miejscowości nieopodal Suzhou, które jest obranym przez nas celem. Gdy zbliżamy się do celu, jeden z nich postanawia nam pomóc w szukaniu hotelu i ostatecznie lądujemy tej nocy w jego miasteczku, w przytulnym małomiejskim hoteliku, za rozsądną cenę :-)

9 czerwca, wtorek
/Shuzo/

Z naszym hostem z couchserfingu umówienie jesteśmy dopiero ok 20:00, mamy więc cały dzień przed sobą. Z miasteczka w którym nocowaliśmy do Shuzo można dojechać autobusem miejskim w około 40 min.

Wykorzystujemy zatem dobę hotelową na maksa czyli do 12:00, co daje nam opcje porządnego wyspania się. Na śniadanie wybieramy się do pobliskiej knajpki, którą odwiedziliśmy również poprzedniego wieczora. Zamawiamy jakiś makaron z pędami bambusa i zupę o ciekawym lekko kwaśnawym smaku. Do tego makaron na zimno w formie a’la salatki.

W czasie posiłku zagaduje nas mloda para chińczyków, która jak się okazuje prowadzi kilka lokalów dalej pizzerię, zaopatrującą głównie pracujących w tutejszych firmach obcokrajowców. Dziewczyna wypytuje nas o wiele spraw związanych z naszą podróżą i prawie przy każdej odpowiedzi robi głośne „wow” ;) dla niej podróż samemu z plecakiem do Pekinu to już mega wyczyn, a co dopiero autostopem przez całe Chiny.

Zrobiła się już 13:00 wiec pora się ewakuować. Wsiadamy najpierw w autobus miejski a potem w długodystansowy i zmierzamy do centrum Shuzo. Całaodróż zajmuje nam ok 2 godzin. Aby dostać się w okolice w których mieszka nasz gospodarz, musimy wsiąść w kolejny autobus miejski (jechało tam też metro, ale z uwagi na nasze butle z gazem nie mogliśmy z tej opcji skorzystać).

Miasto, a przynajmniej ta część przy której musimy wysiąść, robi spore wrażenie. Jest dosyć duże, wszędzie wysokie i przeszklone biurowce a wszystko dosyć dobrze zorganizowane. Im bardziej na południe tym miasta chińskie są bardziej nowoczesne, większe a ludzie chyba zamorzniejsi. Mamy jeszcze kilka godzin do spotkania z Piotrem. Najpierw zasiadamy w jednej z Koreańskich knajpek na coś do jedzenia, a następnie na ławeczkach na czymś w rodzaju spacerowego podwórka między restauracjami. Pozostały czas wykorzystujemy na czytanie i korzystamy z darmowego internetu.

W okolicach umówionej stacji metra pojawiamy się z lekkim poślizgiem. Piotrek jest 30 letnim wykładowcom „metodologii badań” na tutejszym uniwersytecie. Wcześniej mieszkał i studiował w Wielkiej Brytanii a pochodzi z Wrocławia. Do Chin i samego Shuzo przyjechał niedawno bo dopiero we wrześniu zeszłego roku. Bardzo podoba mu się tutaj życie i warunki pracy, zwłaszcza jako wykładowca. Zarobki nieco wyższe niż w UK, koszty życia niższe, a jako obcokrajowiec cieszy się nie lada powodzeniem u płci pięknej ;) Uniwersytet opłaca mu także blisko 200 m apartament, blisko stacji metra. Tak więc żyć nie umierać :) Bardzo się ucieszył na nasz widok i chętnie opowiedział nam co nieco o życiu tutaj. My odwdzięczyliśmy się opowieściami z naszej podróży. Miał okazję pogadać sobie po polsku co było dla niego dobrą odmianą od dnia codziennego.

Otrzymujemy swój własny pokój i osobną łazienkę a Piotrek po staropolsku informuje nas żebyśmy się czuli jak u siebie ;) Resztę wieczoru spędzamy dyskutując przy piwku i nieco mocniejszych alkoholach, tak że nie wiedzieć kiedy robi się późna noc, a tu kolega musi wstać o 8:00 do pracy… Dostajemy swój własny klucz i przewodnik po Shuzo, więc możemy jutro bezstresowo się wyspać przed uderzaniem na miasto.

10 czerwca, środa
/Shuzo/

Jakoś tak ciężej się wstawało tego poranka. To chyba skutek wczorajszych posiadów ;) Na szczęście nigdzie się nam aż tak nie spieszy, więc spokojnie możemy się wyprysznicować i zebrać. Jedyne co nas trochę ponagla, to birczące lekko brzuchy domagające się śniadania. Zwiedzanie bez plecaków należy zdecydowanie do wygodniejszych niż w opcji z, m.in. dlatego że możemy skorzystać z metra.

Docieramy więc w okolice starego miasta które jest usłane sympatycznymi zabudowaniami w starym stylu, ogrodami i czymś co można porównać do pekińskich hutongów, czyli ogrodzonym obszarem w środku którego znajduje się wiele mniejszych budynków i ogrodów, tworzących pewnego rodzaju labirynt. Wszystko to poprzedzielane snującymi się przez miasto kanałami rzecznymi połączonymi gdzie niegdzie kamiennymi półkolistymi mostkami. Bardzo sympatycznie się kluczy po zakamarkach takiego miasta, gdzie w każdej uliczce i za każdym rogiem, czai się coś ciekawego do zobaczenia. Czy to jest budynek, czy ludzie i czy jakiś ciekawy straganik.

Zaczynamy jednak od śniadania nad brzegiem jednego z takich kanałów, racząc się zupą warzywną z makaronem oraz bułeczkami z mięsem, podobnych do tych serwowanych w Xian.

Następnie udajemy się piechotą w stronę Muzeum Jedwabiu. W końcu to właśnie dawny Jedwabny Szlak stanowił główny motyw naszej przeprawy przez Chiny. Zlokalizowanie tego miejsca zajmuje nam dobrą godzinę, a i tak okazuje się, że jest akurat w remoncie i jedyne co możemy zobaczyć to wystawa w pobliskiej fabryce jedwabiu, ukazująca jak wygląda proces produkcji. No cóż. Z braku laku, dobry kit więc korzystamy z okazji, choć obejrzenie całej instalacji nie zajmuje nam więcj niż 10 min. Takie tempo narzuca nam pani przewodniczka, która po angielsku tłumaczyła nam co i jak. Tu mamy kokony, tu nawijana jest niteczka, a tam pleciona z innymi… Itd.
Kluczowym momentem jest jednak zaproszenie nas do „firmowego sklepu”, któryostanawiamy zwiedzić równie szybko jak samą fabrykę ;)

Kolejne kroki kierujemy w stronę najbardziej urokliwej uliczki zwanej Pingjiang Lu, która po brzegi wypełniona urokliwymi knajpkami, sklepami z pamiątkami i różnej maści straganami, ciągnie się wzdłuż jednego z kanałów. Po drodze do Pingjiang, natrafiamy na sympatyczną małą lokantę serwującą świeżo klejone przez panią pierożki, serwowane w zupie, oraz takie gotowane na parze. Pyszne, świeże i tanie. A jaką radość sprawiliśmy właścicelom lokalu, swoją obecnością :) Takie lokale lubimy najbardziej! Odkryte przypadkiem a zaskakujące swoją autentycznością.

Konyaktujemy się z naszym gospodarzem Piotrkiem, który informuje nas że Couples Garden, który chcieliśmy jeszcze odwiedzić jest otwarty tylko do 17:30, a jest 16:00… Umawiamy się też że w „naszym apartamencie” pojawimy się dopiero pkoło 21:00.

Przyspieszonym krokiem przemykamy więc w okolicy Pingjiang Lu zostawiając sobie tą atrakcje na dzień klejny, i próbujemy zlokalizować wejście do poszukiwanego „Ogrodu Par”. Doroga na mapie nie wygląda zbyt skomplikowanie ale w rzeczywistości jej długość i niezbyt precyzyjne wskazówki otrzymane od jednej z zapytanych o drogę Pań powoduje, że w okolicy ogrodu jesteśmy o 17:15… Chyba ten element również przełożymy na jutro.

Wracamy więc spokojnym krokiem nad kanał i delektujemy się wieczornym spacerem wśród kanjpek i straganów. Obserwujemy jak rikszarze grają w karty a lokalne panie ćwiczą na chodniku jakiś układ taneczny. :) Życie płynie swoim torem i miło jest na chwilę zwolnić kroku, żeby móc to wszystko dostrzec.

Kulminacją wieczoru jest próba zakupienia nowych sandałów dla Helenki, zakończona sukcesem. Walka jednak trwała dobre 3 godziny, co spowodowało, że do mieszkania docieramy dopiero ok 22:00. Chińczycy uwielbiają zakupy, nowe i markowe rzeczy, ale jest też ogromny wybór produktów rodzimych marek (o różnej jakości). Niemniej jednak wieczorami aż do godzin 21:00-22:00 ulice w mieście wypełnione są zabieganymi lokalsami szukającymi najlepszej okazji. Męczące to zajęcie i po dotarciu do domu jedyne do czego jesteśmy zdolni to kilka zdań z Piotrkiem i lulu. Następnego dnia wyruszamy w kierunku Pekinu.

IMG_0776 (Medium) IMG_0777 (Medium) IMG_0650 (Medium) IMG_0651 (Medium) IMG_0654 (Medium) IMG_0661 (Medium) IMG_0665 (Medium) IMG_0671 (Medium) IMG_0672 (Medium) IMG_0674 (Medium) IMG_0679 (Medium) IMG_0683 (Medium) IMG_0695 (Medium) IMG_0700 (Medium) IMG_0704 (Medium) IMG_0710 (Medium) IMG_0723 (Medium) IMG_0726 (Medium) IMG_0739 (Medium) IMG_0742 (Medium) IMG_0749 (Medium) IMG_0762 (Medium) IMG_0765 (Medium) IMG_0766 (Medium)

11 czerwca, czwartek
/Shuzo/

Rano zbieramy się z mieszkanka Piotra i udajemy na autobus do centrum miasta. Chcemy przed wyjazdem odwiedzić jeszcze Couples Garden, do którego się wczoraj spóźniliśmy…

Tak jakoś wychodzi, że nasza orientacja zawodzi i wsiadamy w dobry nr autobusu, ale jadącego w drugą stronę…

Jako że burczy nam już w brzuchach, przesiadkę wykorzystujemy na wizytę w restauracji- stołówce z bufetem, do której na lunch przybyła akurat masa pracowników z okolicznych biurowców.

Przed Couples Garden udajemy się jeszcze na dworzec autobusowy, w celu zdeponowania gdzieś naszych plecaków. Ostatecznie, po rozmowie z panią w informacji zapada decyzja, że tej nocy weźmiemy nocny pociąg do Jinan (ok. 400 km w stronę Pekinu) i tym sposobem nadrobimy trochę drogi (czas zaczął się nam nieubłaganie kurczyć…). Przemieszczamy się więc na dworzec kolejowy, kupujemy bilety (niestety miejsca siedzące), zostawiamy plecaki w przechowalni i ruszamy w kierunku naszej destynacji.

W Suzhou mamy do wyboru kilka ogrodów, od lat służących odpoczynkowi i kontemplacji. Couples Garden to jeden z tych mniej odwiedzanych przez turystów, przez to dla nas bardziej atrakcyjny. Zresztą z tego względu polecił nam go też Piotrek — nasz Host :-)

Ogród składał się z kilku części, połączonych ze sobą ścieżkami, stanowiących swego rodzaju labirynt. Być może byliśmy roztargnieni tego dnia, ale kilkukrotnie nie mogliśmy się w nim odnaleźć… W poszczególnych częściach znajdowały się swego rodzaju urokliwe, drewniane altany. Charakterystyczne były również przejścia w kształcie koła…

Po pobycie w ogrodzie, pochodziliśmy jeszcze trochę uliczkami starego miasta, by o 18 stawić się na dworcu, wsiąść w pociąg i wyruszyć w kierunku Jinan. Dworzec kolejowy zrobił na nas naprawdę pozytywne wrażenie. Poczekalnia niczym lotnisko, wejście na perony po sprawdzeniu biletów (w określonym czasie, zaraz przed przyjazdem pociągu).

W pociągu panowie konduktorzy nie tylko sprawdzali bilety, ale również pilnowali porządku – począwszy od poprawiania toreb na górnych półkach, żeby nikomu nic na głowę nie spadło a na zamiataniu podłogi skończywszy.

Również catering pociągowy mile nas zaskoczył. Skusiliśmy się nawet na ciepłe danie (ryż z kurczakiem i warzywami). Wszystko estetycznie zapakowane i ciepłe. Ponadto cały czas przejeżdżał ktoś z wózkiem pełnym snaków (typu orzeszki i te ich chińskie hermetycznie pakowane cuda typu rybki, szyjki z kury itp.)

Niestety tylko siedzenia były dość sztywne, a i miejsca na nogi nie było zbyt wiele. Chińczycy są jednak trochę mniejsi od nas… Np. para siedząca naprzeciwko nas potrafiła się naprawdę nieźle na tych siedzeniach poskładać…

12 czerwca, piątek
/Jinan/

Po nocnej podróży pociągiem czujemy się gorzej niż źle. Ja (Helenka) nie spałam prawie wogóle… Brak możliwości wyprostowania nóg, twarde i proste siedzenia oraz grupa chłopaków grających do późnych godzin nocnych w karty w naszym przedziale, skutecznie utrudniła mi zapadnięcie w głębszy sen. Taki stan sprzyja nastrojowi zombi, ale ze wszystkich sił próbujemy się mu nie poddać…

Zaraz po wyjściu z dworca w Jinan szukamy czegoś do jedzenia, żeby temat porannego głodu mieć z głowy. Trafiamy do fast-foodowego baru, który oczywiście ostatecznie nie spełnia naszych oczekiwań, pozostaje nam tylko zjeść to, co nam podali i zapomnieć ;-)

Jako że skończyła nam się kasa w gotówce, ruszamy na poszukiwania bankomatu. Już wczoraj próbowaliśmy wypłacać kasę w Suzhou, ale żaden bankomat, nie wiedzieć czemu, nie chciał z naszymi kartami gadać…

Tak samo było i w tym mieście. Zmęczenie i upał dodawały powodów do irytacji całą sytuacją, ale nie poddajemy się i walczymy dalej. Po pomoc udaliśmy się do jednego z banków, gdzie panowie kasjerzy podali nam adres bankomatu, który wg nich powinien zadziałać. Nasze ostatnie pieniądze przeznaczyliśmy na taksówkę, żeby tam pojechać…

Udało się – mamy kasę, więc ruszamy na wylotówkę. Chcemy jak najszybciej przedostać się do stolicy, do której pozostało nam trochę ponad 300 km. Dojeżdżamy autobusem miejskim (na dwie tury, bo za pierwszym razem wysiedliśmy sobie za wcześnie) do wjazdu na autostradę. Tam pod wiaduktem zastajemy 3 kuchnie polowe :-) Jeden pan serwuje jakieś mięcho w bułkach (opcja najmniej atrakcyjna, bo kto wie kogo on tam zasmażył), kolejny pan serwuje naleśniki z jajkiem i warzywkami (jedliśmy już kiedyś taką wersję, gdzieś po drodze) a kolejne stanowisko to pani, u której można się posilić makaronem na zimno z tartym ogórkiem i sosikami (sojowym i sezamowym) :-) podglądając, co jedzą inni (bo ruch był oczywiście spory, w innym wypadku nie przyszłoby nam do głowy tam jeść) zamawiamy naleśniki z jajkiem i warzywkami oraz sałatkę makaronową. Tanio i dobrze. Jesteśmy usatysfakcjonowani.

Po wiaduktem panował dość spory ruch. I to nawet nie chodzi o ruch samochodowy. Było tam sporo pieszych, którzy łapali tam autobusy, czekali aż ktoś ich stamtąd odbierze lub zatrzymywali się na jedzenie. No i oczywiście wszyscy się nami interesowali. A skąd? A dokąd? A po co? To wszystko powodowało, że nasi potencjalni kierowcy nie zwracali uwagi na to, że próbujemy łapać stopa, tylko na to, żeby nikogo nie rozjechać…

W końcu jakiś pan, stojący razem z nami pod tym wiaduktem, stwierdził, że może nas przewieść w inne miejsce, w którym według jego opinii będziemy mieć większe szanse na złapanie okazji. Skorzystaliśmy z jego uprzejmości. Wysadził nas przy mało ruchliwym wjeździe, nie wiemy ,co kierowało jego logiką, że nas tam zabrał, ale był jeden plus — byliśmy tam sami :-)

Ciężko było kogokolwiek tam zatrzymać, a jeśli już się udało, to ten ktoś jechał do centrum miasta… Z pomocą przyszedł nam też pan policjant, który akurat tamtędy przejeżdżał radiowozem. To koniec – pomyśleliśmy – zawiezie nas pewnie na dworzec… Łukasz jednak stanowczo powtórzył mu kilka razy, że nie potrzebujemy pomocy i że wszystko z nami ok, że ten speszony w końcu wsiadł do wozu i odjechał (szczęście dla nas, że był dosyć młody i jechał sam).

W końcu oprócz samochodów i tirów zaczęliśmy łapać autobusy. I udało się. Złapaliśmy na stopa autobus, który jechał do miejscowości jakieś 100 km do przodu. Pan kierowca przeczytał naszą kartkę i powiedział: wsiadajcie!

W międzyczasie autobus co prawda zjechał z autostrady i ostatecznie zostaliśmy wysadzeni w środku jakiegoś miasta, ale szybko ustawiliśmy się przy drodze na Pekin i łapaliśmy dalej…

Złapaliśmy małżeństwo jadące do Tanjin, czyli miejscowości oddalonej od Pekinu jakieś 100 km. Wszystko było super, do momentu aż za bramkami opłat droga do Tanjin rozmijała się z tą do Pekinu (w tej części Chin mają niezłą sieć dróg), a państwo nas o tym nie poinformowali… I tym sposobem znaleźliśmy się na nie tej drodze co trzeba, próbując ze wszystkich sił przedostać się tego wieczoru na tą właściwą do Pekinu. Naszym celem stało się dotarcie do skrzyżowania z drogą, która nas interesowała i udało się. Problem polegał jednak na tym, że w międzyczasie zrobiło się ciemno i nikt nie jechał w stonę Pekinu… Postanowiliśmy więc łapać jak popadnie, chcąc przedostać się, chociaż na jakąś stację (potencjału na rozbijanie namiotu w miejscu, w którym byliśmy nie było – same krzaki i mnóstwo komarów…). Łapanie po ciemku wymaga odwagi, szczególnie jeśli chodzi o kierowcę… Nastawiliśmy jednak nasze głowy na to, że ktoś musi nam pomóc i udało się :-) trójka młodych osób i szczeniak to nasi dobroczyńcy i bohaterowie tego wieczoru. Wysadzają nas najbliższym zjeździe do service area i jesteśmy uratowani :-)

Za pozwoleniem panów ochroniarzy rozbijamy namiot na terenie obiektu (pod daszkiem, w kąciku) i po przekąszeniu czegoś niewielkiego udajemy się do spania…

13 czerwca, sobota
/Tanjin/

Ok. godziny 10, z brzuchami wypełnionymi po brzegi arbuzem, ruszamy na polowanie. Próbujemy z całych sił – piękny szeroki uśmiech, intensywne i żywiołowe machanie ręką, napisaliśmy sobie nawet kartkę z napisem Pekin ;-) Niestety przez kolejne dwie godziny nikt się na nas nie skusił (nawet gdy staliśmy już w zasadzie przy samej autostradzie, łapiąc na dwie strony). Problem tkwił zapewne nie w nas ;-), lecz w tym, że do Pekinu tą drogą mało kto jechał (musiałby tak jak my wczoraj zboczyć z drogi i jechać objazdem). Z pomocą przyszedł nam pracownik stacji benzynowej, którego propozycję na początku odrzuciliśmy – proponował nam podrzucenie nas na dworzec autobusowy do pobliskiego miasta – lecz z czasem sprawę przemyśleliśmy i wróciliśmy do niego z podkulonymi ogonami…

Chłopak zabrał nas do przystanku autobusowego, skąd po szybkim piku na zupę w przydrożnej lokancie, pojechaliśmy do centrum Tanjin. W autobusie miejskim spędziliśmy chyba ok. 1,5 h – miasto było strasznie zakorkowane.

Jako że znaleźliśmy się w centrum wielkiej metropolii, mającej połączenie z Pekinem za pośrednictwem szybkiego pociągu, postanowiliśmy wykorzystać tę okazję i się nim przejechać. Cenowowychodziło o kilka zł drożej niż autobus, ale pod względem czasowym było dwa razy szybciej (a nawet więcej, bo pociągi odjeżdżają co 15 minut, a na autobus musielibyśmy czekać 1,5 h).

Żeby wejść zarówno do hali, gdzie sprzedają bilety, jak i do hali odjazdów, trzeba się dać „prześwietlić” (plecaki) i zrewidować. Procedura i tym razem wyglądała jak przy odprawie samolotowej, a i sam dworzec przypominał lotnisko.

Ponad 100 km pokonujemy w niespełna pół godziny. Największa prędkość, jaką osiągamy, to 300 bez kilku km/h. Jesteśmy pod wrażeniem…

W Pekinie pozwalamy sobie na komfort podjechania taksówką do hotelu, który wynaleźliśmy korzystając z dworcowego wi-fi.

Hotel okazuje się sympatycznym i czystym, więc jesteśmy zadowoleni. Nie stacjonujemy co prawda w ścisłym centrum, ale mamy blisko do metra, a za pokój płacimy prawie dwa razy mniej. Ciekawy jest w Chinach zwyczaj, że w tzn. pokojach dla małżeństw, czyli z jednym wielkim łóżkiem, zwykle łazienki są całe przeszklone (zarówno część z prysznicem, jak i z ubikacją). Pomysł na takie rozwiązanie oceńcie sami… :-)
Wieczorkiem udajemy się na obiadokolację do jednej z pobliskich knajpek – pada na kociołek z kurczakiem i ryż + pieczone raki na smaczek ;-) . Na całej naszej ulicy było dużo lokali, ze stoliczkami na zewnątrz, przy których lokalsi popijali piwko, jedli szaszłyczki/raki/ślimaki i grali w karty.

Łukasz jeszcze tego wieczoru jedzie metrem w kierunku centrum i sklepów z elektroniką (za radą dziewczyny z recepcji) , a ja udaję się na błogi odpoczynek do hotelowego wyra…

14 czerwca, niedziela
/Pekin/

Dziś w planach zwiedzanie Zakazanego Miasta :-) Wybywamy więc z hotelu i ruszamy w kierunku ścisłego centrum stolicy. Dwie przesiadki w metrze (mają tutaj 15 linii!) i jesteśmy na słynnym placu Tiennamen, leżącym zaraz przed wejściem do Zakazanego Miasta. Obok placu znajduje się mauzoleum Mao.

Zanim zaczniemy zwiedzać udajemy się na chińskie pampuchowe pierożki do restauracyjki zaraz przy placy, w której oczywiście chcieli nas zrobić w bambuko i podali nam menu dla turystów. Rzecz jasna nie daliśmy się – przecież jesteśmy w Chinach już miesiąc i umiemy czytać szlaczki ;-)

Ruszamy na zwiedzanie. Żar leje się z nieba. Ludzie spacerują z parasolkami, zapewniając tym sobie trochę cienia. Na Placu Tiennamem co chwilę ktoś poluje, żeby zrobić nam zdjęcie… Dopiero po wejściu na teren Zakazanego Miasta stajemy się dla Chińczyków jakby mniej atrakcyji, gdyż na szczęście dla nas, co inne przykuwa ich uwagę.

Postanowiliśmy nawet zaryzykować i zakupiliśmy audio przewodniki. Było z nimi trochę zabawy, bo działały na gps’a i często przeskakiwały w nie odpowiednim momencie, no ale dzięki nim dowiedzieliśmy się czegoś więcej i wiedzieliśmy, na co patrzymy :-)

IMG_0951 (Medium) IMG_0975 (Medium) IMG_0778 (Medium) IMG_0781 (Medium) IMG_0783 (Medium) IMG_0801 (Medium) IMG_0813 (Medium) IMG_0822 (Medium) IMG_0823 (Medium) IMG_0826 (Medium) IMG_0835 (Medium) IMG_0843 (Medium) IMG_0863 (Medium) IMG_0871 (Medium) IMG_0875 (Medium) IMG_0879 (Medium) IMG_0898 (Medium) IMG_0900 (Medium) IMG_0903 (Medium) IMG_0915 (Medium) IMG_0924 (Medium) IMG_0928 (Medium) IMG_0932 (Medium) IMG_0934 (Medium) IMG_0949 (Medium)

Po Zakazanym Mieście ruszyliśmy na polowanie na kaczkę po pekińsku. O miejsce gdzie można taką dostać podpytaliśmy lokalsów, aczkolwiek po dotarciu do poleconej restauracji postanowiliśmy szukać dalej (była na wyrost elegancka, a gości było w niej niewielu).

Intuicyjnie skręciliśmy w prostopadłą ulicę i znaleźliśmy to, o co nam chodziło. Restaurację, do której ściągają tłumy – ludzie czekali na stolik ok. 1 godziny (restauracja w tym czasie zapewniała im napoje i przekąski w postaci owoców i różnych snaków). Nam się udało i dostaliśmy stolik dwuosobowy zaraz po wejściu (będąc większą grupą, zapewne musielibyśmy swoje odczekać).

Kaczka była pyszna :-) Ale zaraz, zaraz przed daniem głównym raczyliśmy się równie smakowitym makaronem z sosem z zasmażonej cebulki z dodatkiem świeżego ogórka i rzodkiewki :-)

Wracając do kaczki. Zamówiliśmy jej połowę – wystarczająco jak na dwie osoby, tym bardziej że do zjedzenia przeznaczona jest też pysznie wypieczona skórka, której nawet niewielka ilość na długo potrafi zaspokoić głód. Kaczkę po pekińsku podają w akompaniamencie z bardzo cieniutkimi a’la naleśnikami (które są bardzo elastyczne i ciężko je rozerwać) oraz zestawem różnych dodatków i smarowidełek, z których tworzy się mini sakieweczki i za pomocą pałeczek próbuje się spałaszować, tak żeby w trakcie jedzenia nie zgubić ich zawartości :-P

IMG_1004 (Medium) IMG_0980 (Medium) IMG_0985 (Medium) IMG_0990 (Medium) IMG_0996 (Medium) IMG_0997 (Medium) IMG_0999 (Medium) IMG_1000 (Medium)

Było pysznie, ruszamy na dalsze zwiedzanie. Kolejnym punktem są Hutongi, czyli zabytkowe dzielnice mieszkalne Pekinu, gdzie główną atrakcją są ciekawe bramy wejściowe na „podwórza” (na każdym takim „podwórzu” znajduje się kilka domów). Nam udało się zapuścić za jedną taką bramę, ale poza wielkim bałaganem nie odnaleźliśmy tam nic szczególnego.

W dzielnicy, którą zwiedzaliśmy (Nanluogu Xiang) było też sporo knajpek i różnych sklepów z ciuchami bądź pamiątkami. Widzieliśmy także, jak pan maluje obrazki we wnętrzu malutkich butonierek.

Zrobiło się ciemno, a co za tym idzie późno… Śmigiem migiem wskakujemy w metro i przemieszczamy się na ostatni punkt naszego programu tzw. Targ nocny, gdzie sprzedają do jedzenia różne robale i inne dziwactwa…

Gdzieś po drodze mijamy fajną starszą panią, totalnie rozczochraną w koszulce z napisem „hair and beauty” :-)

Na targu zjawiamy się ok. 21. Stoiska, powiedzmy sobie szczerze, ustawione mocno pod turystów. W jednym rzędzie straganów możemy dostać wszystko, o czym się zamarzy: pająki, skorpiony, węże, robale, koniki polne…. Wszystko to ponabijane na patyczki i gotowe do smażenia… Momentami nieźle tam cuchnęło…

Łukasz zastanawiał się nad skosztowaniem skorpiona, pomysłu jednak nie zrealizował – czytaliśmy na jakimś blogu, jak jakiś chłopak cierpiał niestrawności na dzień następny, no a my przecież już jutro musimy wskoczyć w autobus do Mongolii i spędzić w nim bagatela kilkanaście godzin…

Na tym zakończyliśmy zasadnicze zwiedzanie Pekinu. Zarówno tu, jak i w inne regiony Chin z pewnością kiedyś wrócimy. Miesiąc to zbyt mało na tak wielki kraj, tym bardziej że my wystartowaliśmy z jego dalekiego zachodniego krańca…

IMG_1042 (Medium) IMG_1043 (Medium) IMG_1045 (Medium) IMG_1046 (Medium) IMG_1050 (Medium) IMG_1055 (Medium) IMG_1057 (Medium) IMG_1016 (Medium) IMG_1021 (Medium) IMG_1022 (Medium) IMG_1024 (Medium) IMG_1025 (Medium) IMG_1029 (Medium) IMG_1031 (Medium) IMG_1032 (Medium) IMG_1041 (Medium)

15 czerwca, poniedziałek
/Pekin/

Jutro kończy się nam wiza chińska, więc nie pozostało nam nic innego jak dzisiaj wskoczyć w autobus do granicy z Mongolią.

Jednak zanim to nastąpi jedziemy metrem do centrum, gdyż chcemy jeszcze popróbować dimsamów, czyli charakterystycznych pierożków, występujących w różnych wariantach. Wyszukaliśmy w internecie, gdzie serwują najlepsze i nie omieszkaliśmy się tam wybrać. Pierożków do wyboru mieli dziesiątki. Wybraliśmy 4 rodzaje (porcje składały się z 1 do 4 pierożków). Pierożki gotowane są na parze w tych ich charakterystycznych, okrągłych, drewnianych „pudełeczkach” – tak samo, jak te pierożki przypominające nasze pampuchy czy kluski na parze. Ponieważ byliśmy dość głodni, ucztę rozpoczęliśmy od fasolowego miksu, który oni tu jedzą na śniadanie jak my owsiankę (Helenka) i bardzo ostrej zupy po syczuańsku z pierożkami (Łukasz).

Z lekkim podkładem mogliśmy się delektować pierożkami :-) Były naprawdę pyszne i rozpływały się w ustach, a byliśmy tak nimi zaaferowani, że zapomnieliśmy zrobić im zdjęcie… Pozostaje więc Wam uwierzyć nam na słowo, że wyglądały i smakowały naprawdę dobrze :-)

Po pierożkach musieliśmy narzucić sobie tempo. Nie zdobyliśmy dokładnych informacji na temat godzin odjazdu autobusów, ale wiedzieliśmy, że odjeżdżają z dworca znajdującego się względnie blisko naszego hotelu w godzinach od 14 do 16… Po powrocie do hotelu zamówiliśmy taksówkę, by bez komplikacji i zbędnych nerwów dotrzeć tam na czas.

Okazało się, że autobus odjeżdża o 15 10. Mieliśmy jeszcze chwilkę na jakieś zakupy (kupiliśmy miedzy innymi kawał chleba bakaliowo-orzechowego, który kosztował nas fortunę (zapłaciliśmy 24 zł za 0,5 kg)).

Zakupy zdobione, wbijamy więc na dworzec. Wpuszczono nas na zajezdnię i pozostawiono samych sobie… Zbliżała się godzina naszego odjazdu, a my błądziliśmy po kolejnych częściach dworca szukając naszego autobusu. Wielu chciało nam pomóc, wskazując na jakiś autobus, ale ciągle nie był to ten… W końcu ktoś nam powiedział, że nr który mamy na bilecie to nr rejestracji i po tym znaleźliśmy nasz pojazd. Okazał się całkiem komfortowym, z miejscami tylko i wyłącznie leżącymi, co nam bardzo odpowiadało, jako że noce przespane na siedząco nigdy nie należały do naszych ulubionych.

Godzina 15:10 ruszamy. Oprócz nas w autobusie tylko dwie osoby – będzie zgarniał ludzi po drodze – myślimy. Okazało się, że przemieściliśmy się tylko kilka km na inny dworzec, by tam czekać, aż zbierze się reszta pasażerów. W międzyczasie zdążyliśmy już zgłodnieć, ale na szczęście obok dworca był mini targ, na którym można było dostać chlebki wypiekane z warzywami w środku. Oprócz tego i innych targowych standardów typu warzywa, owoce i mięso, można tam było kupić świeże robactwo. W zasadzie prawie wszystko to, co widzieliśmy wczoraj na nocnym targu, tylko żywe…

Wracamy pod autobus. Ludzie już się zebrali, teraz trzeba załadować to, co chcą ze sobą przewieść. Nie wiemy co było w tych pakunkach, ale były wielkie i można w nie było kopać… Tak, tak panowie nie mogąc sobie poradzić z zapakowaniem tych paczek, walili w nie tak po prostu z buta…

Oprócz nas, z białych pasażerów były jeszcze dwie dziewczyny Ukrainki, które jak się później okazało jechały na granicę tylko po to, by formalnie wybyć z Chin, załatwić sobie przedłużenie wizy i jutro wrócić do Pekinu.

Godzina 19. Wszystko zapakowane. Możemy ruszać :-) Uff… w końcu…